środa, 1 kwietnia 2015

Poszłam do laotańskiego fryzjera....

Dobrze pamiętam jak swoje pierwsze tygodnie tutaj. Wszystko było takie inne, takie obce. Pamiętam też jak zobaczyłam pierwsze zakłady fryzjerskie. O zgrozo, nigdy nie dam im dotknąć moich włosów, myślałam wtedy. A i były powody, żeby mieć obawy.

Zacznijmy od wyglądu takiego zakładu. Po pierwsze jest "otwarty" - wygląda trochę jak niewielki garaż z zwiniętą żaluzją budowlaną zewnętrzną (tak to się chyba fachowo nazywa) - tak jak rolety zewnętrzne, które widzicie w sklepach w centrach handlowych. Tutaj tak często wyglądają "drzwi" frontowe, zwłaszcza w centrum miasta. Taka roleta jest więc zwinięta i naturalnie cały zakład fryzjerski widać z ulicy. Przechodząc obok zobaczymy jak fryzjerki obsługują klientów. Prywatność nie ma tu żadnego znaczenia. Każdy może się zatrzymać, albo wejść i popatrzeć. Co mnie najbardziej jednak odrzucało to brak jakiegokolwiek poczucia estetyki, prymitywny wystrój, pajęczyny na ścianach i ogólny nieład. Do tego wszystkiego dodajmy, że taki fryzjer ani be ani me po angielsku. 

Dwa lata unikałam fryzjerów jak ognia. W zeszłym roku, we wrześniu po raz pierwszy poszłam pierwszego lepszego laotańskiego "salonu" fryzjerskiego". Co sprawiło, że się odważyłam? Po pierwsze, koleżanka powiedziała mi, że chodzi do fryzjerów często, żeby wyprostować lub podciąć włosy. Powiedziała, że są w porządku i nie ma się czego obawiać. Skoro mojej koleżance z Anglii nie spalili włosów, to może moje też zostaną na głowie? Dalej jednak miałam jakieś opory, aż pewnego deszczowego dnia zabrakło prądu. Jak nie ma prądu to i nie ma wody, bo pompy nie działają. Był piątek, a ja planowałam wyjście nie miasto. Cholera, muszę umyć włosy! Tylko jak??? Trzeba iść do fryzjera. Zestresowana weszłam do pierwszego zakładu fryzjerskiego, jaki zobaczyłam. Pokazałam, że chcę umyć i wyprostować włosy. Uff, zrozumiała. Pierwsza przeszkoda pokonana. Fryzjerka, dziewczyna ok. 20 lat kazała mi się położyć do mycia głowy. I to jest najlepsze w laotańskich zakładach fryzjerskich! Nie ma foteli, tylko "łóżka". Kładziemy się, zamykamy oczy i relaksujemy się, bo mycie włosów to dość długi rytuał tutaj. Nie tylko myją włosy, ale też masują głowę i czasem kark. Raz mi jedna położyła dłoń na głowie, a potem kostkami na drugiej ręce postukała po niej..,.. dziwne. W każdym razie moja pierwsza wizyta okazała się być zupełnie normalna, oprócz tego dziwnego masażu głowy, takiego drapania paznokciami po głowie. Dziewczyna umyła, wysuszyła i wyprostowała mi włosy. Taka przyjemność kosztowała mnie 25 000 kipów, czyli 10 zł.

Od tamtej pory do lokalnych fryzjerów chodziłam często, albo mycie i prostowanie, albo na samo prostowanie. Tak, tu można przyjść sobie ze świeżo wymytymi i jeszcze mokrymi włosami i poprosić tylko o wysuszenie i wyprostowanie. Zapłacimy jedynie ok. 10 000 do 15 000 kipów - 4 - 6 zł.

Niedawno z okazji urodzin koleżanki postanowiłam zaszaleć i poprosiłam o zrobienie takich subtelnych loków. Nie widziałam do tej pory fryzjerki, która miałaby lokówkę. Loki robią prostownicą. Za mycie i loki zapłaciłam 35 tyś kipów (14 zł).

Moje wizyty u zwykłych przyulicznych fryzjerek zawsze kończyły się bez przykrych niespodzianek, zażaleń nie składałam, wręcz przeciwnie. No i ceny baaardzo przystępne :)

W grudniu po raz pierwszy (tutaj) postanowiłam zafarbować włosy, a właściwie, to tylko odrosty. Niby sprawa prosta, ale tu przecież nie mają ani umiejętności ani doświadczenia z farbami blond i włosami falangów..... Zaczęłam poszukiwania przez grupy na FB. Dużo osób polecało pana T. Pan T jak się później dowiedziałam, jest Laotańczykiem, który sztuki fryzjerskiej nauczył się we Francji i tam też przez parę lat pracował. Ludzie go chwalili. Zaryzykowałam. Salon okazał się przyjemny - europejskie standardy z gustownymi dodatkami laotańskimi. Zobaczyłam produkty sprowadzane z Francji. Trochę się odprężyłam. Farbowaniem zajęła się asystentka pana T. On sam tylko sprawdzał moje włosy i na koniec je wysuszył i wymodelował. Z efektu byłam zadowolona. Tylko kiedy przyszło do płacenia, to szczęka mi opadła. 80 dolarów za odrosty, bez podcinania. Nawet w Polsce nigdy tyle nie zapłaciłam. No ale, cóż, jak mus to mus. Podobno jedyny on taki w mieście.

Dziś wybrałam się do pana T ponownie. Laotański Nowy Rok za rogiem i trzeba jakoś wyglądać. Poszłam podekscytowana. Bez obaw oddałam się w ręce pana T który wszystkim (oprócz mycia głowy) się sam zajął. I.... teraz mam żółtawo-pomarańczowe odrosty! Kolor moich odrostów jest zdecydowanie jaśniejszy niż reszta włosów. W salonie myślałam, że to może światło, ale w domu jak spojrzałam w lustro, wszystko było jasne. Spieprzył mi kolor. Moja córka powiedziała "Twoje włosy są takie unusually white. You look like an alien". Od razu się lepiej czuje. 80 dolców, żeby wyglądać jak kosmita. Chyba jutro się przejdę do pana T....

Damn it! 

1 komentarz:

  1. Ciekawe z jakim kolorem wrocisz jutro do domu. Pros od razu o farbowanie przez asysytentke hahhaha.

    OdpowiedzUsuń