środa, 27 stycznia 2016

Oblicza Bali - part IV: Munduk

Nadszedł czas na opuszczenie Pemuteran. Myślałam, że z P do Munduk dojadę bezpośrednio lokalnym autobusem (bemo). Myliłam się. Gospodarz mojego guesthouse'u powiedział mi, że bemo jedzie tylko do Seririt, miasteczka oddalonego niecałe 40 km od P. Seririt jest w połowie drogi między Pemuteran a Munduk. A co potem? Czy stamtąd jedzie autobus do Munduk? Maybe... No cóż, trzeba będzie się przekonać. Mój gospodarz wykonał szybki telefon i powiedział mi, że bemo będzie przed guesthousem o 9 rano. Tak po porostu się tu zatrzyma? Tak. Fajnie!

Rano gotowa czekałam chłodząc się w swoim klimatyzowanym pokoju, podczas gdy córka gospodarza stała na ulicy wyczekując na mój autobus. Zjawił się ok. 9. Mały minivan, a w nim paru lokalnych i ja. Po ok 40 min. dojechaliśmy do Seririt. Wysiadam i od razu jestem atakowana. Gdzie jedziesz? Jedziesz do Munduk? Taaak, do Munduk. Gościu mówi, że mnie może zawieźć i pokazuje na swój motor. Robię wielkie oczy i pokazuję mu swoją dużą walizkę i plecak. No problem. Odpowiada. Nie, nie, nie. Ja chce bemo. No Bemo to Munduk. Ach, na pewno kłamią, wszyscy zawsze kłamią! Każdy chce tylko zarobić na białych. Wcisną byle jaki kit. Zawahałam się jednak. Pytam kogoś innego. Bemo to Munduk. No bemo, słyszę. A co jeśli mówi prawdę? Ale czy to możliwe, że nie ma żadnego transportu publicznego do oddalonej o trzydzieści parę kilometrów wioski? Twierdzą, że nie. Pytam więc jak (how?), wskazując na moją walizkę. Gościu dźwiga te kilkanaście kilo i sadza walizkę na motor, przed sobą. Jego głowa ledwo wystaje ponad walizkę. Pokazuje, że dla mnie jest miejsce z tyłu. No problem, powtarza. Ok, za ile? 150 000 rupii. Robię oburzoną minę. Sto, mówi. Nie, odpowiadam, za drogo. Pyta mnie ile mogę dać. Proponuję 50 000 rupii. Ok. No to mamy deal. Zanim wyruszamy pytam o kask. No problem, słyszę znowu, nie ma policji. A ja, że jak się wypierniczymy to moja rozbita głowa to będzie mój problem. Ok, daje mi swój kask. No i ruszamy. Pod górkę, w lewo, w prawo, ostre zakręty. Jestem pod wrażeniem, że ten jego motor daję radę pod górkę ze mną i moją walizkę. Tak sobie jedziemy przez jakieś 40 minut. W górach robi się chłodniej, jest przyjemnie. W sumie to naprawdę podoba mi się ta jazda.

W Munduk odnajdujemy mój guesthouse. Od razu wiem, że będzie mi się tu podobało. Widok z tarasu przed moim pokojem jest nieziemski. Zielone wzgórza, dżungla i tarasy ryżowe. Cudownie.
Z ciekawości pytam właściciela, czy faktycznie nie ma autobusów z Seririt do Munduk. No proszę, nie kłamali, tylko motorem lub prywatnym samochodem można tu dotrzeć. Pyta mnie ile zapłaciłam. 50 tysięcy. To całkiem nieźle, odpowiada. Lokalni płacą 40 tysięcy. Przepłaciłam niecałego dolara, czyli i tak dobrze się wytargowałam.

Widok z mojego guesthouse'u

Od właściciela guesthouse'u dostałam mapkę (naszkicowaną przez niego) z opcjami na trekking. Najkrótsza trasa obejmowała tarasy ryżowe. Potem były dwie inne z wodospadami. Na pierwszy dzień wybrałam tarasy. Było gorąco i duszno, spodziewałam się chłodniejszej pogody w Munduk, ale co tam, byleby nie padało. No więc poszłam. Mapa choć wydawała się bardzo dokładna, nie była taka prosta w użyciu. Parę razy miałam wątpliwości. Ale ale.., kto by się przejmował, zawsze można lokalnych zapytać o drogę. A jak są pola ryżowe, to są i farmy, a jak są farmy to są i ludzie. Nie ma czego się obawiać. Spacerowało się przyjemnie, ale przyznam, że pod koniec, kiedy musiałam dowlec się z powrotem na górkę z której zeszłam, zmęczyłam się i spociłam i jak nie powiem co. Ale warto było - spacer wśród pól ryżowych był wspaniały.

Zdjęcia z trekkingu pierwszego dnia






Następnego dnia wypożyczyłam skuter z zamiarem zajechania pod 2 wodospady i jeziora. Dzień wcześniej rozmawiam z gospodarzem, który mi dał ową mapkę, pytając o wodospady. Zapamiętałam, że na motorze to niedaleko, może 10 minut. Spojrzałam więc na ten szkic i wydawało się, że dotarcie do pierwszego wodospadu to pestka. Wyglądało to mniej skomplikowanie niż mój trekking dzień wcześniej.

No to jedziemy. Jadę główną drogą i szukam konkretnego guesthouse'u, który jest zaacznony na mapie, a przy którym to mam odbić na drogę do wodospadu. Na mapce taki wężyk narysowany i jakby dwa skrzyżowania dróg. Znajduję guesthouse, skręcam w lewo w wąziutką asfaltową dróżkę. Zjeżdżam ostro w dół. O matko, co za droga! Może później będzie lepsza, żeby choć szersza była, była, bo jakoś klaustrofobicznie się zrobiło. Nie robi się szerzej, wręcz przeciwnie. Asfalt się kończy a zielone ogrody zamieniają się w dżunglę. Domy zostawiam za sobą. Ścieżka jest pokryta błotem, a ja cały czas zjeżdżam ostro w dół. Już po chwili moją ścieżkę przecina inna. W lewo czy w prawo? Spoglądam na mapę. Jezu, tu nic nie wygląda jak na mapie. Skręcam w lewo. Jadę dalej. Kolejna decyzja. Hmmm, może w prawo. I znów, eee może tędy. Do dupy z tą narysowaną mapą. Jest bezużyteczna. Przecież sama znajdę drogę. Mówił 10 minut, czyli muszę być blisko. I tak jadę i jadę zapuszczając coraz bardziej w wilgotną dżunglę. Ścieżka, którą podążam jest tak wąska, że co jakiś czas zahaczam o jakieś drzewa i krzaki. Po obu stronach dżungla. Po mojej lewej pnie się ostro w górę, po prawej spada mocno w dół. Trzeba uważać, jedna chwila i ja i mój motor możemy runąć w dół. Jezu, co tu tak wąsko!?! Po jakichś 20 minutach jazdy w głąb dżungli (ani śladu po wodospadzie), zdaję sobie sprawę, że przecież nie mam pojęcia gdzie i jestem. Nie ma pojęcia dokąd jadę. Nie wiem gdzie ten cholerny wodospad. Zgubiłam się w dżungli. Po raz pierwszy w życiu dostałam ataku paniki. Zatrzymuję skuter i zeskakuję na ziemię. Serce mi wali w takim tempie, że mam wrażenie, że eksploduje. Trzęsącymi się rękami sięgam do torebki po telefon. Jezu co ja robię? Do kogo miałabym zadzwonić? I jak wytłumaczyć gdzie jestem? Co teraz? Chryste, co ja najlepszego zrobiłam?! Jak znajdę drogę powrotną?! Czy będę tu musiała nocować? Może rzucić ten skuter i zacząć się wspinać w górę. O boże! Chce mi się płakać. Nie wierzę, że się w coś takiego mogłam wpakować. Co ja właściwie sobie myślałam? Skuterem w dżunglę? No ale skąd mogłam wiedzieć... na pewno nie z mapy. Próbuję się opanować, choć przychodzi mi to z trudem. Musisz się uspokoić, wszystko będzie dobrze, próbuję się sama przekonać. Zawrócić na razie nie mogę. Ścieżka jest tak wąska, że ciężko byłoby komuś przejść obok mnie, a co dopiero zawrócić skuter. Trzeba jechać dalej. Obym kogoś spotkała! Chwilę później widzę chatkę w dole, a przed nią trzy kobitki siedzą. Hello, waterfall?! Wołam do nich z nadzieją. Pokazują, że muszę zawrócić. Pytam jak daleko. Nic z tego, zdaje się, że waterfall to jedyne słowo jakie rozumieją po angielsku. Przerąbane. Pokazuje im, że nie mogę zawrócić, bo ścieżka jest za wąska. One mają rękami, dając mi do zrozumienia, żebym do nich zjechała. Ok, próbuję jeszcze czegoś się dowiedzieć. I ręce mi opadają kiedy jedna pokazuje na mój skuter, a potem kręci głową - na skuterze tam się nie da dojechać. Przebiera palcami... pieszo, pokazuje. Kurwa, tylko co ja mam teraz ze sobą i tym skuterem zrobić!?! Już nie chcę żadnego wodospadu, chcę się stąd wydostać! Munduk, wykrzykuję. Tak, chcę z powrotem do wioski. A one wskazuję palcem w górę. Tak, wiem, że góry, ale którędy? Wzruszam ramionami, nie znam drogi powrotnej...  Nie wiedzą jak mi pomóc, nie wiem czy w ogóle mnie rozumieją. Ok, dziękuję. Prawie ze łzami w oczach odjeżdżam. Jakoś znajdę drogę powrotną, prawda? Prawda??? Pierwszy ostrzejszy podjazd i jestem w przysłowiowej dupie. Motor ugrzęzł w błocie, z resztą prawdę mówiąc o mało z niego spadłam jak zabuksował i obrócił się o jakieś 30 stopni. Trochę więcej i ja i mój motor staczalibyśmy się w dół dżungli. Zrobiło się niebezpiecznie. A ja na nogach mam japonki. Wiem, kto w japonkach do dżungli idzie... tylko, że ja nie miałam pojęcia.... Nagle ku mojej uciesze, pojawia się na ścieżce lokalny chłop. Zatrzymuję go i próbuję jakoś wyjaśnić, poprosić, pokazać...., żeby mi pomógł. Nie chce albo nie umie prowadzić motoru. To nic, pokazuję, żeby pomógł wypchać go pod górę. Taki mały i chudy, ale przynajmniej na nogach gumiaki miał. Pchamy. Może pół metra w górę. I znów. Moje nogi w tych (cholernych!) japonkach ślizgają się po błocie. Męczymy się tak dobre 5 minut, a motor wypchaliśmy może ze 2 metry. Jezu to nie ma szans. Pot się z nas leje i oboje dyszymy. Patrzę na niego bezradnie z rozpaczą. Naglę słyszymy dźwięk motoru. Dobry chłopina pokazuje mi, żebym zaczekała i biegnie w stronę odgłosu silnika. A ja stoję zaparta, pod górę, w błocie, trzymając obolałe ręce na hamulcach co by mi się ten przeklęty skuter nie stoczył. Trochę się stoczył. Ku**a. Wraca chłop z pomocą. Młody chłopak jest na motorze i przewozi do tego worek ryżu, Jestem pod wrażeniem. Da się jednak jeździć motorem po dżungli. Oczywiście na nogach ma potężne gumiaki. Dwóch chłopów wypycha z powodzeniem mój motor na górę. Chłopak na motorze, pokazuje mi, że teraz mogę już jechać. No, no, no, no, no!!! You have to help me. I co, że nie rozumie. Munduk! Wskazuje to na niego, to na mój motor. Ty, ty będziesz kierował. Jak dziecko macham rękoma. Ja będę tu, z tyłu. Ty musisz prowadzić. W końcu zrozumiał. Pokazuje, na swój worek z ryżem. Domyślam się, że musi go gdzieś zawieźć. Tak poczekam... Zostaję i czekam. A jak nie wróci??? Wrócił! Ale jestem szczęśliwa. Naturalnie on zostawia swój motor, no bo jak inaczej. Siadam no motorze za nim. Trzeba się rozpędzać przy każdym błotnym podjeździe. Staram się nie patrzyć w dół. Chwytam się kurczowo jego podkoszulka. Serce znów przyspiesza. Przy którymś podjeździe nie daje rady. Pokazuje, że muszę zejść. Tak tak, już schodzę. Po czym wybiegam pod górkę. Sytuacja powtarza się jeszcze kilka rady. Sama NIGDY bym nie wyjechała stamtąd. Kiedy w końcu docieramy na szczyt, do głównej drogi, odczuwam taką ulgę, że mam ochotę go ucałować i wyściskać. Zamiast tego jednak składam dłonie i dziękuję i dziękuję. Uratował mnie! Mój bohater nieśmiało się kłania i znika w dżungli. Jezu, musi teraz na pieszo dotrzeć tam, gdzie zostawił swój motor. Czuję się głupio. Biedny, a wszystko przez to, że jakaś biała twarz zgubiła się w dżungli. Później uświadamiam sobie, że przecież mogłam mu chociaż jakieś pieniądze dać. Z emocji zupełnie o tym nie pomyślałam. Potem było już za późno. Ale, chłop zasiał dobro, oby też dobro zebrał. Powodzenia mój bohaterze!

A ja, no cóż zamiast wrócić do guesthouse'u postanawiam jechać nad jeziora. Na bitych drogach
czuję się pewnie i swobodnie. W telefonie google maps i wszystko wraca do normy. Po jakimś czasie widzę na drodze znak "Munduk Waterfall". Domyślam się, że to ten drugi wodospad. Z jednej strony straciłam ochotę na oglądanie jakichkolwiek wodospadów, z drugiej strony znak informujący, że jest to tylko 500 metrów od parkingu, sprawia, że decyduję się dać sobie drugą szansę.

Do wodospadu Munduk jest faktycznie niedaleko, a ścieżka jest oznaczona. Tu zgubić się nie da, a i tak widzę niektórych turystów z przewodnikami. Munduk Waterfall jest niewielki i nie robi na mnie specjalnego wrażenie, ale jakieś takie poczucie satysfakcji mam, że choć jeden z dwóch zobaczyłam. Woda jest lodowata, ale kilka osób zdecydowało się na małą kąpiel - wyglądali na Skandynawów, więc może dlatego :) Ja zamoczyłam stopy, pstryknęłam kilka fotek i wróciłam na trasę prowadzącą do jezior.

Munduk Waterfall


Jeziora zdecydowanie przypadły mi do gustu, zwłaszcza to większe Buyan Lake. Gdyby nie wiszące chmury to zapewne pospacerowałabym wokół jeziora dłużej. Jednak w obawie przed deszczem wróciłam do Munduk wcześnie i spędziłam resztę dnia na relaksie.

Buyan Lake (większe jezioro)



Świątynia nad jeziorem


Jakbym nie wystarczająco przygód na jeden dzień miała, to spotkało mnie jeszcze to. Przed wejściem do świątyni widzę dwóch lokalnych. Nie wiem, czy tak sobie tylko siedzą, czy pilnują wejścia. Na wszelki wypadek grzecznie pytam, czy mogę wejść na teren świątyni. Na sobie mam tylko krótkie spodenki i t-shirt, więc pytam czy obwiązać się mam chustą, którą zawsze mam w plecaku. Jakoś tak nie wiedzą co odpowiedzieć. W końcu jeden z mężczyzn mówi, że mogę wejść i żeby założyć sarong. Idzie ze mną, nie wiedzieć czemu. Siada na tyłach świątyni i woła mnie. Podejdź tu, woła wesoło. Eeee, ja tylko chcę zdjęcia zrobić i zaraz sobie idę. Ruszam dalej, pstrykam zdjęcia i rozglądam się. Po paru minutach jestem gotowa do wyjścia. Wtedy słyszę mojego niechcianego "przewodnika", chodź, usiądź ze mną. Ale ja już idę.... No chodź, chcę tylko porozmawiać po angielsku z Tobą. Tak.... stoję zachowując bezpieczną odległość. Ja nie mam czasu... muszę iść... Czekaj, nie idź usiądź tu, chociaż na chwilkę, porozmawiamy. Ale ja.... A może chcesz, żebym Ci zdjęcia zrobił, pyta. Nie... dziękuję, już zdjęcia mam..., nie muszę na nich być. Nie idź jeszcze, próbuje znów. Ja naprawdę muszę iść, dziękuję... Czekaj, chcę Cię pocałować. O Boże! Czerwona lampka się zapala. Nie, nie, nie, odpowiadam kierując się jak najszybciej do wyjścia. Mam ochotę biec, ale nie chcę pokazać, że panikuję. Ok, jedź ostrożnie, odpowiada kierując się też do wyjścia. Ok... wskakuję na motor i rura. Już mnie nie ma. Co za dzień.... 

Tamblingan Lake (to mniejsze)



Informacje praktyczne:

W Munduk zatrzymałam się w "One Homestay". W pobliżu jest wypożyczalnia skuterów - 50 000 rupii za dzień. Polecam restaurację Don Biyu (5 minut pieszo od "One Homestay"). Szeroki wybór zarówno z kuchni indonezyjskiej jak i ogólnie pojętej "zachodniej". Najbardziej jednak zasmakowałam się w ich lemongrasss tea (herbata z trawą cytrynową). 

Piękny Munduk o zachodzie - widok z "One Homestay"

2 komentarze:

  1. Przyczepily sie do Ciebie jakies robaki w tej dzungli? Trzeba bylo sobie zdjecie zrobic w dzungli w japonkach hihihihi- ale rozumiem bylas w stresie, nie zdjecia Ci byly w glowie hahah.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, na szczęście nie, tylko komary. Do zdjęć faktycznie nie miałam głowy, a szkoda, że nie pokazać tej koszmarnej ścieżki w dżungli...

      Usuń