czwartek, 14 lipca 2016

Wietnamska przygoda: Hoi An i pościg

Do Wietnamu wkroczyłam niepewnie. Zgubiłam autobus (na jakiś czas), taksówkarz w Hanoi chciał mnie oszukać i dostałam jakąś norę zamiast mojego zarezerwowanego pokoju - tylko na 1 noc na szczęście. Pierwsza część przygody po wietnamsku opisana tutaj. Potem było tylko lepiej, piękne Da Nang i jego cudne plaże, a na deser imprezka w jednym z najlepszych hoteli w mieście - o tym tutaj.
Co mnie więc czekało w słynnym miasteczku Hoi An???

Hoi An przypominało mi trochę laotańskie Luang Prabang. Oba miasteczka zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w latach 90. Luang Prabang słynie głównie ze świątyń i unikatowej oraz doskonale zachowanej architektury jak i obiektów religijnych. Również położenie jest dosyć niezwykłe, bo Luang Prabang leży na półwyspie, gdzie łączą się dwie rzeki, Mekong i rzeka Nam Khan. Piękne świątynie, kolonialna architektura i cudne okolice przyciągają mnóstwo turystów.

Hoi An, które jest około 2 razy większe od Luang Prabang, jest miasteczkiem zdecydowanie bardziej znanym i ilość turystów (nawet po za sezonem) jest odrobinę przytłaczająca. Ale cóż się dziwić, kiedy miasteczko po prostu zachwyca. Słynny Japoński Most ze świątynią buddyjską i cały układ miasteczka z przeurokliwymi uliczkami oraz świetnie zachowanym portem, który w XVI wieku był jednym z najważniejszych portów na morzu Południowochińskim, wyróżniły to miasteczko na mapie Wietnamu.

Japoński Most

Piękne Hoi An za dnia





Słynne wietnamskie kartki pocztowe.
Kartki się składają, a po rozłożeniu przedstawiają albo naturę albo znane wietnamskie miejsca.
W Wientianie również można podobne zakupić, tylko że przedstawiają laotańskie zabytki.
Znajomy Wietnamczyk uświadomił mi dawno temu,że to tradycja wietnamska, nie laotańska.


I te lampioniki wszędzie w centrum miasta,


Hoi An jest zdecydowanie rajem dla zakupoholików. 
Szyją ubrania i buty na zamówienie dosłownie wszędzie. 

Hoi An może się poszczycić również całkiem ładnymi plażami. Nocą, natomiast centrum miasta oświetlone jest wszechobecnymi lampionami, co sprawia, że robi się bardzo romantycznie (jeśli nie będziemy zwracać uwagi na tłumy turystów).



Hoi An nocą






Wieczorami w wielu knajpkach można posłuchać muzyki na żywo, na co właśnie się zdecydowałam pierwszego wieczoru. Zespół grał przyjemną muzykę, a turyści/ekspaci bawili się wyśmienicie przy alkoholu. Poznałam managera baru (bardzo sympatycznego Włocha), który przedstawił mnie dwóm dziewczynom z Nowej Zelandii. Kumpele (a właściwie przyjaciółki od dziecka) były w podróży po Południowo-wschodniej Azji. Od paru dni bawiły się właśnie w Hoi An. Kiedy muzyka się skończyła, dopiliśmy nasze drinki i udałyśmy się do reggae baru. Tak się złożyło, że do tego samego baru udali się członkowie zespołu, którzy grali w poprzedniej knajpie. I tak poznałam 2 Filipińczyków i jednego Austriaka, którzy razem już 12 lat żyją i grają w Wietnamie. Było na tyle miło, że zaprosili mnie na mały festiwal muzyczny do Da Nang następnego dnia.

Jak się okazało, wszystkie okoliczne zespoły stworzone przez różnych maści obcokrajowców zebrali się razem, żeby pośpiewać i pograć. Każdy zespół miał swoje przysłowiowe 5 minut. Z czasem przybyło coraz więcej ludzi - ekspaci z Da Nang i Hoi An. Nawet jeden Polak z Da Nang był :)

Potem powrót do Hoi An, włóczenie się po miasteczku, a wieczorkiem do knajpki, gdzie moi nowi znajomi mieli swój kolejny gig. Historia się powtórzyła i późnym wieczorem wylądowaliśmy w tym samym reggae barze. Dodam, że chłopaki zostawali w Hoi An na noc (na co dzień mieszkają w Da Nang), więc poleciłam im, żeby zatrzymali się w tym samym miejscu gdzie ja (cudne miejsce, o którym napiszę później). Kolejne piwko i mojito. Wieczór robił się późny, a tu następnego dnia, wczesnym rankiem, miałam dostać się z powrotem do Da Nang, skąd miałam wracać do Laosu. Bilet miałam już zakupiony, więc nie przejmowałam się szczegółami. Odjazd zaplanowany był na 8 rano. Między obiema miastami kursuje lokalny autobusik bardzo często, tylko wlecze się niemiłosiernie i zatrzymuje się dosłownie co parę minut (o klimatyzacji zapomnijcie). W związku z tym poprosiłam mojego nowego znajomego, Filipińczyka, czy rano nie podwiózłby mnie do Da Nang (i tak cały zespół tam wracał). No pewnie, odpowiada. Załatwione. Teraz mogę się zrelaksować i zamówić kolejne mojito. Kto by się przejmował, że już po 1 w nocy..... Wyśpię się w autobusie. W końcu to moja ostatnia noc!

To co się później stało i jak to się stało, pozostanie tajemnicą. Budzę się w swoim wygodnym hotelowym łóżeczku. Przeciągam się i szybko zdaję sobie sprawę, że słońce jest już dosyć wysoko. Co do cholery?! Która godzina? 7:36. O Boże!!! Jak to możliwie - sprawdzam - budzik nastawiony... No to dlaczego mnie nie obudził??? Lecę do chłopaków. Musicie mnie zabrać na Da Nang! TERAZ!!!!

Chyba nigdy w życiu tak szybko się nie spakowałam i wymeldowałam z hotelu. 7:45 byłam już na skuterze z moim znajomym. Zdawałam sobie sprawę, że nie ma absolutnie żadnych szans, żeby zdążyć na autobus, zwłaszcza, że ten odjeżdżał z przeciwnego końca Da Nang. I ten skuter, czemu taki wolny? Nie możemy jechać szybciej? pytam zrozpaczona. Jedziemy najszybciej jak się da, sorry... stary skuter. Mija 8, a my nadal w drodze. Jest prawie 8:30 kiedy dojeżdżamy.... a tu jeszcze trochę dalej trzeba przez miasto. Inni trąbią, my trąbimy i jedziemy tak szybko jak się da mijając inne jednoślady. Jezu zabijemy się, a przecież i tak jest już dawno za późno. Coś jednak nie pozwala nam zwolnić ani chwilę. Serce z nerwów bije jak oszalałe. Pozwólcie, że wytłumaczę, dlaczego tak ważne było zdążenie na TEN autobus. Autobusy odjeżdżają do Laosu raz dziennie o 8 rano. Planowany przyjazd do Wientianu jest na dzień następny na 5 rano. No więc była to niedziela..... ostatni dzień urlopu, w poniedziałek o 8 rano miałam być w pracy.... Więc nie chodziło tylko o te 30 dolarów za bilet....

W końcu dojeżdżamy na miejsce. Oczywiście żadnego autobusu nie ma. Zatrzymujemy się przy drodze. Bus? Laos? Krzyczę do jakiegoś Wietnamczyka, który wychodzi z budynku, w którym kupiłam bilet. Patrzy na mnie trochę zdziwiony, po czym pyta o bilet. Bierze go do ręki i zaraz łapie za telefon. Krzyczy coś do słuchawki, a my nie rozumiemy ani słowa. Następnie oddaje mi bilet, wskakuje na swój skuter i pokazuje nam, żeby jechać za nim. No ok. Czy my będziemy gonić autobus??? Na to wygląda! Prujemy próbując dotrzymać tempa, a Wietnamczyk tylko co jakiś czas się odwraca i macha nam ręką popędzając nas. Po jakichś 10 minutach gonitwy złapaliśmy i zatrzymaliśmy mój autobus!!! Nie wyobrażacie sobie mojej ulgi! Choć była już prawie 9, autobus daleko nie ujechał. Jak dobrze, że w Azji czas się mierzy inaczej, a autobusy nie znają takiego pojęcia jak punktualność.

Podróż przebiegła w miarę spokojnie. Tylko na granicy jakiś Koreańczyk z naszego autobusu zemdlał (pewnie z upału i odwodnienia), a w miejscu gdzie nasza grupa czekała na autobus, zaraz za granicą, na plastikowych krzesełkach, na trawce, zakradł się wąż. Taki 2 metrowy. Trochę paniki wywołał, ale na szczęście jeden chłopak chwycił węża za pysk. Pierwsze dumnie go prezentował, potem zjawili się wietnamscy chłopcy z kijami bambusowymi i chcieli węża stłuc. Jedna Francuska z naszej grupy strasznie się jednak darła, żeby wężowi dać spokój, więc chłopak wyrzucił go w pobliskie krzaki. Nie wiem, czy spranie węża miało być rodzajem rozrywki, czy też może liczyli na ciekawszą kolację.

Już po stronie Laotańskiej zostaliśmy 2 razy zatrzymani przez policję. Pierwszy raz, glina wszedł do autobusu kazał wszystkim obcokrajowcom, czyli mnie i 4 Francuzów z dzieckiem oddać paszporty do kontroli. Trochę trzeba było poczekać, ale ostatecznie puścili nas bez problemów. Dlaczego drugi raz zostaliśmy zatrzymani, nie wiem. Długo to nie trwało, ale kierowca nie wyglądał na zadowolonego jak wrócił. Monitorując czas, wiedziałam, że będziemy mieć spore opóźnienie....

Na dworzec w Wientianie zajechaliśmy o 8 rano, czyli dokładnie o godzinie, o której powinnam być w pracy. Telefon po całej nocy rozładowany, więc nie mam jak zadzwonić do szkoły. Biorę motorbike taxi i jadę do domu. W domu przebieram się w minutę, zabieram kilka niezbędnych rzeczy, wskakuję na swój skuter i pruję do pracy. Spóźniona godzinę. Przełożona własnie miała dzwonić po zastępstwo za mnie (a to oznaczałoby cięcia w pensji). Szczęście jednak mnie nie opuściło. Wyjaśniłam, że właśnie wróciłam w Wietnamu i autobus miał 3 godziny opóźnienia. Wiesz jak to jest z tymi autobusami tutaj, usłyszałam od przełożonej. Tak tak, wiem. Następnym razem będę się bardziej pilnować. Uffff uszło mi na sucho!


Informacje praktyczne:

Dive Bar - przyjemny pub z muzyką na żywo. Spokojnie można liczyć na dobrą zabawę w tym popularnym miejscu.

One Love Bar - reggae bar, w którym zaczyna coś się dziać dopiero późną nocą. Ogólnie ludzie chyba chodzą tam dlatego, że jest otwarty do późna. Muzyka niestety niewiele miała wspólnego z reggae.

Noclegi w Champa Hoi An Villas - urocze miejsce w centrum miasta. Czyste i przestronne pokoje, a obsługa niesamowicie przyjacielska. Chętnie udzielają rad i służą pomocą. Dostałam małą mapkę miasta i powiedzieli mi też jak wejść do zabytkowej części miasta nie kupując bardzo drogiego biletu. Płaciłam 16 USD za noc. Jest możliwość wynajęcia rowerów za dolara za dzień. Szczerze polecam! Warto przejechać się na rowerze nad morze - przepiękne widoki z polami ryżowymi.

Zdjęcia z wycieczki rowerowej nad morze. 



1 komentarz:

  1. Przepiękne zdjęcia :) I bardzo ciekawe perypetie, zwłaszcza z tym gonieniem autobusu ;) Co do węża - możliwe, że liczyli na dodatkowe pieniądze za atrakcję, w niektórych krajach praktykuje się takie zachowania.

    OdpowiedzUsuń