piątek, 25 marca 2016

Na ratunek

Jak wiecie po Wientianie poruszam się skuterem. Rano 25 minut do pracy (w korkach), wczesnym popołudniem 15-20 minut do domu. Do tego jazda na zakupy, na spotkania ze znajomymi itp. Średnio pewnie spędzam ok. godziny poruszając się po mieście moim mopedem. Mieszkam w Wientianie od ponad 3,5 roku i choć drogi w stolicy stają się powoli lepsze, to liczba wypadków na drogach rośnie w zastraszającym tempie. To co się obecnie dzieje przyprawia o dreszcze.

Pisząc tego posta siedzę w kawiarni, dosłownie kilka sekund temu przejechała obok karetka. Na 99% jedzie do poszkodowanych w wypadku drogowym. Sama zostałam tu już potrącona 2 razy. O moich wypadkach pisałam tutaj.

Teraz trochę liczb, żeby pokazać skalę problemu. Liczba wypadków śmiertelnych na laotańskich drogach wzrosła o 26 % w porównaniu z zeszłym rokiem. Mittaphab Hospital, jeden z największych szpitali w stolicy przyjmuje około 1000 ofiar wypadków drogowych MIESIĘCZNIE, a mówimy tu o zaledwie jednym z wielu szpitali.... Jedna z lekarek szpitala mówi, że nie są w stanie świadczyć oczekiwanych usług ze względu na brak personelu i sprzętu. W całym kraju jest tylko DWÓCH chirurgów, którzy specjalizują się w urazach głowy. A przecież połowa ludzi w mieście porusza się jednośladami.... Wielu nie nosi kasków. Złamania i urazy głowy to najczęstsze obrażenia. Codziennie 4 osoby giną w wypadku drogowym w kraju. Naturalnie najwięcej wypadków ma miejsce w stolicy, która jest największym miastem w Laosie.

Ambulansy najczęściej są wykorzystywane do transportu pacjentów pomiędzy szpitalami i nie są darmowe. W rezultacie wielu poszkodowanych byłoby pozostawionych na pewną śmierć gdyby nie..... Vientiane Rescue, które zostało założone w 2010 roku przez ratownika medycznego z Francji,Sebastiana Perret'a (właśnie kolejny ambulans przejechał...). Jego załoga składa się z wolontariuszy, którzy są najczęściej studentami. Uczą się w ciągu dnia, a nocą biorą zmiany, żeby ratować życie na ulicach Wientianu. Nazywani się są "saviours of the street". Samo Vientiane Rescue jeździ do około 19 wypadków dziennie, co daje nam liczbę około 570 miesięcznie, w których 50 osób ginie. A przecież to tylko jeden ambulans... wypadków jest znacznie więcej. Średni miesięczny budżet załogi Vientiane Rescue to $2000 na miesiąc. Pracownicy są wolontariuszami, a pieniądze pochodzą od darczyńców, bez których ratownicy nie mogliby udzielać pomocy. Przy takim budżecie mamy około 3,5 dolara na wypadek... A tu trzeba udzielić pierwszej pomocy, która często decyduje o tym, czy ofiara przeżyje czy nie. Do tego dochodzą koszty paliwa. Przy tak niskim budżecie ratownicy muszą godzić się na kompromisy, które są dalekie od ideałów... np. używanie tych samych bandaży....

Tymczasem sytuacja w mieście nie ulega poprawy. Głównymi przyczynami wypadków są alkohol i nadmierna prędkość (i znów kolejny ambulans przejechał.....). Policja podobno ma alkomaty, ale zepsute i szczerze nigdy nie słyszałam, żeby kiedykolwiek alkomatów w Laosie użyto. Aby udowodnić jazdę po pijanemu przesłuchuje się sprawcę, sprawdza zapach i obserwuje zachowanie. Serio. Problem picia dodatkowo utrudnia pracę ratowników, którzy mówią, że czasami nie wiadomo, czy ofiara zemdlała z powodu urazów doznanych w wypadku, czy przez nadmierne spożycie alkoholu. Laos, według WHO, jest na drugim miejscu pod względem ilości wypijanego alkoholu w Południowo- Wschodniej Azji. Mówi się, że Wientian ma prawdopodobnie najwięcej wypadków na drogach w całej Azji, jest również pod tym względem w czołówce światowej. Taka mała stolica, a tyle niepotrzebnych śmierci....

Źródło: Aljazeera 

Dla tych, którzy do Laosu się planują wybrać, podaję numer telefonu do Vientiane Rescue - 1623.
Więcej o nich tutaj. Kliknij i dowiedz się jak wesprzeć finansowo ratowników z Wientianu!

Dziś jest piątek, dzień w którym jest największy ruch w mieście....

Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć sobie i Wam (gdziekolwiek jesteście) bezpiecznej jazdy.

piątek, 11 marca 2016

Tajskie laleczki "Chucky"?

Look thep (child angel dolls) czyli anielskie laleczki, które wyglądają jak żywe dzieciaczki są od jakiegoś czasu hitem w Tajlandii. Lalki są rozmiarów niemowlaków, co sprawia, że wyglądają jak żywe. Tajowie wierzą, że look thep posiadają nadprzyrodzone moce, które przychodzą wraz z błogosławieństwem udzielonym przez mnichów. Zaklęte lalki mają przynieść szczęście ich właścicielom, a Ci przechodzą samych siebie, żeby swoje laleczki uszczęśliwić.

Lalki stroi się w urocze ubranka i biżuterie, czesze, zabiera  do restauracji (gdzie zamawia się dla nich posiłki!) a nawet do salonów piękności i na masaż. "Rise and shine my girl, it's time to wake up", szepcze właścicielka do swojej plastikowej córki. Prysznic, szczotkowanie włosów, butelka mleka i kawałek chleba na śniadanko - wszystko dla look thep. Jej "mama" zabiera ją też na wakacje, w końcu jest częścią rodziny. Właścicielka twierdzi, że od zakupu lalki jej życie znacznie się poprawiło, również finansowo.

Choć zjawisko trwa już od roku, to dopiero niedawno przykuło ono uwagę mediów. Wszystko za sprawą Thai Smile Airways. Sprawa jest bezprecedensowa. Tajskie linie lotnicze dają właścicielom wybór. Lalki mogą być traktowane jak bagaż podręczny, co nie wszystkim się podoba, no bo jak to tak zamknąć swoje "dziecko" w schowku nad głową. Thai Smile wyszły więc naprzeciw potrzebom rodziców plastikowych dzieci. Będą oni mogli zakupić bilety dla swoich lalek. Przy rejestracji właściciele będą wpisywać Look Thep, podając informacje do kogo lalka/i należy'ą i ile ich jest. Lalkom, tak jak innym pasażerom, będą podawane przekąski i napoje. Podobnie jak ludzie, lalki będą musiały mieć zapięte pasy przy stracie samolotu i przy lądowaniu.

Już na drugi dzień po wydaniu tego oświadczenia, jedna z lalek została zatrzymana, bo jak się okazało, zamiast zaklętej duszy miała w sobie 200 tabletek amfetaminy.

Tajowie kochają swoje lalki jak prawdziwe dzieci. "I feel like Wansai really exists", opowiada jedna z kobiet. Nie zdziwcie się więc widokiem lalki w restauracji przy stoliku, lub na fotelu obok w samolocie. Jeden plus - plastikowe dzieci nie płaczą ;)

Dodam, że ceny lalek wahają się od 2000 baht (55 USD) do 20 000 baht (556 USD). Do tego dochodzą ubrania, biżuteria, posiłki itp. Nie tania ta tajska obsesja!

Zdjęcia z bangkokpost.com












Angel doll vs. Chucky doll ;)