czwartek, 29 grudnia 2016

Rivertime Ecolodge Resort - pływająca restauracja

Na początku chcę zaznaczyć, że nie jest to żaden sponsorowany post. Nie dostaję żadnych pieniędzy ani innych profitów za napisanie tego posta. Dlaczego więc oddzielny post o jednym resorcie? Otóż, wielu turystów pyta mnie, co ciekawego do zaoferowania ma Wientian. Wielu wyjeżdża z miasta z uczuciem niedosytu. Wielokrotnie słyszałam, że Wientian jest nudny i nie ma tam co robić. Naturalnie, ja się z tym nie zgadzam. W mieście jest wiele ciekawych miejsc wartych zobaczenia (o tym będzie osobny post), a poza miastem robi się jeszcze ciekawiej, zwłaszcza jeśli chcecie zobaczyć dziewicze (jeszcze) miejsca, do których turyści nie docierają. O wodospadach Tat Leuk i Tat Xai w cudownym parku narodowym Phou Khao Khouay pisałam tutaj i tu. Niewątpliwie jest to wspaniałe miejsce, które warto zobaczyć. Jedyną przeszkodą może być brak transportu publicznego. Nad wodospady można dojechać skuterem albo wypożyczonym autem (z kierowcą lub bez). Dla budżetowych turystów wynajem auta będzie na pewno zbyt wielkim wydatkiem, a dla niedoświadczonych kierowców podróż na skuterze może być bardzo męcząca z uwagi na odległość i spory odcinek żwirowej drogi. Pisałam też o wspaniałym resorcie Dreamtime, który niestety na obecną chwilę jest zamknięty dla turystów.

Tymczasem, Rivertime Ecolodge Resort wydaje się być jedynym pobliskim i niedrogim miejscem, gdzie można wypocząć z dala od miasta w otoczeniu natury.

Czym jest RER? Resort należy do sympatycznego Laotańczyka i jest żony, Amerykanki. Będąc na miejscu okazało się, że tą Amerykanką jest dziewczyna, z którą parę lat temu pracowałam w Wientianie - jaki mały ten laotański świat! RER to bunglowy nad rzeką i restauracja, która leży na rzece Nam Ngum. To właśnie ta restauracja jest najciekawsza. Z racji tego, że w rzece jest silny nurt, właściciele zbudowali coś na kształt naturalnego basenu na rzece, do którego można wskoczyć dla ochłody i popłynąć kawałeczek z prądem rzeki a później próbować płynąć w górę rzeki (nielada wyzwanie!), lub podciągnąć się linach umieszczonych wzdłuż basenu. My spędziliśmy dzień relaksując się w restauracji - pyszne jedzenie (świeżo złowiona rybka jest warta grzechu!), zimne Beer Lao, chłodzenie się w rzece i kojące widoki. Czego trzeba więcej?

Dla tych którym jednak błogie lenistwo nie wystarcza, RER oferuje gamę innych atrakcji od zwiedzania pobliskich wiosek, kajakowania, przez łowienie ryb, po relaksujący masaż - a to tylko niektóre z nich.

Moje wrażenia z pobytu w RER? Bungalowy są bardzo proste, ale czyste i przyjemnie. Jedzenie w restauracji jest przepyszne, ale chyba przydałby im się ktoś do pomocy w kuchni. Czekanie ponad godzinę na obiad drugiego dnia, trochę popsuło nasze wrażenie. I jeszcze jeden minus - niedaleko na rzece jest prom, który kursuje cały dzień zabierając samochody i motory z jednego brzegu na drugi robiąc hałas, który niesie wzdłuż rzeki. Mimo to, miejsce uważam za godne polecenia.

Rivertime Ecolodge Resort znajduje się zaledwie 30 km od Wientianu. Przed wyjazdem radzę skontaktować się z właścicielami i zrobić rezerwacje bungalowa jeśli planujecie zostać na noc. Można ich znaleźć na FB, albo przez stronę http://www.rivertime.com. Na google maps znajdziecie trasy dojazdu.








środa, 5 października 2016

Top Cities in Asia - laotańskie miasto na drugim miejscu

Amerykański miesięcznik Travel + Leisure zapytał w tym roku swoich czytelników o wybór najlepszych azjatyckich miast.

Na pierwszym miejscu uplasowało się piękne Chiang Mai, leżące na północy Tajlandii. Czytelnicy opisywali tajskie miasto jako spokojne, z pięknymi historycznymi świątyniami, ogromnymi targami oraz dużym wyborem ciekawych restauracji. Podkreślali też, że w Chiang Mai nie brakuje wszelkich nowoczesnych udogodnień, które spotykamy w dużych miastach.
Moim zdaniem, całkiem niezły wybór. Chiang Mai jest wyjątkowo urokliwe i zdecydowanie niczego mu nie brakuje. Miasto jest bardzo lubiane wśród ekspatów w Tajlandii i Laosie.

Na drugim miejscu znalazło się moje ukochane Luang Prabang - dawna stolica Laosu. LP słynie ze wspaniałych świątyń i doskonale zachowanej kolonialnej architektury. Miasteczko położone jest u zbiegu dwóch rzek, Mekongu i Nam Khan. W niewielkiej odległości od miasta znajdują się wspaniałe wodospady Kuang Si i Tat Sae oraz jaskinie Pak Ou, do których płynie się w górę Mekongu. W Luang Prabang byłam 3 razy, a najprzyjemniejsze momenty spędziłam na pysznych śniadaniach w restauracjach położonych nad Mekongiem lub rzeką Nam Khan - w atmosferze spokoju z laotańską kawą w ręce planowałam resztę dnia. O zachodach słońca nawet nie wspominam! Popularnym miejscem wśród turystów jest słynne wzgórze Phou Si położone w samym centrum miasta.

Widok na miasto ze wzgórza Phou Si


Wodospady Kuang Si

Nad Mekongiem


  

A oto i lista wszystkich miast:

1. Chiang Mai, Tajlandia - wpisy z Chiang Mai tutu i tutaj
2. Luang Prabang, Laos - wpisy z LP tutu i tutaj
3. Kioto, Japonia
4. Siem Reap, Kambodża - wpisy z SR tu i tu
5. Bangkok, Tajlandia - wpisy z BKK tutaj tutajtutajtutajtutaj i tutaj :)
6. Hoi An, Wietnam - wpis z Hoi An tutaj
7. Ubud, Bali (Indonezja) - wpis z Ubud tutaj
8. Udajpur, Indie
9. Tokio, Japonia
10. Lhasa, Tybet

poniedziałek, 5 września 2016

Największy wodospad na świecie w Laosie?

Laos jest krajem, o którym wciąż bardzo mało wiemy. Tyle niezbadanych miejsc i nieodnalezionych skarbów. Wiele tych niesamowitych cudów natury jest ukryta w niedostępnej dżungli. Północna-wschodnia cześć Laosu jest szczególnie niebezpieczna do eksplorowania ze względu na niewybuchy.

Kto więc wie co się jeszcze kryje na tym nieznanym lądzie?

Ostatnio odkryłam bardzo ciekawy artykuł. Tytuł głosił, że wodospad Khonphapheng został uznany za największy wodospad na świecie.

Wodospad Khonphapheng  znajduje się w prowincji Champassak przy wyspie Don Khon na Mekongu. Według WWD (World Waterfall Database), laotański wodospad został uznany za największy pod względem szerokości. Jak podaje strona wodospad ma aż 10,783 metrów szerokości. Nie jest to jednak jeden wodospad, a raczej seria wodospadów i prądów, gdzie rzeka Mekong dzieli się na 7 ogromnych kanałów i setki mniejszych. Wodospad jest wysoki na około 21 metrów, ale zmierzony pod względem szerokości od jednego do drugiego krańca osiąga niesamowite 10 kilometrów, przez co jest najszerszym wodospadem na naszej planecie. W porze deszczowej poziom wody w Mekongu tak znacznie się podnosi, że cały wodospad zostaje pochłonięty przez ogrom wody.

Źródło: Vientiane Times

Strona, która podaje informacje o wodospadach znajduje się tutaj

wtorek, 2 sierpnia 2016

Phuket - jak wybrać odpowiednią plażę

Wyspa Phuket jest największą wyspą w Tajlandii. Położona jest na Morzu Andamańskim i jest chyba najbardziej znaną Polakom wyspą w tym kraju.

Przed wyjazdem należy się zastanowić, czego oczekujemy, jak lubimy się relaksować i co nam sprawia radość na wakacjach. Po odpowiedzi na te pytania, należy wybrać plażę, która spełni nasze oczekiwania. Dlaczego to jest takie ważne? Bo poruszanie się po Phuket utrudnia mafia taksówkarzy i kierowców tuk-tuków. Ceny są z góry ustalone i można zapomnieć o targowaniu. Przeważnie cena to 500 bahtów, choć w bardziej odległe miejsca, cena za pewne będzie wyższa. Transport publiczny prawie nie istnieje, więc warto się zastanowić dwa razy. Inną alternatywą jest wypożyczenie skutera jeśli czujemy się na nim pewnie, zwłaszcza, że w Tajlandii panuje ruch lewostronny. 

Zacznijmy od najsłynniejszej plaży na wyspie, Patong. Patong, to taka mała Pataya, czyli miejsce na imprezy przyciągające rzesze seks-turystów. Prostytutki, w tym mnóstwo ladyboy'ów są absolutnie wszędzie. Imprezy trwają do białego rana, a wszyscy zdają się być na haju lub zapici w 4 litery. Sama plaża jest mało ciekawa, brudna, hałaśliwa i pełna turystów. Z tych wszystkich powodów, tę plażę odrzuciłam jako pierwszą. Wszyscy znajomi w Laosie odradzali Patong. Jeśli jednak szukacie imprez do szalonych rana z dostępem do różnorodnych używek oraz tanich prostytutek, a wygląd plaży nie jest aż tak istotny, to Patong będzie dla Was strzałem w dziesiątkę. Ja dziękuję. Podczas mojego pobytu Patong odwiedziłam raz (zostałam zaproszona). Zabrano mnie do bardzo fajnego baru z muzyką na żywo - nie było prostytutek i natrętnych ladyboy'ów. Była za to dobra muzyka i smaczne mojito. Przeszliśmy główną ulicą i powiem Wam jedno - dzieci tam wieczorową pora nie bierzcie. Weszliśmy do kilku innych barów/dyskotek, ale nawet piwa nie byłam w stanie tam dokończyć. Muzyka przy, której można ogłuchnąć, niezliczone tłumy pijanych turystów i wszystko inne o czym pisałam powyżej - nie dziękuję. Ale fajnie, że udało się znaleźć jedno fajne miejsce, no ale to z pomocą ekspatów, którzy wiedzą co i jak. Nazwa baru na dole posta. 

Drugą największą plażą jest Karon Beach. Plaża ta jest polecana dla rodzin i ludzi pragnących relaksu, z dala od dziczy przy Patong.

Również na zachodnim wybrzeżu (jak dwie powyższe plaże) znajduje się Kata Beach. Kata jest o wiele spokojniejsza niż Patong, ale trochę więcej się dzieje niż na Karon. Taki złoty środek, dlatego zakwaterowanie właśnie przy tej plaży wybrałam. Kata jest piękną szeroką plażą, a w miasteczku jest masa restauracji serwująca cudowne jedzenie - istny raj dla spragnionych nowych doznań smakowych. Kata jest również idealnym miejscem dla surferów. Podczas mojego pobytu fale były naprawdę duże (wszędzie) i pływać się właściwie nie dało. W wyznaczonych miejscach, bacznie obserwowanych przez ratowników, ludzie stali w wodzie i bawili się z falami - powiem, że sama bawiłam się jak dziecko. Potrafiłam tak przez godzinę albo dwie szaleć w wodzie. Ale wracając do tematu surferów. Nawet jeśli nie traficie na fale, a marzycie o surfowaniu, to koniecznie musicie udać się do słynnego Surf House - warto się tam udać, żeby chociaż zobaczyć niekończące się upadki surferów, no i jest oczywiście bar, więc przy piwku można się poprzyglądać poczynaniom i tym początkującym i tym bardziej pro. 

Kata Beach




Jakieś 10 minut spacerkiem główną ulicą od Kata Beach dotrzemy do pięknej Kata Noi (Mała Kata). Przy Kata Noi jest dużo ekskluzywnych resortów i za pewne więcej bogatszych turystów. Sama plaża nie jest wcale taka bardzo mała. Jest bardzo zadbana i spokojna. Ja wybrałam się tam na zachód słońca i oprócz mnie może kilkanaście osób było na plaży. Przyjemnie!

Kata Noi Beach



Najbardziej polecaną na Trip Advisor plażą, jest Nai Harn Beach. Pożyczyłam stary skuter od zaprzyjaźnionego właściciela baru, do którego wieczorami zaglądałam, i pojechałam zobaczyć tę boską plażę. Nie zawiodłam się - plaża jest cudna. Znów, bardzo niewielu turystów na plaży i piękna pogoda - doskonałe miejsce na niebiański relaks. 

Nai Harn Beach



Zastanawiałam się nad Freedom Beach, która leży pomiędzy Patong a Karon, ale można się tam dostać tylko łodzią (tak przynajmniej mówią lokalni), więc zrezygnowałam. Nie bardzo miałam ochotę na płacenie haraczu, kiedy mogę iść na inne plaże za darmo. Warto czy nie warto - nie wiem. 

Z innych polecanych przez znajomych plaż, których już nie zdążyłam zobaczyć to Kamala Beach (na  północ od Patong), Bang Tao Beach (jeszcze bardziej na północ), Surin Beach (również na północ od Patong, ok 30 min. jazdy skuterem) i Mai Khao Beach (na północ od lotniska). Plaże te zdają się być bardzo spokojne, daleko od miejsc z nocnym życiem. Będą dobrą opcją dla rodzin i par pragnących ciszy i spokoju. 

Na skuterku podjechałam też do słynnego Karon View Point - piękne widoki, ale warto tam jechać tylko przy dobrej pogodzie. Mnie szczęście dopisało. Innym pięknym miejscem, bardzo popularnym o zachodzie słońca, jest Phromthep Cape, podobno najczęściej fotografowane miejsce na wyspie. Skalny cypel, na południowo-wschodniej części wyspy, jest niedaleko Rawai Beach. Można wybrać się tam nietanią, ale pyszną kolację o zachodzie słońca - idealne miejsce na romantyczną kolację, choć zdecydowanie  nie w samotności, bo miejsce to jest mocno okupowane przez turystów. Uważam jednak, że i tak warto! 

Karon View Point


Czy warto jechać do Tajlandii w porze deszczowej? Przede wszystkim w porze deszczowej nie zawsze pada! Ale jest ryzyko. W Laosie nie pamiętam, żeby padało więcej niż 2 dni non stop i nawet jeśli pada bardzo często to zazwyczaj późnym popołudnie, wieczorem lub bardzo wczesnym rankiem. Ogólnie i tak jest więcej słońca niż podczas polskiego lata :) Pogoda jest jednak nieprzewidywalna. Na Phuket jeden Australijczyk mi powiedział, że kolega był przed nim na tydzień i prawie cały czas padało. Ja spędziłam na Phuket 6 dni i 2 były deszczowe. Ale jeśli ktoś nie ma obsesji na punkcie opalania, to nawet w deszczowe dni będzie się świetnie bawił. Oczywiście, że pływałam podczas deszczu! Ba, nawet spacer 15 minutowy w deszczu z plaży do hotelu był super. Leje i jest ok. 30 stopni. Wiecie jak to przyjemnie iść w takim deszczu boso?! Naturalnie morze i plaża nie wyglądają tak pięknie kiedy leje jak z cebra, ale i tak uwielbiam przyglądać się monsunowym deszczom. 

Napotkane jeziorko w drodze

Pożyczony skuter
Jak widać nie pierwszej świeżości, hamulce też kiepskie, ale za to jaką poduszkę miał!
No i pożyczony za darmo :)

Z Phuket organizowanie są różne wycieczki, np. na Krabi, Phi Phi, czy wyspę Jamesa Bonda. Ja postanowiłam jednak pozostać na Phuket - po raz pierwszy chciałam w Azji odpocząć i niewiele robić. Chciałam też zobaczyć jak najwięcej wyspy, a nie skakać z miejsca do miejsca. A uwierzcie, Phuket nie jest małą wysepką! 

A na koniec czas na wyznanie. Wyjazd na Phuket był ostatnią podróżą po Azji przed wyjazdem do Polski. Piszę do Was już z mojego rodzinnego miasta. Zostawiam Laos (za którym już tęsknie). Do napisania mam jeszcze tak wiele, że materiału nie zabraknie mi szybko. Naturalnie śledzę wiadomości i nowinki laotańskie cały czas, więc jestem na bieżąco! Do Laosu z pewnością wrócę. Nie wiem kiedy i nie wiem czy do pracy, ale wrócę, bo to mój drugi dom i nic tego nie zmieni. Co jeszcze chcę zobaczyć? Na pewno Myanmar! A to przecież koło Laosu :) Czekają jeszcze Filipiny i Malezja, a potem jeszcze dalej... 

Informacje praktyczne:

Nocleg w Elcidium Boutique Guesthouse - wspaniałe miejsce, które szczerze polecam. Jakieś 10-15 minut spacerem od plaży. Wracając trzeba troszkę pod górę iść, ale osobiście się z tego cieszyłam. Odrobina aktywności po pysznym tajskim jedzeniu każdemu dobrze zrobi :D Mój pokój był śliczny. Czyściutki i pachnący, sprzątany codziennie. Miałam mały balkonik z widokiem na bujną zieleń. Właściciel był mega przyjazny i chętnie służył pomocą. Zdecydowanie bym tam wróciła!

Super wygodne łóżko z moskitierą.


Była też mała sofka i tv, z którego oczywiście nie korzystałam.

Koszt wynajęcia skutera waha się od 200 do 300 bahtów (częściej ta druga cena). 

Jadłam w:

The Family Restaurant - Maleńka restauracja z pysznym jedzeniem i wspaniałą obsługą. Dbają o najmniejsze szczegóły. Podobało mi się jak po posiłku, dają klientom zmrożone chusteczki - wspaniały pomysł.

Kataturk Turkish Restaurant - A tu turecka kuchnia, a nie tajska, ale warta grzechu. Rany, jakie oni mają tam śniadania! Jadłam tam kilka razy i wszystko było po prostu niebiańskie. Bardzo przyjaźni właściciele. Jeden mieszkał trochę w Stanach i bardzo dobrze mówi po ang. Zdradził mi, że wprowadzają nowe menu, więc będą też mieć kuchnię tajską. 

Najlepsze śniadanie jakie w życiu jadłam!
Cena niecałe 200 bahtów - herbatka za darmo.

To chyba jakiś rodzaj kebaba - nie pamiętam. Wiem za to,że było przepyszne! 

Red Duck Restaurant - Położona tuż obok guesthouse'u, w którym się zatrzymałam. Bardzo dobre jedzenie i świetna obsługa. 

Ryż z zielonym curry z krewetkami

 Wołowina z warzywami 

Chai Thaifood Restaurant - dobre tajskie jedzenie w umiarkowanych cenach. Nie wszyscy z obsługi mówią dobrze po ang., ale w razie czego wołają kogoś z kuchni do pomocy. 

Baked mussles with cheese - te mi tak średnio podeszły.
Inne rzeczy bardziej mi smakowały. 

Kata on Fire Bar and Grill - Przyuliczny bar, w którym czułam się jak w domu. Serwują najzimniejsze piwo jakie kiedykolwiek piłam, prosto z zamrażalki - genialne. Zaprzyjaźniłam się z kelnerką, która po ang, prawie nie mówi, ale za to jak na barze tańczy! :) Porozumiewałyśmy po troszkę po ang, troszkę po laotańsku i za pomocą jej koleżanek, które tłumaczyły. Druga pracownica w Phuket była od bardzo niedawna, pochodzi z Chang Mai i jest przemiłą dziewczyną. To właściciel, Taj, pożyczył mi swój skuter. Raz jak szłam w deszczu, to się zatrzymał i podwiózł mnie do knajpy :)

W ciągu dnia serwują całkiem niezłe jedzenie.
Ryż z warzywami i krewetkami - bardzo smaczny (i tani).

Ska Bar - Doskonale ulokowany na samej plaży Kata, wbudowany w skały na lewym końcu plaży. Przyjemna atmosfera, fajna muzyka, zimne piwko i morze praktycznie pod stopami. Przemiły właściciel (z baaaardzo długimi dredami), powiedział mi, że w sezonie grają muzykę na żywo. W ciągu dnia byłam w ich restauracji i jadłam pysznego steak'a z rekina. 

 Stek z rekina 

Red Hot Bar - Przyjemny bar z muzyką na żywo przy Patong Beach. 

czwartek, 14 lipca 2016

Wietnamska przygoda: Hoi An i pościg

Do Wietnamu wkroczyłam niepewnie. Zgubiłam autobus (na jakiś czas), taksówkarz w Hanoi chciał mnie oszukać i dostałam jakąś norę zamiast mojego zarezerwowanego pokoju - tylko na 1 noc na szczęście. Pierwsza część przygody po wietnamsku opisana tutaj. Potem było tylko lepiej, piękne Da Nang i jego cudne plaże, a na deser imprezka w jednym z najlepszych hoteli w mieście - o tym tutaj.
Co mnie więc czekało w słynnym miasteczku Hoi An???

Hoi An przypominało mi trochę laotańskie Luang Prabang. Oba miasteczka zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w latach 90. Luang Prabang słynie głównie ze świątyń i unikatowej oraz doskonale zachowanej architektury jak i obiektów religijnych. Również położenie jest dosyć niezwykłe, bo Luang Prabang leży na półwyspie, gdzie łączą się dwie rzeki, Mekong i rzeka Nam Khan. Piękne świątynie, kolonialna architektura i cudne okolice przyciągają mnóstwo turystów.

Hoi An, które jest około 2 razy większe od Luang Prabang, jest miasteczkiem zdecydowanie bardziej znanym i ilość turystów (nawet po za sezonem) jest odrobinę przytłaczająca. Ale cóż się dziwić, kiedy miasteczko po prostu zachwyca. Słynny Japoński Most ze świątynią buddyjską i cały układ miasteczka z przeurokliwymi uliczkami oraz świetnie zachowanym portem, który w XVI wieku był jednym z najważniejszych portów na morzu Południowochińskim, wyróżniły to miasteczko na mapie Wietnamu.

Japoński Most

Piękne Hoi An za dnia





Słynne wietnamskie kartki pocztowe.
Kartki się składają, a po rozłożeniu przedstawiają albo naturę albo znane wietnamskie miejsca.
W Wientianie również można podobne zakupić, tylko że przedstawiają laotańskie zabytki.
Znajomy Wietnamczyk uświadomił mi dawno temu,że to tradycja wietnamska, nie laotańska.


I te lampioniki wszędzie w centrum miasta,


Hoi An jest zdecydowanie rajem dla zakupoholików. 
Szyją ubrania i buty na zamówienie dosłownie wszędzie. 

Hoi An może się poszczycić również całkiem ładnymi plażami. Nocą, natomiast centrum miasta oświetlone jest wszechobecnymi lampionami, co sprawia, że robi się bardzo romantycznie (jeśli nie będziemy zwracać uwagi na tłumy turystów).



Hoi An nocą






Wieczorami w wielu knajpkach można posłuchać muzyki na żywo, na co właśnie się zdecydowałam pierwszego wieczoru. Zespół grał przyjemną muzykę, a turyści/ekspaci bawili się wyśmienicie przy alkoholu. Poznałam managera baru (bardzo sympatycznego Włocha), który przedstawił mnie dwóm dziewczynom z Nowej Zelandii. Kumpele (a właściwie przyjaciółki od dziecka) były w podróży po Południowo-wschodniej Azji. Od paru dni bawiły się właśnie w Hoi An. Kiedy muzyka się skończyła, dopiliśmy nasze drinki i udałyśmy się do reggae baru. Tak się złożyło, że do tego samego baru udali się członkowie zespołu, którzy grali w poprzedniej knajpie. I tak poznałam 2 Filipińczyków i jednego Austriaka, którzy razem już 12 lat żyją i grają w Wietnamie. Było na tyle miło, że zaprosili mnie na mały festiwal muzyczny do Da Nang następnego dnia.

Jak się okazało, wszystkie okoliczne zespoły stworzone przez różnych maści obcokrajowców zebrali się razem, żeby pośpiewać i pograć. Każdy zespół miał swoje przysłowiowe 5 minut. Z czasem przybyło coraz więcej ludzi - ekspaci z Da Nang i Hoi An. Nawet jeden Polak z Da Nang był :)

Potem powrót do Hoi An, włóczenie się po miasteczku, a wieczorkiem do knajpki, gdzie moi nowi znajomi mieli swój kolejny gig. Historia się powtórzyła i późnym wieczorem wylądowaliśmy w tym samym reggae barze. Dodam, że chłopaki zostawali w Hoi An na noc (na co dzień mieszkają w Da Nang), więc poleciłam im, żeby zatrzymali się w tym samym miejscu gdzie ja (cudne miejsce, o którym napiszę później). Kolejne piwko i mojito. Wieczór robił się późny, a tu następnego dnia, wczesnym rankiem, miałam dostać się z powrotem do Da Nang, skąd miałam wracać do Laosu. Bilet miałam już zakupiony, więc nie przejmowałam się szczegółami. Odjazd zaplanowany był na 8 rano. Między obiema miastami kursuje lokalny autobusik bardzo często, tylko wlecze się niemiłosiernie i zatrzymuje się dosłownie co parę minut (o klimatyzacji zapomnijcie). W związku z tym poprosiłam mojego nowego znajomego, Filipińczyka, czy rano nie podwiózłby mnie do Da Nang (i tak cały zespół tam wracał). No pewnie, odpowiada. Załatwione. Teraz mogę się zrelaksować i zamówić kolejne mojito. Kto by się przejmował, że już po 1 w nocy..... Wyśpię się w autobusie. W końcu to moja ostatnia noc!

To co się później stało i jak to się stało, pozostanie tajemnicą. Budzę się w swoim wygodnym hotelowym łóżeczku. Przeciągam się i szybko zdaję sobie sprawę, że słońce jest już dosyć wysoko. Co do cholery?! Która godzina? 7:36. O Boże!!! Jak to możliwie - sprawdzam - budzik nastawiony... No to dlaczego mnie nie obudził??? Lecę do chłopaków. Musicie mnie zabrać na Da Nang! TERAZ!!!!

Chyba nigdy w życiu tak szybko się nie spakowałam i wymeldowałam z hotelu. 7:45 byłam już na skuterze z moim znajomym. Zdawałam sobie sprawę, że nie ma absolutnie żadnych szans, żeby zdążyć na autobus, zwłaszcza, że ten odjeżdżał z przeciwnego końca Da Nang. I ten skuter, czemu taki wolny? Nie możemy jechać szybciej? pytam zrozpaczona. Jedziemy najszybciej jak się da, sorry... stary skuter. Mija 8, a my nadal w drodze. Jest prawie 8:30 kiedy dojeżdżamy.... a tu jeszcze trochę dalej trzeba przez miasto. Inni trąbią, my trąbimy i jedziemy tak szybko jak się da mijając inne jednoślady. Jezu zabijemy się, a przecież i tak jest już dawno za późno. Coś jednak nie pozwala nam zwolnić ani chwilę. Serce z nerwów bije jak oszalałe. Pozwólcie, że wytłumaczę, dlaczego tak ważne było zdążenie na TEN autobus. Autobusy odjeżdżają do Laosu raz dziennie o 8 rano. Planowany przyjazd do Wientianu jest na dzień następny na 5 rano. No więc była to niedziela..... ostatni dzień urlopu, w poniedziałek o 8 rano miałam być w pracy.... Więc nie chodziło tylko o te 30 dolarów za bilet....

W końcu dojeżdżamy na miejsce. Oczywiście żadnego autobusu nie ma. Zatrzymujemy się przy drodze. Bus? Laos? Krzyczę do jakiegoś Wietnamczyka, który wychodzi z budynku, w którym kupiłam bilet. Patrzy na mnie trochę zdziwiony, po czym pyta o bilet. Bierze go do ręki i zaraz łapie za telefon. Krzyczy coś do słuchawki, a my nie rozumiemy ani słowa. Następnie oddaje mi bilet, wskakuje na swój skuter i pokazuje nam, żeby jechać za nim. No ok. Czy my będziemy gonić autobus??? Na to wygląda! Prujemy próbując dotrzymać tempa, a Wietnamczyk tylko co jakiś czas się odwraca i macha nam ręką popędzając nas. Po jakichś 10 minutach gonitwy złapaliśmy i zatrzymaliśmy mój autobus!!! Nie wyobrażacie sobie mojej ulgi! Choć była już prawie 9, autobus daleko nie ujechał. Jak dobrze, że w Azji czas się mierzy inaczej, a autobusy nie znają takiego pojęcia jak punktualność.

Podróż przebiegła w miarę spokojnie. Tylko na granicy jakiś Koreańczyk z naszego autobusu zemdlał (pewnie z upału i odwodnienia), a w miejscu gdzie nasza grupa czekała na autobus, zaraz za granicą, na plastikowych krzesełkach, na trawce, zakradł się wąż. Taki 2 metrowy. Trochę paniki wywołał, ale na szczęście jeden chłopak chwycił węża za pysk. Pierwsze dumnie go prezentował, potem zjawili się wietnamscy chłopcy z kijami bambusowymi i chcieli węża stłuc. Jedna Francuska z naszej grupy strasznie się jednak darła, żeby wężowi dać spokój, więc chłopak wyrzucił go w pobliskie krzaki. Nie wiem, czy spranie węża miało być rodzajem rozrywki, czy też może liczyli na ciekawszą kolację.

Już po stronie Laotańskiej zostaliśmy 2 razy zatrzymani przez policję. Pierwszy raz, glina wszedł do autobusu kazał wszystkim obcokrajowcom, czyli mnie i 4 Francuzów z dzieckiem oddać paszporty do kontroli. Trochę trzeba było poczekać, ale ostatecznie puścili nas bez problemów. Dlaczego drugi raz zostaliśmy zatrzymani, nie wiem. Długo to nie trwało, ale kierowca nie wyglądał na zadowolonego jak wrócił. Monitorując czas, wiedziałam, że będziemy mieć spore opóźnienie....

Na dworzec w Wientianie zajechaliśmy o 8 rano, czyli dokładnie o godzinie, o której powinnam być w pracy. Telefon po całej nocy rozładowany, więc nie mam jak zadzwonić do szkoły. Biorę motorbike taxi i jadę do domu. W domu przebieram się w minutę, zabieram kilka niezbędnych rzeczy, wskakuję na swój skuter i pruję do pracy. Spóźniona godzinę. Przełożona własnie miała dzwonić po zastępstwo za mnie (a to oznaczałoby cięcia w pensji). Szczęście jednak mnie nie opuściło. Wyjaśniłam, że właśnie wróciłam w Wietnamu i autobus miał 3 godziny opóźnienia. Wiesz jak to jest z tymi autobusami tutaj, usłyszałam od przełożonej. Tak tak, wiem. Następnym razem będę się bardziej pilnować. Uffff uszło mi na sucho!


Informacje praktyczne:

Dive Bar - przyjemny pub z muzyką na żywo. Spokojnie można liczyć na dobrą zabawę w tym popularnym miejscu.

One Love Bar - reggae bar, w którym zaczyna coś się dziać dopiero późną nocą. Ogólnie ludzie chyba chodzą tam dlatego, że jest otwarty do późna. Muzyka niestety niewiele miała wspólnego z reggae.

Noclegi w Champa Hoi An Villas - urocze miejsce w centrum miasta. Czyste i przestronne pokoje, a obsługa niesamowicie przyjacielska. Chętnie udzielają rad i służą pomocą. Dostałam małą mapkę miasta i powiedzieli mi też jak wejść do zabytkowej części miasta nie kupując bardzo drogiego biletu. Płaciłam 16 USD za noc. Jest możliwość wynajęcia rowerów za dolara za dzień. Szczerze polecam! Warto przejechać się na rowerze nad morze - przepiękne widoki z polami ryżowymi.

Zdjęcia z wycieczki rowerowej nad morze.