poniedziałek, 9 listopada 2015

Boat Racing Festival i koniec Buddyjskiego Postu

Końcem października, w tym roku 27 i 28, w Wientianie jest wielkie święto.

Przede wszystkim, świętuje się zakończenie Buddyjskiego Postu (Boun Ok Phansa). Z tego powodu, w pierwszy dzień wszyscy, całym kraju, udają się do świątyń złożyć dary. Wieczorem, wokół różnych, pięknie udekorowanych i oświetlonych świątyń mają miejsce procesje, a lokalni puszczają na rzece ręcznie robione łódeczki udekorowane świeczkami i kwiatami (Lai Huea Fai).



Wiele kobiet z szacunku dla tak ważnego święta przywdziewa tradycyjne białe szaty. Podziękowania składane są w kierunku Buddy i matki rzek (Mekong) za wodę, bez której nie byłoby życia. Jest to również hołd ku czci zmarłym. Łódki również symbolizują odesłanie wszelkiego zła/pecha. Bardzo wielu Laotańczyków wierzy również, że w rzece żyje smok Naga, któremu oddają cześć w ten dzień.

Bardzo interesującym wydarzeniem w ten dzień są "Naga Fireballs" - ogniste kule wydobywające się późnym wieczorem z Mekongu. Wierzy się, że smok Naga, który zamieszkuje Mekong, strzela rozświetlonymi różowo-czerwonymi kulami ognia. Kule wystrzeliwane są z rzeki kilkaset metrów w górę, po czym znikają na tle nocnego nieba. To spektakularne zjawisko ma miejsce co roku w nocy 15 dnia 11 miesiąca laotańskiego kalendarza księżycowego, co przypada właśnie na zakończenie Buddyjskiego Postu. Tłumy zbierają się nad rzeką (również po stronie tajskiej, w Nong Khai), aby być świadkiem tego niesamowitego zdarzenia. Pytałam moich znajomych Laotańczyków i faktycznie, większość wierzy w smoka i jego ogniste kule. Mówią: "Przecież to musi być prawda, dzieje się tak od wielu lat. Nawet nasi dziadkowie pamiętają to z dzieciństwa." Kiedy jednak ich pytam, kiedy to się zaczęło, jak dawno temu, odpowiadają: "Nie wiem, ale dawno temu."

Skąd więc biorą się te magiczne ogniste kule? Naukowcy zdają się nie wiedzieć. Jest jednak kilka teorii, po za tą, że to sprawka smoczyska.

Jedna mówi, że osad na dnie rzeki fermentuje wraz resztkami rozkładających się zwierząt, co powoduje powstanie swego rodzaju wielkich baniek wydobywających się na powierzchnię. W teorii, bańki te mają tyle gazu, że są w stanie wybuchnąć i wznieść się powietrze. Naukowcy jednak nie widzą powodu, dla którego takie zjawisko miałoby mieć miejsce tylko w Mekongu. Do tego dochodzi fakt, że odbywa się to dokładnie raz w roku i wszyscy wiedzą z wyprzedzeniem kiedy - na koniec Buddyjskiego Postu. Więc teoria sfermentowanych baniek gazowych raczej nie trzyma się kupy.

Inni uważają, że to laotańscy żołnierze wystrzeliwują pociski wzdłuż Mekongu. Jeśli jednak tak jest, to rząd musi zadawać sobie wiele trudu, organizując potajemnie taką atrakcję każdego października od wielu wielu lat. No i jest jeszcze jedno pytanie. Dlaczego nikt nigdy nie słyszał pocisków???

Pozostaje więc tylko jedno wytłumaczenie - to smok Naga!!! ;)

Następnego dnia, z samego ranka, tłumy udają się nad Mekong obserwować Boat Racing Festival. Drużyny wioślarzy w bardzo długich łódkach ścigają się na rzece na zakończenie festynu. Wioślarze najczęściej sponsorowani są przez wielkie firmy jak np. Beer Lao, przez ministerstwa lub inne duże organizacje. Zawody zawodami, ale co się dzieje w mieście! Centrum miasta (nad Mekongiem) zamienia się w ogromny targ. Szaleństwo zakupowe zaczyna się już tydzień wcześniej. Wszędzie stragany, tłumy, hałas (mega głośna muzyka) i korki, a o parking biada. Dla turystów to może być niezła frajda, ale dla expatów tu mieszkających to raczej udręka. Większość nie zagłębia się w tamte rejony podczas festiwalu, Z resztą, wielu Laotańczyków, zwłaszcza osoby starsze, też skarży się na męczące tłumy. Jedni cieszą się z zawodów i przybywają tłumnie obserwować wyścigi, inni prześcigają się na straganach, a jeszcze inni mają wszystko gdzieś i zostają w domu, żeby wypocząć.

Ja w tym roku postanowiłam wybrać się na wycieczkę motocyklową. 27 października pojechałam wraz z z chłopakiem do malutkiej wioski Ban Hai w Pak Ngum. Wioska znajduję się ok 60 km na północny wschód od Wientianu. Znaleźliśmy tam guesthouse, gdzie tylko się zameldowaliśmy i jako, że był już wieczór, udaliśmy się na poszukiwanie lokalnego festiwalu.

Wieczorny widok przy naszym guesthousie 

Naturalnie festyn odbywał się nad rzeką, przy świątyni. Lokalni byli bardzo zdziwieni widząc białą twarz! Nikt nie mówił po angielsku, więc pozostał laotański do komunikacji. Zamówiliśmy jedzenie i Beerlao i zaczęliśmy obserwować bawiących ludzi.

Kolacja po laotańsku
Kurczak z grilla, sticky rice, sałatka z papai z ogromną ilością chilli, świeże warzywa i Beerlao

Szybko zaczęli do nas podchodzić i pytać o to i owo. Konwersacje były raczej krótkie ze względu na barierę językową. Zawsze jednak kończyło się toastem ze szklaneczką Beerlao. Wtedy poznaliśmy uroczą 11 letnią dziewczynkę i jej mamę. Mama była zdecydowanie zachwycona widząc białą twarz w swojej wiosce i bardzo chciała rozmawiać (i pić Beerlao w sporych ilościach). Jak się okazało jej urocza córeczka uczy się angielskiego w szkole i z jej pomocą jakoś się porozumiewaliśmy. Było bardzo wesoło. Zaproponowali nawet, żebyśmy zostali w ich domu na noc. Uprzejmie odmówiliśmy, jako że już opłaciliśmy nasz guesthouse. Dziewczynka, o wdzięcznym imieniu Mai Mint, nie odstępowała mnie na krok i zasypywała pytaniami. Musiała też tłumaczyć pytania wszystkich dokoła. "Mama pyta, czy może kupić Ci piwo". "To moja ciocia, lubi pić dużo piwa", "Gdzie pracujesz?", "Ile masz lat?", "Możesz dziś ze mną spać?" "Jak długo tu zostajesz?" Nawet raz zapytała mnie o pozwolenie do pójścia do toalety ;)

Z Mai Mint i jej mamą

Poznałam jej całą rodzinę i wszystkich znajomych, którzy byli na festiwalu. Musiałam tańczyć z pijaną ciotką i innymi dobrze podchmielonymi dziewczynami, które próbowały ze mną tańczyć w "zachodnim" stylu. Była też jedna babunia, która bez pytania brała mnie pod rękę i kazała ze sobą tańczyć, po laotańsku oczywiście. Była też inna dziewuszka, która bardzo się spoufalała i dotykała mnie gdzie popadnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie za bardzo mnie polubiła... Ogólnie było jednak mnóstwo zabawy.



Udało mi się nawet namówić jednego z wojskowych, żeby dał mi swój AK-47 do potrzymania!


Oczywiście obserwowaliśmy też jak puszczali na rzece ręcznie robione łódeczki z palącymi się świeczkami. Była też wielka konstrukcja smoka z bambusa na łódce, z setkami świeczek z oleju. Kiedy zapalili wszystkie świeczki i łódka-smok popłynęła w dół rzeki, widok był cudny. Mieszkańcy wioski mieli nadzieję, że w tym roku Naga przypłynie do nich i zobaczą ogniste kule, ale nic z tego. Może w przyszłym roku ;)







Na drugi dzień wybraliśmy do Phou Khao Khuay nad wodospady Tad Xay. To była moja druga wycieczka nad ten wodospad, ale pierwsza na motocyklu. Post o Tad Xay był tutaj. Dziś więc tylko zdjęcia. Jest koniec pory deszczowej, więc wody było więcej niż poprzednim razem i pogoda też dopisywała, więc i zdjęcia lepsze :)

W drodze


Cała wycieczka na moim skuterku. W sumie ok. 220 km. 








Wokół było mnóstwo pięknych motyli


Bardzo malowniczy krajobraz 


5 komentarzy:

  1. A myślałem, że Twój chłopak mieszka w Nowym Targu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdjęcie z AK wygrywa mistrzostrzastrzo. Mistrzostwa wszystkiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha! Mam jeszcze lepsze, też z AK, tylko w otoczeniu 6 wojskowych w mundurach. Niestety jakość fatalna, więc nie umieszczałam na blogu.

      Usuń
  3. Z przyjemnością informuję, że blog został nominowany do nagrody Liebster Award. Gratulacje! Zawsze chętnie tu zaglądam. Po dodatkowe informacje zapraszam do siebie na https://zimawub.wordpress.com/2015/11/18/liebster-award/

    OdpowiedzUsuń