niedziela, 9 listopada 2014

Szaleństwo festiwalu That Luang

W czwartek zakończył się trwający prawie tydzień That Luang Festival, który jest najważniejszym wydarzeniem religijnym (i nie tylko) w Wientianie, więc pomyślałam, że warto coś o tym skrobnąć na blogu.

Rozczaruje wszystkich, bo sama na festiwalu w tym roku nie byłam, więc zdjęć też nie będzie. Będzie za to krótka historia.

Zacznijmy od samego znaczenia festiwalu, który, jak nazwa wskazuje, odbywa się wokół złotej stupy That Luang. Impreza w tym roku zaczęła się już w zeszłą niedzielę. Obecnie mieszkam zaledwie kilka minut piechotą od złotej stupy, więc miałam okazję przyglądać się szaleństwu na drogach z własnego balkonu. Już od niedzieli ruch na mojej zazwyczaj spokojnej ulicy stał bardzo uciążliwy, żeby nie powiedzieć, prawie niemożliwy w późnych godzinach popołudniowych i wieczornych. Wszyscy, zarówno mieszkańcy Wientianu, jak również ludzie z okolicznych wiosek, tłumnie przybywali na festiwal. Religijna celebracja miała miejsce w czwartek rano (data festiwalu zmienia się co roku, bo wszystko zależy od fazy księżyca). Pozostałe dni to jedna wielka impreza z ogromną ilością piwa BeerLao.

Na wieczornej imprezie byłam 2 lata temu. Chaos i hałas jaki panuje wokół stupy podczas festiwalu jest nie do opisania. Pamiętam tłumy, śmieci, zapach piwa (i nie tylko) oraz krzyki sprzedających różne badziewia na swoich stoiskach. Wydawało się, że każdy próbował krzyczeć głośniej niż inni, wrzeszcząc niemiłosiernie do mikrofonów. Do tego wszystkiego trzeba dodać koncerty, skąd rozbrzmiewała nieludzko głośna laotańska muzyka. Na festiwalu byłam wtedy ze znajomymi Laotańczykami, którzy jakimś cudem znaleźli nam miejsce w jednym z ogródków piwnych. Zaledwie po dwóch piwach wypitych w hałasie, który ranił moje uszy, wszyscy chcieliśmy stamtąd uciekać, a ja najbardziej. Do dziś nie rozumiem na czym polega ta frajda. Upał, ogromna wilgotność, nieziemskie tłumy ludzi, smród, hałas, światła i ogólne zamieszanie nie brzmi chyba jakoś zachęcająco? A jednak Laotańczycy ciągną na festiwal jak mucha do miodu.

W zeszłym roku tuż przez festiwalem miałam mały wypadek na motorze, którzy skończył się min. skręconą kostką, więc cały festiwalowy okres spędziłam w domu ze spuchniętą nogą.

W tym roku też było bardzo pechowo. W czwartek chciałam się pokusić o wstanie rano (ok 5) i pójść pod stupę, żeby przyglądnąć się z bliska uroczystości wręczania mnichom darów. Niestety w przeddzień święta moja Maja pochorowała się i wyjściu z domu nie było mowy. Miała bardzo wysoką gorączkę, dochodzącą do ponad 40 stopni, więc monitorowałam ją przez całą noc, mierząc co godzinę temperaturę i podając podając Panadol. Przez to, że w nocy prawie nie spałam, doskonale widziałam co działo się na ulicy - chaos to mało powiedziane. Impreza skończyła się po 2 i ok 3 nad ranem w końcu zrobiło się cicho i spokojnie. Niestety spokojem nie cieszyłam się za długo. Już o 5 rano zaczęły nadjeżdżać samochody i motocykle. Inni pieszo wędrowali pod stupę. Szaleństwo zaczęło się od nowa i skończyło się dopiero koło południa.

Dziś w gazecie przeczytałam, że na festiwalu było więcej ludzi niż kiedykolwiek wcześniej. 650 policjantów było na służbie i pilnowało porządku przy stupie i drogach do niej prowadzących. Pod moim domem przez kilka dni wieczorami było ich przynajmniej 5. Według gazety "Vientiane Times", festiwal się udał. Wystrojone w jedwabne laotańskie spódnice i bluzki kobiety oraz równie odświętnie ubrani mężczyźni złożyli dary mnichom (ryż, cukierki, pieniądze, kwiaty, świeczki) w wierze, że przyniesie im to zdrowie i radość przez następny rok. Pozostaje mi życzyć im sok dee, czyli good luck!

Tak wyglądała moja ulica każdego wieczoru podczas festiwalu.
Normalnie to spokojna i niezakorkowana droga.

W lewym górnym rogu widać oświetloną złotą stupę That Luang. 

9 komentarzy:

  1. Ciekawe. Najważniejsze,że festiwal się udał. Mam nadzieję,że mała już zdrowa. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Wreszcie się dowiedziałam o co chodzi! Miałam okazje uczestniczyć w tegorocznym festiwalu, czuliśmy się nieco dziwnie z chłopakiem, bo byliśmy praktycznie jedynymi obcokrajowcami. Ciekawe przeżycie, pewnie masz tak dość często i nie robi to na Tobie wrażenia :) Niebawem wpis o Wientiane na Gadulcu, jabyś miała ochotę - zapraszam. I co do wpisu o cenach - zgadzam się, tutaj wcale nie jest tak tanio jak wszystkim się wydaje! Nawet jak się podróżuje w backpackerskim stylu, autobusy, nawet lokalne są dość drogie a płaciły tyle co Laotańczycy. Owoce i warzywa - spodziewałam się niższych cen.
    Pozdrawiam z Don Det!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! Uczestniczyliście w porannych ceremoniach z mnichami w czwartek? Ja tam się cieszę, że już po wszystkim :) Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Ta zakorkowana ulica to jak u mnie w Chinach w dzien powszedni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu korki też są w godzinach szczytu (na szczęście nie na mojej ulicy), ale to był po prostu chaos! Dla mnie za wiele :)

      Usuń
  4. ale mi sie tu podoba tak spokojnie.Az Ci zazdroszcze hihi Pawel

    OdpowiedzUsuń
  5. w sensie w Vientiane szkoda ze jutro juz stad wyjezdzamy

    OdpowiedzUsuń