czwartek, 23 lipca 2015

Spojrzenie Kingi na Laos

Kinga, pasjonatka podróży, wybrała się na półtoraroczny wyjazd do Azji południowo-wschodniej. Przez Laos podróżowała przez 3 tygodnie i na swoim blogu opisuje miejsca, które wywarły na niej największe wrażenie. Moje 3 grosze też tam się znalazły :)

Zachęcam do przeczytania tutaj.


środa, 22 lipca 2015

Zgub się na targu Chatuchak

Moje nowe odkrycie w Bangkoku - Chatuchak Market. Targ nie jest bynajmniej nowy i sama się dziwię, że wcześniej o nim nic nie słyszałam, a przecież w BKK byłam pewnie ze 20 razy.

Ale co takiego niezwykłego jest w tym targu? Zacznijmy od tego, że targ Chatuchak to weekendowy targ, więc na zakupy możemy się tam wybrać tylko w sobotę lub niedzielę. Targ jest wyjątkowy z kilku względów. Po pierwsze, jest ogromny. 35 akrów, na których mieści się 8000 sklepików i stoisk robi wrażenie. Średnio, w weekend targ odwiedza około 200 000 ludzi. Targ podzielony jest na 27 sektorów, więc niektórzy mogą chcieć zaopatrzyć się w mapę. Ja mapy nie miałam i jak znowu tam pojadę (a pojadę na pewno), to też bez mapy będę nawigować. Targ jest wspaniały, kolorowy, różnorodny i czysty, więc zgubienie się tam to najlepsza zabawa. Idziemy tam, gdzie nas oczy poniosą. A to pójdę w lewo, a teraz w prawo, tu prostu, potem znów gdzieś skręcę... i tak przez parę godzin. O tak, przygotujcie się na spędzenie pół dnia na targu. Ja w sumie nie planowałam nic kupować, a kupiłam sporo... Miałam na targ zaglądnąć, tak na godzinkę, a włóczyłam się przez ponad 4, pomimo tego, że na plecach miałam 8 kilowy plecak, a od południa żar lał się z nieba.

A co na targu można kupić? WSZYSTKO. Ubrania i akcesoria, kosmetyki, rękodzieła, ceramikę, meble i wszystko inne do dekoracji wnętrz, jedzenie i napoje, rośliny i akcesoria/narzędzia ogrodnicze, obrazy i rzeźby, zwierzęta domowe, książki, antyki, pamiątki i jeszcze więcej. Innymi słowy, wszystko czego dusza zapragnie.

Nie zapomnijmy, że na targu trzeba się targować. Jak się już tę jakże ważną sztukę opanuję (uważam się za ucznia na zaawansowanym poziomie), to można wytargać coś za bardzo przyzwoite pieniądze. Jaką taktykę obrać, żeby nie przepłacić? Jest ich wiele. Ja zazwyczaj przesiaduję dosyć długo w jednym miejscu, przeglądam rzeczy dokładnie i po sto razy. Niby jestem zainteresowana, ale nie przekonana. Biorę coś do ręki, po czy odkładam. No nie wiem.... sama nie wiem... Im dłużej tak kręcę nosem tym niższa staje się cena. Może chcą się mnie już pozbyć? Bo ileż ten falang będzie oglądał i jeszcze nie wiadomo, czy w ogóle zamierza coś kupić. Tak było np. z portfelem skórzanym, który kupiłam po jakiejś pół godzinie. Cena wyjściowa 400 bahtów. Ostatecznie zapłaciłam 270. Mnie też pomaga znajomość laotańskiego, bo tajski jest podobny. Liczby np. są takie same. Więc kiedy negocjuję w ich języku, to nie biorą mnie za zwykłego turystę. Rozpoznają, że mówię po laotańsku i często takie zakupy zmieniają się w swobodną rozmowę. A gdzie ja to mieszkam w Laosie? A co tam robię? A jak długo już tam mieszkam?  skąd pochodzę? A ile razy byłam w Bangkoku? Itd. Nieraz bywa bardzo zabawnie, zwłaszcza jak zaczynają pytać, czy mam męża albo chłopaka. Oni zawsze są wolni i najczęściej mają dokładnie tyle lat co ja ;)

O czym należy pamiętać idąc na targ:
1. Weź sporo gotówki - wydasz więcej niż zamierzasz (w razie czego ATMy też są).
2. Ubierz coś luźnego, przewiewnego i wygodnego, przede wszystkim wygodne obuwie - zrobisz więcej kilometrów niż myślisz.
3. Ubierz okulary słoneczne, kapelusz też może się przydać, choć większość targu (na szczęście!) jest zadaszona.
4. Weź butelkę wody, albo lepiej dwie. Nie żeby napojów tam brakowało, ale po co zmieniać trasę albo zawracać, tylko po żeby ugasić pragnienie.
5. Uważaj na kieszonkowców!
6. Idź na targ rano, jest mniej ludzi i przyjemniejsza temperatura.
7. Jak się boisz to zakup sobie na miejscu mapę, a jak lubisz błądzić, to zgub się tak jak ja - polecam opcję numer 2! :)

Jak dostać się na targ?

Ja wysiadłam na dworcu kolejowym Hua Lamphong. Z dworca prosto na targ jedzie metro. Podróż trwa 20-30 minut (nie patrzyłam na zegarek). Cena za bilet w jedną stronę 45 bahtów.

I tak mam nowe i już ulubione miejsce na zakupy w Bangkoku! Wam też się spodoba, gwarantuję :)

A oto i namiastka tego co zobaczycie na targu. Zdjęcia niestety marne, bo z telefonu, aparat mi się akurat wyładował :(

Może taki złoty smok do salonu, co by rozświetlił wnętrze? ;)

Albo mało wygodne, ale za to jak bogato wyglądające pozłacane ławy?

Wybierz nadruk, podaj rozmiar i zakup T-shirt

Tu usiadłam sobie na plastikowym taborecie i przez dobre pół godziny przeglądałam 
drewniane tabliczki z przezabawnymi hasłami. 

"The boobs are real, the smile is fake" :D

Czysto!!!






Do dziś nie rozumiem, dlaczego się tam nie zatrzymałam, żeby zjeść!

Kucharz chętnie pozował i nawet krótki taniec odprawił, ku uciesze turystów, oczywiście. 

A tu mydełka - cudnie pachną. Zakupiłam 2, jeden o zamachu mango (w lewym dolnym rogu),
a drugi kokosowy. 

Wyroby skórzane muszą się prezentować! 

środa, 1 lipca 2015

In the wrong place at the wrong time x 2

W krajach rozwijających się, jak Laos, zmiany zachodzą bardzo szybko. Tempo w jakim stolica się przekształca, widać gołym okiem. Niedługo minie 3 lata od kiedy mieszkam w Laosie. Nie da się ukryć faktu, że miasto wyglądało inaczej kiedy po raz pierwszy postawiłam swoją niepewną stopę na laotańskim gruncie. Korków prawie nie było, a motocykle nadal stanowiły nieznaczną większość na drogach. Obecnie liczba zarejestrowanych samochodów stanowi 50% pojazdów. Jeśli myślicie, że są to stare i pordzewiałe graty, to nic bardziej mylnego. Po ulicach jeżdżą nowiutkie i drogie auta. Większość to ogromne 4x4. Starych samochodów prawie nie ma, a to dlatego, że sprowadzanie pojazdów z zagranicy wiąże się takimi opłatami za cło i wygórowanymi podatkami, że zupełnie to się nie opłaca. Do tego dochodzi fakt, że Laotańczycy są przesądni i wielu używanych samochodów kupować nie chce. Wierzą, że może to przynieść nieszczęście i złe duchy... A po za tym, auta nie tracą tu tak na wartości jak u nas. Kilkuletni samochód będzie dosłownie odrobinę tańszy niż nówka z salonu. Aut przybywa, a wraz z nimi przybywa bezmyślnych kierowców. Ostatnio dowiedziałam się, że dwa lata temu wprowadzono nowe prawo - zakaz prowadzenia pojazdów pod wpływem alkoholu. Są kary pieniężne, mniejsze dla motocyklistów, trochę większe kierowców samochodów. Nie pamiętam dokładnych kwot, ale powiedzmy, że nie są to duże pieniądze. Prawo więc jest, ale nikt go jeszcze nie zaczął egzekwować. No bo i jak, skoro policja nie ma nawet alkomatów. To się za pewne niedługo zmieni. Z całą pewnością jest więcej policji na drogach, zwłaszcza nocą. Zdarzają się prawdziwe blokady drogowe. Wyobraźcie sobie, że wjeżdżacie na rondo i na każdym wyjeździe jest grupa policjantów. Nikt nie przejedzie niezauważony. Na razie głównie sprowadza się to sprawdzania dokumentów. Motocykliści są często zatrzymywani za brak jazdy bez kasku. Problemem jest nie tylko jazda po pijaku, ale również nieletni kierowcy i kierowcy bez prawa jazda. Choć sedno problemu tkwi w samej policji, która jest totalnie skorumpowana. Ale jak ma nie być, skoro przeciętny policjant (z drogówki) zarabia ok 100 dolarów. Zmiany trzeba zacząć o policji... A co ja tam będę się wymądrzać.... Przecież od tego są odpowiednie "władze" ;)

Piszę i piszę, ale przecież nie o tym miał być post. Miało być o tym, co mi się ostatnio przydarzyło, a związane jest to z tym o czym powyżej wspomniałam.

Przez pierwsze dwa lata czułam się bardzo niepewnie na motorze, czy to jako pasażer, czy też kierowca. Moje pierwsze upadki były niegroźne (jeden skończył się skręconą kostką) i sama byłam sobie winna - brak doświadczenia. W nikogo nigdy nie wjechałam ani też nigdy nie spowodowałam wypadku. Szczęśliwie inni kierowcy przez długi czas też omijali mnie z daleka.

Czerwiec był jednak inny. Zaczęło się od poparzenia na łydce, tak zwany Sajgon Kiss, albo Lao Tattoo. Chodzi o poparzenie na łydce spowodowane dotknięciem gorącej rury wydechowej na motorze. Teraz jednak nowocześniejsze motocykle i skutery mają osłonę chroniącą nas przed takim poparzeniem. Mój skuter również taką ma. Pewnie dlatego zupełnie o całym problemie zapomniałam. Pewnego piękna ranka, wyciągając motor zaparkowany pomiędzy kilkoma innymi, moja lewa łydka i rura wydechowa motoru obok wymieniły uściski. Właściwie to jeden, intymny uścisk. Na mojej skórze natychmiast pojawiła się wielka czerwona plama, która potem zmieniłam kolor na brązowy, kolor spalonej skóry. Później były bąble i swędzenie. Po kilkunastu dniach rana prawie się zagoiła. I wtedy...

Dwa tygodnie później jechałam na skuterze z chłopakiem. Było wczesne popołudnie i ruch na drogach był spory. Chłopak prowadził, a ja siedziałam z tyłu. Nagle, ni stąd ni zowąd, poczułam ból i pieczenie na lewej łydce (dokładnie tam, gdzie miałam Lao Tattoo). Laotańczyk przejeżdżający obok, nieumiejętnie próbując nas wyprzedzić, lekko o nas zahaczył, a dokładnie o moją nogę. Na szczęście udało nam się utrzymać równowagę i ze skutera nie spadliśmy. Pan, który spowodował wypadek, o dziwo (sic!) zatrzymał się i zaczął od przeprosin. Roztrzęsiona odkrzyczałam, że gdzieś mam jego przeprosiny i kazałam mu spojrzeć na moją poranioną nogę ze zdartą skórą. Gościu się naprawdę przejął i zaproponował zabranie mnie do szpitala. Nie zgodziłam się na laotański szpital i odpowiedziałam, że chcę jechać na Francuskiej Kliniki. Zgodził się bez wahania. Lekarz opatrzył mi ranę i zabandażował nogę. W międzyczasie winowajca zadzwonił do swojej firmy ubezpieczeniowej, a potem opłacił rachunek w klinice, który wyniósł 45 USD. Następnym krokiem była naprawa niewielkiego wgniecenia w skuterze mojego chłopaka. Przed tym pożegnaliśmy się z gościem od wypadku (który kilkakrotnie przeprosił za wszystko) i życzyliśmy sobie bezpiecznej drogi. Ludzie z jego firmy ubezpieczeniowej udali się z nami naprawić motor. Warsztat mogliśmy wybrać sami. Po niecałej godzinie motor był naprawiony. Rachunek (200 000 kipów - 80 złoty) został oczywiście pokryty przez ubezpieczycieli. W sumie, wszystko skończyło się dobrze. Przez następne dni opowiadałam wszystkim o całym zdarzeniu. Wszyscy powtarzali, że to wręcz niebywałe, że Laotańczyk się zatrzymał i do tego jeszcze za wszystko zapłacił. Mieliście ogromne szczęście, mówili. Szczęście w nieszczęściu?

Moja łydka, po 9 dniach, była już prawie zagojona, kiedy to znowu ja i mój chłopak znaleźliśmy w złym miejscu o złym czasie. Była piątkowa noc, 2 godzina. Wracaliśmy z koncertu. Po drodze, na szerokiej ulicy, zatrzymałam się na poboczu. Tym razem to ja prowadziłam. Nie zgasiłam silnika, ani nie wyłączyłam świateł. Rozważaliśmy nawrócenie do pobliskiego noodle shop'u żeby coś przekąsić przed snem. Rozmawialiśmy będąc na skuterze. Siedzimy i sekundę później już nie siedzimy, a leżymy na drodze. Próbuję wstać, kiedy mój chłopak podbiega do mnie i przerażony pyta, czy jestem cała. Podnoszę wzrok i widzę jak biały SUV, który w nas wjechał odjeżdża, skręcając w ulicę, na której mieliśmy wypadek zaledwie 9 dni wcześniej. Był już za daleko i tablic rejestracyjnych nie mogłam zobaczyć. Można spokojnie założyć, że kierowca był pijany.... Chwilkę później zatrzymało się 2 młodych chłopaków, którzy przejeżdżali obok na skuterze. Pytali czy wszystko ok i jak to Laotańczycy w każdej sytuacji, powtarzali bor pen nyang, czyli nic się stało. Właśnie, że się stało krzyczałam, uderzył w nas i odjechał skurw...., i gdzie jest mój but?!! Jeden z chłopaków odnalazł mój pantofelek i przy użyciu długopisu, czy patyka (nie pamiętam) podał mi go, jakby to było gówno, a nie but. Mój zaledwie 9 miesięczny skuter leżał na drodze. Za nim połamane plastikowe części. Przykry widok. Oboje, cali obolali, udaliśmy się do domu opatrywać rany. Miałam obdarte ze skóry łokcie, otarcia na łydkach (tak, dokładnie to samo miejsce na lewej łydce znów ucierpiało!) i siniaki na udach. Ogromny siniak na lewym udzie jeszcze nie zniknął, wręcz przeciwnie, przybrał ciemno purpurowych kolorów. Nadal boli, choć minęło już prawie 2 tygodnie. Mój chłopak, podobnie jak ja, miał otarcie na jednym łokciu i siniaka na nodze. Kulał przez kilka dni.

Mój motor ma odrapania i popękane niektóre plastikowe części. Tylne koło było zupełnie wygięte. Naprawa kosztowała mnie 50 USD, a to jeszcze nie koniec, bo trzeba jeszcze coś wymienić/wystukać(?), bo motor jest niestabilny i przechyla się na lewo.

W złym miejscu o niewłaściwym czasie po raz drugi? Może, ale ile szczęścia w tym było. Fakt, że obyło się bez złamanych kości, do dziś mnie zdumiewa. Pamiętam słowa chłopaka, który siedział wtedy za mną: Przez ułamek sekundy widziałem Cię w powietrzu.

A ja nadal tu jestem i pomimo tych czerwcowych nieszczęść, mam się całkiem dobrze!

A w następnych postach (już niebawem) obiecuję, że będzie o pozytywnych zmianach zachodzących w naszym dziwnym mieście. Jak to mówią Laotańczycy, sok dee, czyli good luck! I tego się trzymajmy :)