środa, 6 września 2017

Sielskie Mindoro i początek kłopotów

Nadszedł czas na zmianę wyspy. Po wizycie na magicznym wulkanie Taal, udaliśmy do miasta Batangas, skąd promem popłynęliśmy do Puerto Galera leżące na Mindoro. Wyspa ta nie jest tak oczywistym wyborem jak np. mekka turystów, Boracay. Czemu więc padło na Mindoro? Chyba z racji tego, że lubię to co inne i nieodkryte. Mindoro miało być swego rodzaju przerwą na relaks, pojechaliśmy tam więc bez większych planów zwiedzania. Tym razem chodziło o plażę bez turystów, spokój i ciszę. Tylko tyle. Czy aż tyle?

Wyspa Mindoro podzielona jest na dwie części: Mindoro Oriental, będące częścią wschodnią i Mindoro Occidental na zachodzie. Wybraliśmy bardziej rozwiniętą część wschodnią (choć Rafa Apo na zachodzie kusiła...). i najbardziej wysuniętą na zachód plażę Talipanan, która znajduje się przy samej granicy z Mindoro Occidental.

Na Mindoro przypływamy podekscytowani, że nareszcie pobyczymy się za wszystkie czasy. Do naszego bambusowego domu prowadzi droga szutrowa. Nie ma barów ani imprez, a wszystkie restauracje należą do hoteli i innych miejsc z noclegami. Pierwszy wieczór to sielanka. Spacer po plaży, kolacja i piwko San Miguel w naszej restauracji, tuż przy plaży. Dobry początek.

Zachód słońca na Talipanan Beach

Rankiem, po pysznym śniadaniu, wypożyczonym skuterem udajemy się do Puerto Galera, żeby wypłacić trochę gotówki z tamtejszego bankomatu. Na miejscu okazuje się, że to nie takie proste. Z jakiegoś powodu jednym udaje się wypłacić pieniądze bez problemu, innym nie. My niestety należymy do tych drugich. Jako, że w planie mamy wycieczkę do pobliskich wodospadów Tamaraw Falls, zahaczamy jeszcze o miasteczko Sabang. Na miejscu okazuje się, że jedyny tam bankomat jest nieczynny. Nie poddajemy się i jedziemy dalej na południe. Niestety każdy kolejny bankomat odmawia wypłaty. Jesteśmy zdruzgotani. Jesteśmy na wyspie, na której, z jakiegoś powodu, nie możemy wypłacić pieniędzy. W końcu dojeżdżamy nad wodospady. Pstrykamy kilka zdjęć w tym pięknym miejscu i jedziemy dalej. W planie są kolejne wodospady, Tukuran Falls. Szybko zjeżdżamy z asfaltowej drogi na szutrową. Po chwili okazuje się, że droga jest pokryta grubą warstwą mokrego błota. Jazda w takich warunkiem prawie nowym skuterem jest zbyt niebezpieczna, więc zawracamy. Nie będziemy kusić losu, wystarczy pecha na dziś. Droga w wielu miejscach wiedzie przez dżunglę z pięknymi widokami na wybrzeże - wspaniała wycieczka, tylko te bankomaty..., ale przecież jutro też jest dzień. Coś wymyślimy. Popołudnie spędzamy przy naszym bambusowym domu, relaksując się na hamaku, spacerując wzdłuż wyludnionej plaży i zażywając radosnych kąpieli w morzu. Przy kolacji wdajemy się rozmowę z Niemcami filipińskiego pochodzenia. Im też się nie udało przy bankomacie. Mówią, że to się zdarza i że będą próbować jutro. Trochę nam ulżyło, jutro na pewno się uda.

Talipanan Beach


Widok z Bamboo House (gdzie nocowaliśmy)


W drodze na wodospady

Tamaraw Falls


Następnego dnia, rankiem wyruszamy pełni nadziei do Puerto Galera. Lekko zdenerwowani zajeżdżamy pod bankomat. Musi się udać. Najpierw moja karta. Nic z tego. Kolei na Pawła. To samo. Co robić? Przecież nie mamy już prawie żadnych pieniędzy. Mamy dwie możliwości. Jedna, to jazda skuterem do większego miasta, Calapan i próba wypłacenia pieniędzy w którymś z tamtejszych bankomatów. Druga, powrót promem do miasta Batangas. Jako, że nie wiemy dlaczego wczoraj w żadnym bankomacie na tej wyspie nie powiodło się nam, decydujemy się nie ryzykować z kolejnymi i wybieramy bramkę numer dwa. Ja jestem od obsługi skutera, więc pada na Pawła. Zawożę go na prom i wracam na naszą plażę. Próbuję się zrelaksować na plaży, ale nie mogę. Ciągle zerkam na telefon i w głowie rozpatruję różne opcje. Co jeśli się nie uda? Utknę to na zawsze? Bez pieniędzy?! Nie, przecież musi być dobrze. Po jakiś dwóch godzinach w końcu dostaję wiadomość. Zamurowało mnie z przerażenia. "Byłem w 3 bankomatach i nic", epitety pominę. Słodki Jezu, co dalej? Za jakiś czas kolejna wiadomość: "Czwarty bankomat, też nie." Boże, jesteśmy zgubieni. Jak Paweł nie wypłaci tych pieniędzy, to nie będzie miał nawet za co wrócić. Ja przynajmniej mam gdzie spać, bo nocleg już opłacony, ale co będę jeść?! Tracę nadzieję. W głowie szum, nie mogę zebrać myśli. Pieprzone bankomaty! Kolejna wiadomość: "Udało się!!!" Nie posiadam się ze szczęścia. Będzie kolacja!!!

Wieczorem świętujemy. Pyszne jedzonko popijane San Miguelem. Nawet deser był. Od Pawła dowiaduje się, że większej kwoty nie mógł wypłacić, ale to co ma starczy na chwilę, a jutro jedziemy do Manili, a tam bez problemu wypłaciliśmy wcześniej pieniądze. Nie musimy się już martwić. Wszystko się dobrze skończyło.

Czy aby na pewno?

Cdn.


Informacje praktyczne:

Batangas do Puerto Galera - promy Minolo Shipping Lines (z którymi płynęliśmy) z Batangas odpływają co godzinę od 7 rano do 5 popołudniu.  Bilet w jedną stronę do White Beach  kosztuje 275 peso, a powrotny 500. Podróż trwa około 1,15 godz. W porcie Batangas trzeba uiścić opłatę za terminal w wysokości 30 peso. Przestrzegam przed oddaniem bagażu w czyjeś ręce, bo zaniosą, a potem będą wymagać zapłaty.

White Beach do Bamboo House - tricycle za 150 peso (cena za dwie os.).

Nocleg: Bamboo House Beach Lodge & Restaurant - wspaniały nocleg na zachodnim końcu Talipanan Beach. Przemiła obsługa, szczególnie polubiliśmy Dennisa, który zaoferował nam darmowy up-grade i załatwił skuter za bardzo dobrą cenę. Obiekt znajduje się bezpośrednio na plaży, są hamaki, leżaki i wspaniała restauracja. Wszystko co tam jedliśmy było cudowne. Szczerze polecam.

Batangas do Manili - autobus za 170 peso. Radzę ubrać coś ciepłego, bo jak włączą klimę to robi się Syberia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz