sobota, 27 grudnia 2014

Jeden dzień w Bangkoku i przygoda, której nigdy nie zapomnę!

Parę dni temu byłam w Bangkoku, żeby odebrać swój paszport. Były też zakupy i kino. Udany wyjaz w dobrym towarzystwie. Ale nie o tym dziś będzie. Dziś napiszę o tym jak wyjechałam sama do BKK ponad miesiąc temu, żeby aplikować o nowy paszport.

W Wientianie ambasady niestety (od kilku lat) nie mamy. Nie był to mój ani pierwszy ani drugi wyjazd do BKK. Prawdę mówiąc nawet nie wiem ile razy już w stolicy Tajlandii byłam. Był jednakże to mój drugi samotny wyjazd. Planowałam szybko załatwić swoją sprawę w ambasadzie, udać się do jakieś zakupy i wróć do Laosu. Jako, że wiem jakie zagrożenia mogą spotkać samotnego turystę w BKK i mając doświadczenie w obchodzeniu się z natrętami i oszustami, byłam raczej spokojna i nie spodziewałam się przygód, a już na pewno nie spodziewałam czegoś takiego!

Ale od początku. Zaraz po przekroczeniu granicy laotńsko-tajskiej, udałam się na stację kolejową w przygranicznym miasteczku Nong Khai. Kupiłam bilet i usiadłam na ławce na peronie. Do odjazdu były jeszcze 4 godziny. Co tu robić? Niby siedzę w cieniu, ale upał i tak doskwiera. Znudzona i spocona siedzę patrząc się w tory. Na ławce obok siedzi jakiś mężczyzna. Po ok 20 minutach, wszystko się zmienia. Facet podchodzi do mnie i bez słowa wręcza mi pół paczki gum do żucia. Lekko zdziwiona biorę gumy i dziękuję. Hmm dziwne. Gościa oceniam na wiek po czterdziestce pochodzenia arabskiego. Pierwsza myśl, może coś jest dodane do tych gum? Nie, no przecież widziałam jak odpakował nowiutką paczkę. Nie popadajmy w paranoję. Dziesięć minut później, siedzę i żuję gumę. Mój sąsiad podchodzi do mnie po raz kolejny. Mówi: "Excuse me", po czym kładzie na mojej ławce siatkę i jakimiś zakupami. Nie bardzo wiem co się dzieje, ale z przyzwyczajenia po porostu mówię: "Oh, thank you..." Ok, teraz jest dziwnie, naprawdę czuję się nieswojo. Zaglądam do siatki, woda, sok, jakieś chipsy. Jezu, może ja jakoś marnie wyglądam czy coś. Facet nadal siedzi na ławce obok. No dobra napiję się wody... Te chipsy też wyglądają w porządku, po za tym robię się lekko głodna. Na ławce przede mną siada inny gościu, wygląda na Wietnamczyka. Kiedy ja zajadam się chipsami popijając wodą, Wietnamczyk (?) odwraca się w moją stronę i wbija we mnie swój wzrok. Nie patrzy się, nie przygląda się, tylko uporczywie wpatruje się we mnie jakby studiował twarz jakieś nieziemskiej istoty. Zerkam na niego dwa razy myśląc, że to go spłoszy, ale gdzie tam, nadal nie odrywa wzroku od mnie. Z jego wyrazu twarzy nie wiele mogę wyczytać, ale jedno jest pewne, mam dość. Przekąski od jednego gościa obok i przeszywający mnie na wylot wzrok drugiego to już za wiele. Postanawiam iść do noodle shop'u za stacją kolejową. Zdecydowanie nie mam ochoty na towarzystwo, zwłaszcza tak dziwne.

Siadam przy jednym ze stolików. Wyciągam kilka tajskich kart sim z portfela i próbuję każdą po kolei. Nie mija wiele czasu, jak dostrzegam gościa (tego od zakupów) zmierzającego w moją stronę. Cholera, ani chwili spokoju. Facet siada przy stoliku obok. Udaję, że go nie widzę. Ten nie przejmując się byciem ignorowanym, pyta mnie, czy mam ochotę coś zjeść. Nie, dziękuję, odpowiadam. Ale na pewno, może jednak coś zjesz? nalega. Nie naprawdę, nic mi nie trzeba. Mija chwila, kiedy słyszę: To może chociaż piwa się napijesz? Nie, dziękuję, naprawdę nic nie potrzebuję.... Ten pyta znowu, nalega. Jezu... będę tu tak z tym gościem siedzieć przez najbliższe prawe 3 godziny..Może jak się napijemy piwa, to przynajmniej nie będzie tak dziwnie i niezręcznie. W końcu ustępuję. No to niech będzie to piwo. Dostaję butelkę Heinekena. Sam też bierze jedną dla siebie. Nawiązujemy luźną i krótką rozmowę. Co robisz w Laosie/Tajlandii, po co jedziesz do BKK, skąd jesteś? itp. Dowiaduję się, że mój niechciany towarzysz jest z Pakistanu. Rozmowa jest krótka. Wracam do picia swojego piwa męcząc się jednocześnie z kartami sim. Ech, zdaje się, że wszystkie są już nieważne. Trzeba kupić nową. Muszę mieć możliwość kontaktu ze światem. Informuję grzecznie mojego towarzysza, iż muszę udać się do pobliskiego sklepu po kartę sim. Nawet nie skończyłam podnosić tyłka z ławki, kiedy pan Pakistańczyk (dalej jako P), zrywa się na równe nogi i oświadcza, że on pójdzie kupić mi kartę. Próbuję protestować, ale zdaje się nie słyszeć, jest już w drodze do sklepu. Ożeż! Niedobrze, facet to jakiś świr. Po chwili P wraca z kartą sim i doładowaniem za 120 bahtów. No to dziękuję, bo co mam innego zrobić? Mogłabym nie przyjąć... ale byłoby jeszcze dziwniej. Mógłby poczuć się urażony, albo cholera wie co. No cóż, przynajmniej teraz mogę dzwonić do ludzi w razie potrzeby.

W pewnym momencie P pyta się mnie jakie jedzenie lubię. Pytanie zadane w angielskim, w taki sposób, że zakładam, ze pyta mnie ogólnie co lubię jadać. Więc odpowiadam, aaa nie wiem, kurczaka z warzywami (mówię, raczej byle co, bo nie chce mi się mózgu wysilać w tym upale). Na co P reaguje w nieoczekiwany sposób. Ok, więc TO Ci kupię do jedzenia. Heee..? Ale jak to, przecież ja nie powiedziałam, że to chce zjeść teraz..... Za późno. Woła kelnera i podaje mi menu. Wybierz, mówi dość rozkazującym tonem. Taki poważny ma wyraz twarzy, że nawet już nie chce mi się kłócić. Wybieram więc ryż z kurczakiem i warzywami. P zamawia to samo dla siebie. I wtedy pada pierwsze pytanie, na które czekałam (albo raczej, którego się spodziewałam). Czy mogę się dosiąść do stolika. Nie chcę, ale dobre maniery i jakieś takie ludzkie nawyki sprawiają, że mówię ok. W myślach się przeklinam.

Po skończonym obiedzie. Zaczynamy znowu rozmowę. Pada kolejne pytanie, które paść w końcu musiało. Masz chłopaka? Tak, odpowiadam. Och, ok, to nic nie szkodzi, możemy być przyjaciółmi. Wiesz to nie problem, ja rozumiem i to akceptuje, tłumaczy mi. Chce tylko być Twoim przyjacielem, nic więcej. Nie myślę w "ten" sposób o Tobie. Aha, jasne od razu mi lepiej. Będziemy tylko przyjaciółmi. Jakimi kurde przyjaciółmi??? Przecież zaraz jedziemy do BKK, jeszcze chwilę i powiem: cześć, miło było Cię poznać. Jest gorąco, a sytuacja robi się coraz dziwniejsza. P kupuje kolejne piwa. Tym razem już z chęcią wychylam drugą butelkę. Trzeba się jakoś uspokoić. W międzyczasie P zadaje kolejne pytania. Po co jedziesz do BKK? A do mojej ambasady i potem może jakieś zakupy. A co lubisz kupować? No wiesz, jak to kobiety, ubrania, buty... Ok, w BKK pójdę z Tobą na zakupy i kupię Ci ubrania i buty, informuje mnie P. Moje oczy robią się wielkie, a ciśnienie się podnosi. Co to ma znaczyć? O czym on mówi? Pytam go więc, dlaczego miałaby kupować mi cokolwiek, przecież mnie nie zna i w ogóle to nie ma sensu... i tak nie można... tłumaczę. Odpowiada krótko i rzeczowo, ja chcę, to mnie uszczęśliwi, inaczej nie będę szczęśliwy. Wariat, myślę sobie. W głowie planuję już jak się gościa pozbędę w BKK. Tymczasem on kontynuuje swoje fantazje. Wiesz, mam kolegę w BKK, który ma sklep z biżuterią. Kupię Ci biżuterię. Chcę, żebym coś miała ode mnie, na pamiątkę. Bierze ze stolika kartę z moim nowym tajskim numerem i zapisuje go sobie w telefonie. Dzwoni do mnie. Teraz Ty też masz mój numer. Zdzwonimy się jak dojedziemy do BKK. Pójdziemy na śniadanie, pojedziemy do Twojej ambasady, potem lunch, zakupy i obiad. Prawie nie słucham co mówi. To jakiś absurd. Jestem napastowana przez psychola. Zdeterminowanego psychola. Chce mnie zabrać do jakieś podejrzanego sklepu w ciemnej i wąskiej uliczce Bangkoku, gdzie na tyłach sklepu gwałcą białe kobiety, a potem podrzynają im gardła. A może w odwrotnej kolejności? A może po prostu spakuje mnie do walizki i zabierze do Pakistanu, gdzie zostanę jego piątą żoną. Czuję się jak w wariatkowie. Mój mózg pracuje na pełnych obrotach wyczuwając niebezpieczeństwo. Potrzebny mi plan, dobry plan....

W końcu nadchodzi czas, żeby wsiąść do pociągu. Co za ulga! Oczywiście mimo protestów P wręcza mi siatkę z wodą, sokiem i jakimiś przekąskami, żebym przypadkiem nie zgłodniała w pociągu. W pociągu relaksuje się i kiedy konduktor kończy ścielić moje łóżko, padam wykończona i w moment zasypiam.

Budzę się dopiero w Bangkoku. Tylko nie panikuj, mówię do siebie. Wysiądziesz z pociągu jak tylko się zatrzyma i nie obracając się pójdziesz w swoją stronę, jak gdyby nigdy nic. I tak też robię. Nie biegnę, bo to byłoby podejrzane i tylko łatwiej byłoby mnie zauważyć w tłumie. Nie ma go. Uff!. Ale zanim wyjdę w dworca kolejowego muszę kupić bilet na drogę powrotną. Idę więc szybciutko do okienka i pytam o bilet. No i nagle słyszę znajomy głos, hello Aleksandra! O nie, tylko nie to. Pyta mnie co robię. Kiedy pan z okienka mówi mi ile mam zapłacić, zanim zdążyłam sięgnąć do torebki, P już wręczył panu pieniądze za mój bilet... Kolejny raz próbuję tłumaczyć, że sama chciałam zapłacić... Na nic. P powtarza w kółko: I don't buy, I'm not happy. I buy, I'm happy. Pyta jeszcze, czy nie wolałabym podróżować pierwszą klasą. Nie dziękuję, świetnie się czuję z drugą klasą. Teraz naturalnie czuję się dłużna i zobowiązana... tylko do czego? Przecież ja nic od niego nie chciałam. Mam ochotę uciec, ale nie mogę. Po pierwsze, pomyślałby sobie, że ze mnie niewdzięcznica i jakoś dobre maniery biorą górę. Po drugie, kto wie, może by mnie gonił? Z pewnością nie pozwoli teraz odejść....

Pyta gdzie chcę zjeść śniadanie. Eee.. nie wiem... Jest dopiero 7, moją ambasadę otwierają dopiero o 9. P proponuje KFC. Ok, to jest za rogiem, znam to miejsce, będą tam ludzie, będzie bezpiecznie. Niechętnie, ale zgadzam się. P zamawia jedzenie i oczywiście za wszystko płaci. Nawet już nie protestuję. Jemy niewiele mówiąc. Nie mam humoru, bo naprawdę miałam nadzieję, że jakoś się go pozbędę po przyjeździe do BKK.

Po śniadaniu informuję P, że muszę już jechać do ambasady. Zatrzymuję taxi, a on pakuję się do auta razem ze mną. Nie martw się poczekam aż załatwisz swoją sprawę w ambasadzie, mówi. Rewelacja, nawet do ambasady sama nie mogę pojechać.

W ambasadzie trochę mi zeszło, pierwsze wypełnianie formularzy, potem pobieranie odcisków palców. Z tymi odciskami to jakiś koszmar. Coś nie tak z liniami papilarnymi na moich palcach, bo nie mogli uzyskać zgodności. Odcisk palca pojawia się na monitorze w dwóch okienkach i powinien być taki sam w obu. Mój nie był. Próbowałam wszystkie place obu rąk. W końcu (łaskawie) zgodzili się zaakceptować "słabą zgodność". No sorry, takie mam palce.

Po załatwieniu całej sprawy, P już na mnie czeka. Mówi, że teraz pojedziemy do sklepu jego kolegi, tego od biżuterii. Tego momentu najbardziej się obawiałam. Pytam więc, gdzie ten sklep jest. Odpowiada, że to jest w jednym z centrów handlowych. Centrum handlowe, z dużą ilością sklepów i ludzi? Upewniam się. Tak, podaje mi nawet nazwę, ale cóż nie znam wszystkich shopping mallów, więc pozostaje mieć nadzieję, że to nie jakiś przekręt. Trzeba się jednak przygotować. Podchodzę do jakiegoś straganu na ulicy i kupuję kawałki kurczaka na patyku, takie szaszłyki. Moją bronią będą 2 ostro zakończone, drewniane patyki. Jak coś będzie próbował, to mu w oko jeden wbiję, potajemnie planuję.


Jedziemy taksówką, a ja cały czas się nerwowo rozglądam. Jak skręci w jakąś wąską podejrzaną uliczkę, zatrzymuję taxi i uciekam, obmyślam ewentualny plan ewakuacyjny. Na szczęście zajeżdżamy pod jakieś centrum handlowe. Widzę dużo ludzi, więc od razu czuję się bezpieczniej. P prowadzi mnie do sklepu swojego kolegi. W sklepie mnóstwo naszyjników i bransoletek z kamieniami szlachetnymi. Ale pierwsze jedzenie. P zostawia mnie ze swoimi dwoma pakistańskimi braćmi i idzie do KFC. Czy on je coś po za kurczakiem? Po konsumpcji, P zaczyna przeglądać naszyjniki z pereł. Podaje mi jeden. Do you like it? pyta. Tak, bardzo ładny naszyjnik, odpowiadam. Ok, kupię Ci go. Sytuacja powtarza się jeszcze trzykrotnie. Ostatecznie zamawia dla mnie 4 naszyjniki z pereł w różnych kolorach. Potem zaczyna przeglądać bransoletki. Daje mi jedną do przymierzenia. Chcesz, pyta. Nie, dziękuję. Ale dlaczego, co się stało, nie podoba Ci się? Nie nie, ale skąd, po prostu to chyba już trochę za dużo... te naszyjniki naprawdę wystarczą..., tłumaczę. Próbuje jeszcze z kilkoma innymi, ale odmawiam. Ostatecznie i tak kupuje mi dwie.

Kiedy dostaję gotowe naszyjniki (pięknie zapakowane), postanawiam, że czas żebym poszła w swoją stronę. W końcu chciałam iść kupić jakieś ubrania i buty... Zwracam się więc do P. Wiesz, ja muszę iść na zakupy, chcę kupić jakieś ciuchy i buty... Centrum handlowego jest zaledwie 10 min piechotą stąd (wcześniej wypytałam taksówkarza). I wiesz, takie zakupy to strasznie nudna sprawa dla facetów... będę przez jakieś przynajmniej dwie godziny chodzić po sklepach... to może zostań tu ze swoimi znajomymi, a ja sobie już pójdę, ok? Nie. Idę z tobą. Chcesz zakupy, ja zrobię zakupy z Tobą. Widzę, że zdania nie zmieni, więc tylko wzdycham. Wychodzę ze sklepu, żegnam się z jego znajomymi, a P idzie za mną.

Na miejscu, ja idę do swojego ulubionego sklepu i sugeruję P, żeby sobie znalazł krzesło, bo trochę mi zejdzie. Mówi mi, żebym się zupełnie nie przejmowała, tylko zrobiła swoje zakupy. No więc ja wpadam w szał zakupów. Gonię po ogromnym sklepie i przebieram wśród ubrań. Staram się nie myśleć, że w pobliżu kręci się P. Potem przymierzanie i decyzje co kupić, bo miałam ogromną torbę ubrań, a wszystkiego kupić nie mogłam. Serio, było tego naprawdę sporo. P pyta mnie, czy zdecydowałam już co kupię. Mówię, że muszę się zastanowić i wybrać. Ok, mówi, wybierz co tylko ci się podoba i powiedz mi ile pieniędzy potrzebujesz. O nie, mówię, tym razem ja płacę. Ponownie tłumaczy mi, że ja nie mogę za nic zapłacić i że on nie będzie szczęśliwy jak nie zapłaci, więc nie ma o czym rozmawiać, mam tylko podać kwotę. No to wybieram, to wezmę, tego nie, to wezmę... Potem podliczam. O kurde ponad 5000 baht (ponad 500 zł). Ale dla P, to żaden problem. Wyciąga pieniądze. Próbuję jeszcze trochę negocjować. To może ja chociaż za połowę zapłacę...? To nie wchodzi w grę, P płaci za wszystko. Wychodzimy ze sklepu. Pyta co chcę teraz kupić. Nic, już nic nie trzeba, prawię krzyczę. Już dość. Ale przecież chciałaś jeszcze buty kupić. Eeee, już nie chcę, jestem zmęczona. Pyta mnie co chcę robić. Najchętniej pobyć sama, myślę. Wiem jednak, że to nie wchodzi w rachubę i że P nie zostawi mnie aż do mojego wyjazdu. Proponuje piwo, muszę się zrelaksować, za dużo stresu jak na jeden dzień. P jest zadowolony.

Wychodzimy z malla i bierzemy tuk-tuka. Mówimy, że chcemy do najbliższej knajpy jechać na piwo. Zawozi nas po jakaś japońską restaurację. Knajpa nie tania, bo małe piwo kosztuje 120 bahtów (12 zł). Wypijamy kilka, przy czym ja niezdarnie jedno wylewam i tłukę butelkę. P postanawia, że czas coś zjeść. Konsekwentnie, P zamawia kurczaka. Każe mi coś zamówić. No ok, to pierożki japońskie (ale były dobre!). Atmosfera lekko się rozluźnia. P pyta czy jestem zadowolona? Tak tak, bardzo zadowolona. A ja nie, odpowiada. Jak to? pytam. Nie kupiłaś butów i nie masz zegarka, zauważa. Chciałbym Ci kupić buty i jakiś zegarek. To naprawdę niepotrzebne, jestem w pełni usatysfakcjonowana, nic więcej nie potrzebuję, przekonuję go jak mogę. Uff, chyba uwierzył i dał sobie spokój. Nurtuje mnie ta cała sprawa, więc w końcu pytam. Czemu mi to wszytko kupiłeś? Przecież mnie w ogóle nie znasz... za dwie godziny (dzięki bogu) wracam do Laosu, a ty nic nie dostaniesz ode mnie w zamian. Nie rozumiem. Co ty z tego masz? To mnie uszczęśliwia, mówi P. Każda chwila spędzona z Tobą była wspaniała, zakupy to jedyne co mogę dla Ciebie zrobić, a zrobiłbym dla Ciebie wszystko, kontynuuje. Po za tym, taka jest kultura naszego kraju. Jeśli ktoś jest moim gościem, to ja muszę się wszystkim zająć. Jak ktoś mnie odwiedza w moim kraju, zapewniam im spanie, jedzenie, zakupy i wszystko czego potrzebują. Dziś ty jesteś moim gościem.

Na koniec zawozi mnie taxi na dworzec i czeka ze mną na pociąg. Kupuje oczywiście dla mnie napoje, jakieś przekąski i piwo - to na drogę. Siedzimy przed stacją kolejową popijając kolejne piwo. Ja odliczam minuty do przyjazdu pociągu, a tymczasem P kontynuuje swoje zwierzenia wprawiając mnie w coraz większe zakłopotanie. To był najwspanialszy dzień w moim życiu, zaczyna. Opada mi szczęka... Wiesz, ten dzień, to całe moje życie. Jeszcze nie wyjechałaś, a już za Tobą tęsknię. Wiem, że masz kogoś w Laosie, ale może kiedyś.... może za rok, za dwa... Ja będę czekał. Jezu, facet oszalał... Prosi mnie o mój numer laotański... Podaję mu numer... zmieniając ostatnią cyfrę. Nie mogłam mu dać prawdziwego numeru, no nie mogłam. On podał mi swój pakistański numer. Jak będziesz czegoś potrzebować, to daj mi znać, wyślę Ci co tylko będziesz chciała. Zauważa też, że mam problemy ze swoim starym telefonem, więc natychmiast reaguje. Nie możesz mieć takiego telefonu, mówi. Weź mój Iphone 6, a ja wezmę Twój. Jutro kupię sobie nowy. Kategorycznie się sprzeciwiam. Tłumaczę, że w przyszłym miesiącu sama sobie kupię nowy. P bardzo nie chce, żebym wyjeżdżała, więc proponuje, żebym została jeszcze parę godzin, a on potem mnie zawiezie na lotnisko i kupi bilet. Znów odmawiam. Sugeruje też, że powinnam założyć sklep z biżuterią, taki jak jego kolega, bo on zarabia na tym mnóstwo pieniędzy. Chcę się zatroszczyć o Twoją przyszłość, wystarczy, że znajdziesz miejsce do wynajęcia pod sklep, a ja kupię wszystko i będziesz miała swój biznes! Eee, póki co dobrze mi z pracą nauczyciela.. Ok, ale pomyśl o tym, to Twoja przyszłość, a ja mogę Ci pomóc. Taaak, myślę, i już nigdy się od Ciebie nie uwolnię...

W końcu ku mej wielkiej radości nadjeżdża pociąg. Żegnam się i po raz kolejny dziękuję za wszystkie zakupy. Wsiadam do pociągu i zajmuję miejsce przy oknie. P czeka na zewnątrz. Kiedy po jakiś 15 minutach pociąg rusza, P zaczyna biec i macha mi na pożegnanie. W jego oczach widzę łzy, które chwilę później spływają mu po policzkach. Macham mu na do widzenia i odwracam głowę, nie mogę patrzyć jak płacze. Pociąg przyśpiesza, odjeżdżam. Na zawsze.

Chwilę później dostaję smsa. Kocham Cię i zawszę będę. Mam tylko jedną prośbę. Bądź ze mną w kontakcie po powrocie do Laosu, bo kocham Cię prawdziwie i do szaleństwa. Dziękuje za Twój czas i niech Bóg błogosławi Ciebie i Twoją rodzinę.

Wiem, że nie skontaktuję się z nim, więc czuję się fatalnie. Co ja zrobiłam? Przecież nie chciałam tego wszystkiego, a już na pewno nie chciałam takich wyznań...

Od tamtej pory minął ponad miesiąc, Mam nadzieję, że o mnie zapomniał i znalazł sobie kogoś bardziej odpowiedniego. Ja nic w zamian mu nie dałam, bo nic dać mu nie mogłam. Zastanawiam się tylko, jakbym całą sprawę rozegrała, wiedząc jak się ona może skończyć... Może następnym razem zacznę od nieprzyjmowania gumy do żucia od nieznajomych ;)

9 komentarzy:

  1. Wow! Możesz mi dać jego numer? Hehe żartuję. To się nazywa miłość od pierwszego wejrzenia. A ten plan z patyczkami od szaszłyków- klasa. Jak z dreszczowca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe. Najciekawsze jest to, że to nawet nie jest koniec historii. Parę dni temu P odnalazł mnie na fb i wysłał zaproszenie do grona znajomych, które naturalnie zignorowałam. W ten sam dzień miałam 33 wyświetlenia mojego bloga z Pakistanu - raczej nie przypadek. Dziś dostałam wiadomość ((na fb) z życzeniami noworocznymi i zapytaniem, czy go pamiętam z BKK. Mam lekko tego/jego dosyć....

      Usuń
  2. Ale przygoda, trzeba miec zdrowe nerwy aby nie uciec z krzykiem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podróże po Azji są zaiste ciekawe ;) I tak, czasem trzema mieć stalowe nerwy!

      Usuń
    2. Ja Ciebie kiedys widzialem przypadkiem nad rzeka,wcale sie temu z Pakistanu nie dziwie!
      Tourister

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Niby tak ;) Szaleniec odnalazł mnie na fb, znając tylko moje imię. Dostałam kilka wiadomości (ze zdjęciami!) i prosbę o mój numer telefonu. Miesiąc temu jakimś sposobem znalazł mnie przez jedną aplikację na Iphonie. Próbował zadzwonić, więc musiałam go zablokować. Mam nadzieję, że na tym koniec! :)

      Usuń