czwartek, 27 kwietnia 2017

Wulkan Taal, bo małe jest piękne (i groźne)

Kolejnym etapem podróży po Filipinach jest Tagaytay, małe miasteczko nieopodal jeziora i wulkanu Taal.

Wulkan wulkanem, ale czy wiedzieliście, że w jego kalderze jest jezioro, które jest na wyspie na jeziorze na wyspie? Troszkę skomplikowane? A co powiecie jeszcze na małą skalistą wysepkę (Vulcan Point), która jest na tym jeziorze na jeziorze? Ależ zamieszałam. Już wyjaśniam. Mamy do czynienia z wyspą, która jest na jeziorze na wyspie na jeziorze na wyspie. Proste, nie?
To geologiczne cudo mieści się około 60 km od Manili, a sam wulkan Taal jest drugim najbardziej czynnym wulkanem na Filipinach z 33 erupcjami w swojej historii. Jest też najmniejszym czynnym wulkanem na świecie. Niech Was jednak nie zmylą jego niewielkie rozmiary. Dotychczasowe wybuchy pochłonęły wiele ofiar - ponad 5000 i choć ostatni wybuch był w 1977, wulkan jest znów niespokojny od 1999. Wiosną 2011 roku Filipiński Instytut Wulkanologii i Sejsmologii (Phivolcs) zanotował wiele trzęsień ziemi pochodzenia wulkanicznego. Wzrosła również temperatura wody, co przyczyniło się zginięcia prawie 400 ryb. Do wybuchu jednak nie doszło, ale wulkan dał o sobie znać znów w kwietniu 2014 roku, kiedy po raz kolejny odnotowano wstrząsy. Przewidywano nadchodzącą erupcję, w związku z czym władze zabroniły wycieczek do krateru wulkanu. Skończyło się na strachu, zwłaszcza wśród nielegalnych mieszkańców wyspy wulkanicznej. Bo chociaż Phivolcs zabronił osiedlać się na wyspie, wiele biednych rodzin zamieszkuje niedozwolone tereny żyjąc z rybołówstwa, upraw i turystyki, ryzykując tym własne życie.

My podekscytowani naszą pierwszą wspinaczką na wulkan, łapiemy trzykołowca w Tagaytay i jedziemy nad jezioro Taal. Tam przy wynajmie łodzi, próbują wcisnąć nam przewodnika, ale grzecznie odmawiamy. Przekonują nas, że przy pierwszej wyprawie jest on niezbędny i że bez niego nie możemy wejść na wulkan. Na miejscu szybko zmyślam, że znajomi tu niedawno byli i przewodnika nie mieli. Chyba z braku argumentów niechętnie ustępują.
Jest już późne popołudnie i po przeprawie przez jezioro, przy kasie biletów znów chcą nas skroić, mówiąc, że na wulkan musimy wjechać na kucykach z przewodnikiem. Kategorycznie odmawiam. Po pierwsze, szkoda koników, a po drugie nie będziemy płacić za zbędnego przewodnika, kiedy na wulkan wchodzi się w niecałe pół godziny. Dorzucają jeszcze, że na wyspie nie ma elektryczności, jako że niby mielibyśmy nie zdążyć przez zmrokiem, ale nie dajemy się. Po drodze mijamy zjeżdżających na kucykach turystów i tylko jedną parę białych schodzących pieszo. Wspinaczka nie jest ciężka, ale skwar trochę doskwiera. Widok z góry jednak wszystko wynagradza. Odpoczywamy trochę napawając się pięknem jeziora w kalderze wulkanu i ruszamy w dół. Jakimś cudem nie zauważamy jedynego na szlaku rozgałęzienia dróg i odbijamy w złą ścieżkę. Docieramy nad jezioro nadrabiając trochę drogi, co ostatecznie nam nie przeszkadza, bo przechodzimy przez wioskę przyglądając się ubogim chatkom mieszkańców. Bieda i widmo groźnego wulkanu rysują smutny obraz życia mieszkańców tej unikatowej wyspy.










Ciekawostki

Jezioro w kalderze wulkanu, które ma średnio 20 metrów głębokości, jest mieszanką kwasu siarkowego i innych minerałów. Pływanie w jeziorze jest zabronione.

Bardziej interesujące jest samo jezioro Taal. Jest ono środowiskiem naturalnym dla Tawilis, gatunku słodkowodnych sardynek, które nie występują nigdzie indziej na świecie. Z powodu zbyt intensywnego połowu tej ryby, gatunkowi temu grozi wymarcie. Warto więc może się zastanowić nad wyborem grillowanej rybki w okolicznych restauracjach.
Innym niespotykanym nigdzie indziej stworzeniem, jest Garman's Sea Snake, Ten jadowity wąż jest jednym z dwóch znanych słonowodnych węży żyjących wyłącznie w słodkowodnym środowisku.
Do lat siedemdziesiątych jezioro zamieszkiwały również żarłacze tępogłowe. Zostały one niestety wybite przez lokalnych mieszkańców.

Informacje praktyczne

Z Manili do Tagaytay dostać się można autobusem, który odjeżdża z Coastal Mall Terminal. Bilet kosztuje 70 peso.

Z Tagaytay nad jezioro jechaliśmy trzykołowcem (tricycle) za 200 peso w jedną stronę.

Wynajęcie łodzi kosztowało nas 2000 peso (cena za łódź, nie od osoby).

W Tagaytay nie ma możliwości wypożyczenia motocykla/skutera - kierowcy trzykołowców mają tu monopol na transport turystów.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Filipiny - Manila

Naszą filipińską przygodę rozpoczynamy w Manili. Stolica Filipin najczęściej kojarzy się z przeludnieniem, korkami, zanieczyszczeniem i biedą. Przed wyjazdem jak zwykle zrobiłam mały research w nadziei na znalezienie czegoś naprawdę interesującego i wartego zobaczenia. Jednak ani w przewodniku ani w blogach nie trafiłam na nic inspirującego. Postawiłam na improwizację, a za główny cel obrałam poznanie filipińskiej kuchni. W Manili mieliśmy spędzić trzy noce, dwie na początku podróży i jedną na koniec. Wybrałam więc dwa różne regiony stolicy, żeby mieć większe pojęcie o tym jak ta Manila rzeczywiście jest. 

Część I - Downtown, Ermita

Po zimnym Pekinie z radością witamy ciepło Manili. Przylatujemy w środku nocy, więc szybko i bez korków (pierwszy i ostatni raz) udajemy się do naszego guesthouse'u gdzie odsypiamy męczące loty. Zamiast rankiem, budzimy się wczesnym popołudniem i pierwsze kroki kierujemy do bankomatu. Wypłacamy łatwo pieniądze, nie mając pojęcia, że słowo bankomat będzie przekleństwem naszej podróży... ale o tym później. Czas na śniadanie. Bardzo nietypowo, ale celowo udajemy się do restauracji z fast foodem. Na Filipinach ani McDonald's ani KFC nie jest popularniejszą siecią, króluje Jollibee. Przechadzając się ulicami Manili nie sposób nie przejść obok słynnej filipińskiej sieci restauracji. My nasze Jollibee znajdujemy tuż za zakrętem. Zamawiamy zestaw hamburgera z frytkami i Colą. Bardzo niezdrowo, ale jak smacznie! Po obfitym filipińskim posiłku udajemy się na promenadę Baywalk, która ciągnie się wzdłuż Roxas Boulevard, żeby w końcu zobaczyć morze. Po drodze zatrzymujemy się w niezbyt ciekawym kościele (Malate Church). Sama promenada byłaby całkiem przyjemna gdyby nie wszechobecne tłumy. Zdaje się, w niedzielne popołudnie wszyscy mieszkańcy Manili postanowili tu przyjść. A może tu tak jest zawsze? Miło patrzyć w stronę morza, ale tłumy Filipińczyków grających głośną muzykę są ciężkie do zniesienia. Idziemy jednak dalej. W oddali zauważamy diabelski młyn. Zdjęcia z takiego koła widokowego wydają się niezłym pomysłem. Idziemy. Po chaotycznych i niebezpiecznych przejściach przez ulice docieramy do lokalnego wesołego miasteczka, Star City. Decydujemy się kupić bilety Ride-All-You-Can i zaczynamy zabawę po filipińsku. Star City bynajmniej nie jest na liście miejsc do zwiedzania wśród zagranicznych turytów, za to lokalni zdają się tu tłumnie zbierać. Ach te niedzielne popołudnia w Manili! Do diabelskiego koła jest spora kolejka, ale warto poczekać, bo widok okazuję się bardzo fajny. Pstryk pstryk i idziemy dalej. Korci nas rollercoaster który wygląda na niezłą zabawę, ale kolejka do niego jest horrendalna. Naszą uwagę przykuwa młot Star Frisbee. Stajemy w wyjątkowo długiej kolejce nie zdając sobie sprawy, że to będzie miejsce, w którym spędzimy najwięcej czasu. Po zaledwie dwóch godzinach w końcu wsiadamy. Jaka zabawa, rany! Dawno nie byłam w wesołym miasteczku i już zapomniałam jaka to frajda. Przyznaję się jednak, że małe obawy były, bo karuzele na najnowsze raczej nie wyglądają. Robi się ciemno, a kolejka do rollercoastera nic się nie zmniejszyła. Kusi nas, ale ostatecznie decydujemy się nie stać następne dwie godziny w kolejce. Przed wyjściem z miasteczka zahaczamy jeszcze o tunel strachu, który okazuje się najmniej strasznym badziewiem pod filipińskim słońcem. Straszniejsze były tylko krzyki Filipińczyków. 

Głodni wyruszamy na poszukiwanie smacznej kolacji. Napaliłam się na jakąś restaurację z TripAdvisor, ale niestety (albo stety) jej nie znajdujemy. Ostatecznie wygłodniali wpadamy do jakiejś zapyziałej knajpki. Zamiast wybierać z menu, proszę kucharza o kurczaka na ostro. Strzał w dziesiątkę. Jak się okazuje, czasem zje się rewelacyjną (i tanią) kolację w miejscu, którego nawet na Google maps nie znajdziecie. 

Baywalk

Wesołe miasteczko Star City



Ermita

Na wieczór zaplanowaliśmy coś wyjątkowego - Hobbit House - bar z muzyką na żywo i najmniejszymi kelnerami na świecie. Oczywiście nie sposób nie zastanowić się czy zatrudnianie w barze samych karzełków jest formą pomocy czy eksploatacji. Postanowiliśmy to sprawdzić. W środku nic szczególnego. Muzyka na żywo jest tak głośna, że siadamy w tyle, żeby móc rozmawiać, co i tak pozostaje trudne. Piwko jest droższe a jedzenie, które zamawiamy okazuje się mało satysfakcjonujące. Mali kelnerzy wcale nie są jakoś wyjątkowo uśmiechnięci, a sam bar chatką hobbita nie ma nic wspólnego. Powiedziałabym zwyczajne miejsce, gdyby nie incydent przy rachunku. Kiedy przychodzi do zapłaty okazuje się, że rachunek jest zawyżony. Pytany naszą małą kelnerkę o wyjaśnienie, a ona, że jest opłata za wejście 100 peso. CO?! Jak to? Przecież nikt nas nie poinformował? Jesteśmy oburzeni, ale kelnerka dalej idzie w zaparte i wmawia nam, że informacja o opłacie jest przy wejściu. Bzdura! Ostatecznie nie płacimy haraczu, który jest wymysłem kelnerki. Wychodzimy zniesmaczeni. Szkoda. Tolkien byłby rozczarowany, my też jesteśmy. 

Parada - trafiliśmy na jakieś święto religijne 

Część druga - Makati 
Ze starej części Manili przenosimy się do biznesowej części miasta, gdzie spędzamy ostatni wieczór na Filipinach (o tym co było pomiędzy będzie w osobnych postach). Do Manili wracamy wieczorem i tuż po zameldowaniu się w guesthousie wybieramy się na kolację do Hummus Elijah, który był wspaniałym zwieńczeniem wycieczki na Filipiny. Zupełnie nie po filipińsku, ale co z tego jak było pysznie i tanio. Polecamy! Na sam koniec piwko w jakiejś knajpce z muzyką na żywo. Swoją drogą, fajnie, że ci Filipińczycy są tak rozśpiewani, gdziekolwiek się nie udasz, znajdziesz rozentuzjazmowanych muzyków, którzy z uśmiechem na twarzy umilają czas gościom. 

Więc Ermita czy Makati? 
Ermita jest bardziej autentyczna, ale panuje brud i ubóstwo, a życie nocne nie jest zbyt bogate.
Makati mnie zaskoczyło. Spodziewałam się zobaczyć ekskluzywne wieżowce, drogie samochody jeżdżące po czystych ulicach oraz biznesmenów w garniakach i panie na szpileczkach z parasolkami. A tu świat kontrastów. Lśniący 5***** hotel, a przed bezdomna matka z dzieckiem. Drogie sklepy i prostytutki. Merole i rozklekotane skutery. Biznesmeni i bose dzieci. Chaos. Może tak tylko przy P Burgos w Makati? Nie wiem. Jeśli jednak nie chcecie być ciągle zaczepiani przez prostytutki czy żebraków wybierzcie inną część Makati. 

Czy zostałam odkrywcą Manili i się zachwyciłam? Zdecydowanie nie. Manila w moich oczach jest taka jak ją opisują: zakorkowana, brudna i biedna. Niech Was jednak ten post nie zmyli. W Filipinach jesteśmy zakochani. Sympatia, zauroczenie i miłość - tak przebiega nasza dalsza podróż. O tym już wkrótce. 

A Wy odkryliście jakieś must see lub do w Manili??? 

Informacje praktyczne:

W Ermita nocowaliśmy w Time Travellers Hotel - Pokoje są bardzo przestronne co jest sporą zaletą. Minusem są cienkie ściany i niezbyt szczelne okna. Dobra lokalizacja. 

W Makati nocowaliśmy w Makati Budget Hotel - Dostaliśmy pokój z łóżkami piętrowymi dla 4 osób. Pokój był czysty i pięknie pachniał. Dobra lokalizacja, blisko knajp, barów i dyskotek. 

Star City - Bilet Ride-All-You-Can kosztuje 450 peso. W weekendy jest strasznie tłoczno. 

Po Manili najłatwiej poruszać się taksówkami, które są bardzo tanie - raz jechaliśmy taxi ponad 2 godziny. Należy jednak,w miarę możliwości, unikać jeżdżenia czymkolwiek w godzinach szczytu. Są też jeszcze tańsze jeepneys, ale poruszanie nimi jest bardziej skomplikowane i mniej dogodne. 

Z lotniska najlepiej jechać taxi. Na zewnątrz jest ich dużo, ale trzeba uważać. Tzw, airport taxi są droższe. Dalej są jeszcze inne, gdzie cenę ustala się z góry (oczywiście wyższą). Omijamy je wszystkie i kierujemy się do regular taxis (jest znak),