środa, 27 maja 2015

Pi Mai Lao i inne nowe roki

Mam szczęście mieszkać w kraju, gdzie Nowy Rok obchodzi się 3 razy.

31 grudnia obchodzimy tzw. Międzynarodowy Nowy Rok. W Polsce zawsze się czekało na Sylwestra i było to nie-lada wydarzenie. Wybór miejsca, kupno nowej sukienki, fryzjer itp. Patrząc na to teraz, z zupełnie innej perspektywy, to „nasz” Nowy Rok to straszna nuda. Sprowadza się to jedynie do dużej imprezy i fajerwerków o północy.

Laotańczycy są leniwi, więc obchodzenie międzynarodowego Nowego Roku to kolejny powód, żeby nic nie robić. Tak jak u nas, w stolicy Laosu i „większych” miastach są organizowane imprezy w knajpach i prywatnych domach. Nie wszyscy Sylwestra obchodzą, starsze pokolenie ma zachodnie święta i festiwale w głębokim poważaniu. Młodzi natomiast świętowaliby wszystko, od Halloween, przez Walentynki, po grudniowy Nowy Rok. Zapewne wiele się zmieniło wraz z rozwojem kraju. Jeszcze 10 lat temu, telewizor był rarytasem, na który mało kto mógł sobie pozwolić. Teraz Internet 3g czy 4g to nie czary.

Ja Sylwestra spędziłam na dwóch imprezach. Pierwsza u Laotańczyków, gdzie piliśmy koniak (naturalnie Beer Lao też było) i o północy mężczyźni strzelali z pistoletów i strzelb. Skąd mieli broń, nie pytałam. Po północy wybraliśmy się drugą imprezę. Właścicielem posiadłości był zdaje się Laotańczyk i gośćmi byli tylko Azjaci. Ja byłam jedyną białą twarzą. Nie była jednak to zwykła impreza ani zwykły dom. Było na bogato. Był basen (szkoda, że za zimno było) i był pokój do karaoke. Bogaci Laotańczycy zawsze mają specjalne pomieszczenie na prawdziwe imprezy z porządnym sprzętem do karaoke. Na owej imprezie był nawet wynajęty DJ. Oczywiście alkoholu do wyboru do koloru. W pokoju ogromna półokrągła skórzana sofa, na której spokojnie mogłoby się zmieścić 15 osób. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, a zapach przepychu i bogactwa unosił się w powietrzu.

Pisałam już o tym, że rząd reguluje godziny otwarcia knajp i dyskotek. Beer gardeny otwarte mogą być max do północy, a dyskoteki do około 2:00 – 2:30. Podobnie jest z większymi imprezami w prywatnych domach. Jeśli impreza jest na zewnątrz (a zawsze, przynajmniej częściowo, jest) i głośna muzyka gra prawie do rana, to znaczy właściciele zadbali o to, żeby nikt się nie skarżył. Oznacza to nic innego jak opłacenie szefa wioski (tak, Wientian jest podzielony na wioski) i policji, również z tej samej wioski. Korupcja kwitnie w najlepsze J

Kolejnym Nowym Rokiem był Chiński/Wietnamski Nowy Rok, którego hucznie nie obchodziłam, ale nie dało się go nie zauważyć. O czerwonym Chińskim Nowym Roku pisałam tutaj

Laotański Nowy Rok obchodzi się tu zdecydowanie najdłużej i jest celebrowany praktycznie przez wszystkich, w tym ekspatów, choć Ci po paru latach często mają dosyć, bo ponad tygodniowe szaleństwo może zmęczyć. Na Nowy Rok w pracy mieliśmy tydzień wolnego – w sumie 9 dni z weekendami. Już tydzień przed Nowym Rokiem można zauważyć wzmożony ruch w Wientianie i innych miastach (zwłaszcza w Luang Prabang). Rodziny łączą się na ten festiwalowy czas i świętują zarówno młodzi i starzy. Oprócz większych korków w mieście, jest też więcej imprez, a że Laotańczycy świętują na świeżym powietrzu, to zmiany widać gołym okiem. Kiedy nadchodzi Nowy Rok – a trwa on dokładnie kalendarzowe 3 dni – szaleństwo sięga zenitu. Przez 3 dni (choć często dłużej) ludzie w całym Laosie leją się wodą. To tak jak nasz Lany Poniedziałek tylko na ogromną skalę. Nowy Rok wypada zawsze w kwietniu, a że jest to (teoretycznie) najgorętszy miesiąc, to polewanie się wodą przez parę dni brzmi nieźle. W wodnych walkach używa się pistoletów na wodę (niektóre to potężnie maszyny!), węża ogrodowego, czy tez kubła z wodą. Młodzi łączą się w „gangi”, wskakują na pick-up’a gdzie umieszczają ogromną balię z wodą. Jeżdżą po mieście i leją wodą każdego napotkanego, lokalasa czy turystę.

Ja Nowy Rok spędziłam w Vang Vieng i Luang Prabang. W LP wraz z moim znajomym i grupką zapoznanych backpackerów udaliśmy się nad wodospady Kuang Si. Jechaliśmy tuk-tukiem przez prawie godzinę i byliśmy regularnie polewani przez mieszkańców okolicznych wiosek, a to wiadrami z pick-up’a przez grupę nastolatków, a to wężem ogrodowym przed domem, albo kubłem z zimną wodą (tak, dodają lód, żeby doświadczenie było bardziej intensywne). Byliśmy oblani wodą przez zarówno przez dzieci, niektóre zaledwie kilkuletnie, jak i przez starszyznę. Nasz kierowca tuk-tuka pożyczył nam dwa pistolety na wodę, z pomocą których próbowaliśmy się zrewanżować lokalnym - z niewielkim powodzeniem. Najważniejsze jednak, wszyscy bawili się doskonale i nikt nie śmiał narzekać kiedy lodowata woda lądowała na czyichś plecach, zwłaszcza, że towarzyszył temu radosny okrzyk „Sok dee Pi Mai Lao!”, czyli Szczęśliwego Laotańskiego Nowego Roku! :) Tak na marginesie, przywitaliśmy 2558 rok! 

Zdjęć z Pi Mai właściwie nie mam żadnych, po prostu strach było wyciągać kamerę.
Tu zdjęcia z mojej szkoły. 
W piątek przez Nowym Rokiem wszyscy lali się wodą, uczniowie i nauczyciele.
Najpierw zrobiłam zdjęcia z balkonu, a potem dołączyłam do zabawy :)
Jak widać na zdjęciach, na Nowy Rok ubiera się kolorowo, koszule i sukienki w kwiaty królują.




5 komentarzy:

  1. Znajome Angielki wybieraja sie w te regiony, tlumacze im Twojego bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  2. piekne, kolorwe zdjecia. Zazdroszcze wyprawy!

    OdpowiedzUsuń