wtorek, 14 czerwca 2016

Wietnamska przygoda: Da Nang i impreza niespodzianka

Po Hanoi nadszedł czas na Środkowy Wietnam. Pierwszym przystankiem był Da Nang (pisany też Danang). Z trzech dostępnych środków transportu – samolot, autobus, pociąg – wybrałam oczywiście swój ulubiony. Koleją można z Hanoi dojechać prawie na samo południe Wietnamu. Podróżowałam w nocy w przedziale z kuszetkami i klimatyzacją – pełen komfort. Koleje biegną wzdłuż wybrzeża, więc widoki za pewne są cudne. Ja z racji tego, że podróżowałam nocą, błękit oceanu podziwiać mogłam tylko nad ranem.

Piękne poranne widoki z pociągu


Da Nang okazało się o wiele ciekawsze niż się spodziewałam. Właściwie to doskonałe miasto do zamieszkania. Na miejscu przypomniałam sobie, że 3 lata temu niewiele brakowało, żebym się przeprowadziła do Da Nang. Pamiętam, że dostaliśmy dobre propozycje pracy, tylko problem był ze szkołą międzynarodową dla mojej Mai – koszty nauki były niewyobrażalnie wysokie (mowa o kilkunastu tysiącach dolarów za rok). Wracając jednak do samego miasta, jest wystarczająco duże, żeby się nie nudzić, ale nie przytłaczająco ogromne. Piękne, nowoczesne z boskimi plażami. Te plaże w Da Nang totalnie mnie zaskoczyły. Zupełnie nie spodziewałam się tak pięknych i szerokich plaż. Do tego, w ciągu dnia na plaży było prawie pusto. Plaże są strzeżone z wyznaczonymi miejscami do pływania. Ma to sens, bo fale były naprawdę spore. Było więcej skakania i zabawy z falami niż prawdziwego pływania, co z resztą zupełnie mi nie przeszkadzało i tak byłam ucieszona jak dziecko. 

My Khe Beach







Pierwszego wieczoru, wybrałam się do popularnego Bamboo2 Bar. Rozsiadłam się wygodnie przy barze i zamówiłam drinka. Kiedy popijałam swoje Mai Tai (najlepsze jakie do tej pory piłam), zaczepił mnie jakiś lokalny. Z angielskim u niego raczej na bakier, ale coś zagadywał. Wyglądał na dobrze podchmielonego i choć starałam się go zignorować (ile razy można odpowiadać na pytanie „Are you okey?”), nie dawał za wygraną. W pewnym momencie zrobił coś, co mnie zupełnie zaskoczyło i dosyć mocno zdenerwowało. Ni stąd, ni zowąd położył rękę na mojej głowie i przejechał nią po włosach. W Azji, dotknięcie czyjejś głowy bez pozwolenia jest niedopuszczalne. Jako, że mieszkam w Laosie od prawie 4 lat, pewne tradycje i zwyczaje azjatyckie stały się poniekąd też moimi. Zareagowałam więc natychmiast. „Hey, don’t you dare touch my head again!” „Are you okey?” pyta mnie znów, jakby nigdy nic. Tak, ale nie dotykaj mnie więcej, mówię stanowczo. Nagle pojawia się koło mnie jakiś biały chłopak. „What are you doing man?” pyta Wietnamczyka. „Do you have a problem?” bojowo odpowiada tamten. “No, but don’t touch her. She’s my girlfriend.” Kiwam głową na potwierdzenie, tak to mój chłopak. Lokalny wycofuje się dając za wygraną. „Dzięki”, mówię do swojego wybawiciela. Chłopak okazał się być Niemcem, który robi interesy w Da Nang. Zaprasił mnie do stolika, gdzie poznałam drugiego Niemca i dwóch Portugalczyków. Czas upływał na opowieściach wietnamsko-laotańskich przy pysznych drinkach. Nie opisywałabym tego całego zdarzenia, gdyby nie niesamowite miejsce, do którego zostałam zabrana. Większość ludzi, których znam, nie stać na nocleg w 5 gwiazdkowym hotelu, gdzie jedna noc kosztuje przynajmniej 200 dolarów. Tak się jednak złożyło, że moi nowi znajomi nieźle się dorobili na biznesach w Wietnamie (eksport butów do Niemiec) i postanowili swoją nową polską-laotańską koleżankę zaprosić do Novotel Hotel, na imprezę na na 37 piętrze, do baru na dachu hotelu. Takie niespodzianki nie zdarzają się co dzień! Widok był nieziemski! Poznaliśmy tam grupę turystów z Chin, którzy nauczyli nas pewnej pijackiej gry. 

Zasady chińskiej „drinking game”: Wszyscy stoją (albo siedzą) wokół stołu trzymając jedną rękę przed sobą. Na 3 wyciągamy rękę wewnętrzną stroną dłoni do góry lub na dół. Skierowana do góry znaczy – pijemy, na dół – pas. Jeśli więcej niż jedna osoba chce się napić, następuje walka na „papier, kamień, nożyce.” Wygrany pije. Innymi słowy, walczy się o możliwość picia! U nas to chyba odwrotnie jest – piję się za karę ;)  

Podsumowując, Da Nang mnie zauroczyło. Piękne miasto, cudne plaże, niesamowite jedzenie (owoce morza!), smoczy most i bardzo przyjaźni ludzie. Impreza w ekskluzywnym hotelu była niezłym bonusem, którego na pewno nie zapomnę! 

Jedna z pagód


Gruby złoty Budda 

Piękny park wokół jeziorka w mieście

Czyż nie piękne miejsce na relaks?


Poranna pyszna wietnamska za 10,000 dongów (mniej niż dwa złote).
Tradycyjnie kawa wietnamska jest podawana z zimną zieloną herbatą. 

Dragon Bridge
Smoczy most za żywo robi ogromne wrażenie!

I zmienia kolory!

Da Nang nocą nad Han River 


Asia Park


Za miasto udało mi się wybrać tylko raz. Na wypożyczonym skuterze udałam się zobaczyć słynną Lady Buddha. Piękna pagoda, bardzo interesujące rzeźby i piękna roślinność wyłaniają się na pierwszy plan tuż po przekroczeniu niesamowitej bramy wejściowej. Trzeba się chwilkę wspinać pod górę, ale za to widok ze wzgórza na otaczające Da Nang plaże jest wspaniały. Sama Pani Budda robi też niezłe wrażenie - ma aż 67 metrów wysokości. Miejscowi wierzą, że chroni ona rybaków w czasie sztormu. Do Lady Buddha warto wybrać się skuterem, żeby podziwiać widoki jadąc krętą drogą wzdłuż wybrzeża. 




Majestatyczna Lady Buddha

Jest i Novotel Hotel

Ja ucieszona na dachu hotelu ;)

Z Chińskimi znajomymi

Widok z hotelu był naprawdę nie byle jaki!

Informacje praktyczne:

Podróż koleją z Hanoi do Da Nang pociągiem nocnym z kuszetkami - 50 USD. Nietanio, ale bardzo komfortowo. 

Nocleg w Bin Star Hotel za 15 USD za noc. Hotel położony jest niecały kilometr od plaży i 2 kilometry od Dragon Bridge (Cầu Rồng). Mój dwuosobowy pokój był przyjemny i czysty.



Skuter wypożyczyłam przy głównej ulicy (Nguyen Van Thoai) prowadzącej do Bin Star Hotel (na rogu przy Nguyen Duy Hieu) za 100 000 dongów. Wypożyczenie przez hotel jest droższe. 

Jadłam w:

My Casa  - pyszna włoska i malajska kuchnia z hiszpańskimi tapas. Zachwyciłam się ich passion fruit juice. Warto wyszukać ich na google maps, bo przypadkiem na nich nie traficie. Polecam. 

Burger Bros - podobno najlepsze burgery w mieście. Średnio mi smakowały. 

Thung Phi BBQ - grillowane mięso, warzywa i owoce morza - rewelacja. Świetna domowa atmosfera z pysznym jedzeniem. Dostaje się świeże (surowe) zamówione jedzenie i albo samemu się grilluje na mini grillu, który nam przynoszą, lub możemy poprosić obsługę, żeby zrobiła to za nas profesjonalnie. Pysznie z bardzo przystępnymi cenami! 

27 Seafood Restaurant - usytuowana przy My Khe Beach restauracja specjalizująca się w owocach morzach. Mój krab był wyśmienity. 

Piłam w Bamboo2 Bar - świetna atmosfera i pyszne Mai Tai.