sobota, 25 kwietnia 2015

Z wizytą u Chińczyka

Kolejny post o moim genialnym uczniu z Chin.

Niedawno, w Wientianie odbyła się Olimpiada Matematyczna. Z jednego źródła dowiedziałam się, że w olimpiadzie wzięło 500 uczniów, z innego, że 5000. Spora nieścisłość, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze, że MÓJ uczeń z Chin zdobył pierwsze miejsce, co jest nie-lada osiągnięciem! Wygrał półtora miliona kipów, czyli prawie 200 dolarów. Ja w klasie również go nagrodziłam.

W czwartek mój mały Chińczyk powiedział mi, że jestem zaproszona do restauracji jego mamy, która urządza kolację aby uczcić sukces syna. Na kawałku papieru napisał mi nazwę restauracji po laotańsku i po chińsku (nie żebym mogła ani jedno ani drugie odczytać, ale co tam). Powiedział mi też, jest to blisko chińskiego targu. Na tym targu byłam może, że 2 razy, bo to daleko ode mnie, jakieś 10 km. Tamtej części miasta nie znam prawie w ogóle. Stwierdziłam jednak, że jakoś sobie poradzę i restaurację odnajdę. Kolacja miała się odbyć o 7 wieczór.

W ten dzień kończyłam przygotowywać egzaminy, bo termin oddania ich do mojej przełożonej mijał w piątek. Potem trzeba było wziąć prysznic i ładnie się ubrać. Wszystko to zajęło mi sporo czasu i wyjechałam z domu po 7:30. Pomyślałam, że jak dojadę na 8 to będzie w sam raz. Wszak w Laosie czas się mierzy inaczej i przyjście na spotkanie spóźnionym to standard.

Na początku trochę błądziłam szukając tego chińskiego targu. Było już ciemno i odnalezienie się w dzielnicy, której prawie nie znam nie było niełatwe. W końcu jednak znalazłam ów targ. Wokół pełno jakiś chińskich knajpek i wszystko tylko po chińsku i laotańsku, a ja nawet nie wiedziałam jak restauracja się nazywa. Zatrzymałam się gdzieś na ulicy i zapytałam pierwszego napotkanego Laotańczyka, czy zna tę restaurację. Popatrzył na mój świstek papieru, przeczytał nazwę, po czym powiedział, że muszę odrobinę nawróć i przy żółtym znaku (który wskazał palcem) znajdę miejsce, które szukam. Przy owym znaku było kilka chińskich knajpek. Pozostało mi sprawdzenie, czy gdzieś jakieś białe twarze siedzą w jednej z nich. Większość była pusta i dopiero w ostatniej zobaczyłam znajome buzie. Uff, dotarłam! Jak weszłam do środka zdałam sobie sprawę, że jestem w ich domu. Być może za dnia wykładają stoliki i parter zmienia się w restaurację? Nie wiem i nie pytałam.

Przywitał mnie pierwsze mój uczeń i jego mama. Mama bardzo ucieszona szybko zaczęła coś do mnie mówić pół po laotańsku, pół po chińsku. Nie zrozumiałam nic. Na szczęście koleżanka z pracy, Laotanka, przetłumaczyła. Mama była bardzo szczęśliwa, że dotarłam i wszyscy byli pełni podziwu, że udało mi się samej ich odnaleźć. Żałowała, że nie miała mojego numeru telefonu. Jak jej powiedziałam gdzie mieszkam, to zakłopotana odpowiedziała, że nie powinnam tak daleko jechać na motorze i następnym razem wyślę kierowcę po mnie. Kierowcę wyślę, pomyślałam, chyba jestem ważnym gościem ;)

Zaraz po tym jak usiadłam mój uczeń rozpakował dla mnie nową miseczkę, talerz i pałeczki. Przyniósł też dwie szklanki, jedną małą na herbatę, drugą większą, do której sam mi nalał piwa i wrzucił 2 kostki lodu. Dobry chłopak, tak się ładnie zajął swoją nauczycielką! Podziękowałam mu, on się ukłonił i poszedł bawić się z dziećmi.

Siedzieliśmy przy dużym okrągłym stole suto zastawionym jedzeniem. Najfajniejsze było, to że środkowa szklana część, na której były przeróżne potrawy, obracała się. Siedzisz więc przy takim obracanym stole i kręcisz nim próbując różne potrawy. Zaczęłam od moich ulubionych chińskich pierożków i krewetek. Mama Chińczyka, zaraz zawołała służące, którym kazała przynieść nowe porcje, bo jedzenie nie było już gorące (co w ogóle nie przeszkadzało!). Czułam się lekko zakłopotana, że to wszystko dla mnie, albo raczej przeze mnie, bo spóźniłam się dobrą godzinę. Najwyraźniej Chińczycy są bardziej punktualni od Laotańczyków. Na kolacji była właścicielka szkoły, dwie laotańskie nauczycielki (też ważne szychy), dyrektor mojego departamentu, jeden nauczyciel z Anglii z dziewczyną i ja. Znalazłam się w nie byle jakim gronie!

Ale wracając do jedzenia. Do wyboru były krewetki, kraby, chińskie pierożki, ryba, kilka rodzajów miejsca i zupa. No i najciekawsza była ta zupa! Spytałam z czego jest zupa zrobiona. Moja laotańska koleżanka powiedziała chicken i tetu. Tetu? pytam. A co to jest tetu? No, tetu, nie wiesz? Ja, tofu? Nie tetu, powtarza. Zrozumiałam, kiedy przynieśli wielkiego żywego żółwia. Widzisz, tetu! Oh, turtle! No i wszystko było jasne. Nalałam sobie zupki, wybierając ciemniejsze mięso, czyli żółwie, bo przecież nie codziennie mamy okazję jeść takie delikatesy. A że nie wypada odmawiać jedzenia, tym bardziej, że przyniosła cały garnek z gorącą zupą specjalnie dla mnie, nie miałam wyboru. No i powiem Wam, że żółwik smakował wybornie!

Posiedzieliśmy, pojedliśmy, popiliśmy, a kiedy wychodziliśmy, mama Chińczyka wręczyła każdemu prezent. Pięknie podziękowałam, pożegnałam się i pojechałam. W domu okazało się, że prezentem jest butelka Johnnie Walker Black. Miło, prawda?

A ludzie pytają mnie dlaczego tu mieszkam i wolę tu uczyć niż w Polsce! Tu rodzice (i uczniowie) Cię doceniają. Prezenty od uczniów i rodziców nie są tu widziane jako łapówki. To wyraz szacunku, podziękowania i ukłon w stronę nauczyciela. I tak powinno być!

Mój prezent! :)

7 komentarzy: