czwartek, 25 września 2014

Chiński geniusz

Miało być o genialnym Chińczyku, ale zanim przejdę do mojego Chińskiego ucznia, parę słów o mojej pracy w nowej szkole.

Obecnie uczę w dobrze znanej w Wientianie międzynarodowej szkole. Przydzielono mi 5 klasę podstawówki. Jako wychowawca, uczę większość przedmiotów, w tym angielski, matematykę, biologię i plastykę. Plastyka to nowość dla mnie, ale przyznam, że lekcje plastyki sprawiają mi wielką frajdę. Po raz pierwszy, wszyscy moi uczniowie mają opanowany angielski na poziomie komunikatywnym, wszyscy też potrafią czytać i pisać po angielsku. To zdecydowanie poprawia jakość pracy. Do tego mam tylko 16 uczniów w klasie, więc nie mogę narzekać. Godziny pracy są również wielkim plusem. Pracuję od 8 do 13:30. W tym mamy godzinną przerwę na lunch. Piątek jest jeszcze lepszy, bo mam tylko pierwsze 3 lekcje i jestem wolna już o 11:30, Co może piękniejszego w pracy niż rozpoczynanie weekendu w piątek przez południem?

Ale wracając do tematu. Już na pierwszej lekcji matematyki mój Chiński uczeń pokazał, że nie jest przeciętnym uczniem.
Jest lekcja matematyki. Ćwiczymy pisemne dodawanie i odejmowanie liczb wielocyfrowych w słupkach. Zapisałam całą tablicę i kazałam uczniom rozwiązać wszystkie zadania. Sama usiadłam przy biurku i zaczęłam liczyć na kalkulatorze, żeby mieć wcześniej gotowe odpowiedzi. Nie doszłam nawet do połowy, kiedy Chińczyk podnosi rękę. Yes? pytam. Teacher, I've finished, odpowiada. Jak to? Pytam, czy chodzi mu o to, że skończył przepisywać z tablicy. Nie, rozwiązałem już wszystkie zadania. Zamurowało mnie. Pytam dzieci w klasie, czy on zawsze tak szybko liczy. Uczniowie mówią mi, że jest najlepszy z matematyki.... i że jest szybki jak kalkulator. No cóż, przez parę kolejnych miałam okazję przekonać się, że jest szybszy niż kalkulator, albo przynajmniej szybszy niż ja używając kalkulatora. Teraz doszliśmy do mnożenia i dzielenia liczb wielocyfrowych. Jak podchodzi do tablicy, to dodaje, odejmuje, mnoży i dzieli z taką prędkością z jaką ja normalnie piszę na tablicy przepisując przykłady z książki. Fascynujące mieć takiego młodego geniusza w klasie. Dodam, że w innych przedmiotach też jest w czołówce i do tego przepięknie rysuje!

U góry 4 kroki, które pokazują jak narysować psa.
Poniżej pies narysowany przez Chińczyka, krok po kroku.

Na następnej stronie uczniowie mieli narysować tego samego psa w różnych pozycjach, 
np. idącego lub siedzącego. No to Chińczyk narysował pieski... wprowadzając parę zmian!

Kto tu kogo powinien uczyć plastyki....? ;)

wtorek, 16 września 2014

Laos vs. Brazil - Mecz Przyjaźni

W ubiegłą sobotę miało miejsce wielkie wydarzenie sportowe w Wientianie. Na stadionie Chao Anouvong Narodowa Reprezentacja Laosu w piłce nożnej zagrała przeciwko piłkarzom z Brazylii. Do Laosu nie przyjechała obecna Reprezentacja Brazylii, a jej byli piłkarze, innymi słowy emeryci ;)

Brazil Play Fair Team zagra/zagrała jeszcze parę meczy z innymi krajami Azji Południowo-Wschodniej, min z Kambodżą.

Według Tajskich mediów, dla Laotańczyków mecz miał być okazją do uczenia się techniki od doświadczonych Brazylijczyków.

Na mecz wybrałam się ze znajomymi z pracy. Moja koleżanka stwierdziła, że powinnyśmy zakupić jakieś piwo przed meczem. Ktoś nam powiedział, że butelek nie można wnosić na stadion, ale z puszką można przyjść. Zakupiłyśmy 4 małe puszki Beerlao i udałyśmy na mecz. Na miejscu okazało się, że żadnych napojów nie można wnosić z zewnątrz. Moja znajoma, która po laotańsku nieźle sobie radzi, tłumaczyła, że już kupiłyśmy i nie mamy co z tym zrobić i że to tylko puszki, a nie butelki, a puszki to bor pen yang - czyli puszki = no worries. O dziwo wpuścili nas, ostrzegając jednak, że może nas w środku zatrzymać policja i skonfiskować nasze napoje. Nic takiego się nie stało. Przechodziłyśmy obok ochrony, policji i innych pracowników na stadionie i nikt nie zwrócił uwagi na naszą siatkę z piwami. Nie byłyśmy jedyne z własnymi piwkami. Wiele moich koleżanek przemyciła puszki z piwem w torebkach, których nikt nie sprawdzał. Ochrona jak przystało na Laos.

Na miejscu okazało się również, że nasi znajomi siedzą w sektorze dla Vipów, a my miałyśmy zwykłe bilety. Pani z ochrony nie tłumaczyła, że mamy nie takie bilety i nie możemy siedzieć z przyjaciółmi. Wtedy podeszła do nas dziewczyna mojego była szefa (Laotanka, również moja była asystentka), który już mnie wypatrzył i machał z daleka. Nie bardzo wiem co powiedziała kobiecie z ochrony, ale po lekkim namyśle, trochę niechętnie wpuściła nas. Oczywiście nikt z moich znajomych nie miał vipowskich biletów.

Zanim mecz się zaczął posłuchaliśmy hymnu laotańskiego (który dobrze znam, bo w szkołach uczniowie śpiewają go w każdy poniedziałek) i brazylijskiego. Mój były szef, stwierdził, że to nie był hymn brazylijski i że pewnie go YouTube ściągnęli... Nie wiem, bo hymnu Brazylii nie znam, ale nie zdziwiłabym się jakby Laotańczycy faktycznie coś pomieszali.

Niemniej jednak mecz rozpoczął się, powiedzmy, o czasie. Jeśli dobrze pamiętam, to pierwszą bramkę Brazylijczycy zaliczyli w pierwszej połowie. Ciekawie zrobiło się jednak w czasie przerwy. Wraz z koleżanką, Francuską, postanowiłyśmy przyjrzeć się panom z Brazylii z bliska i popstrykać trochę fotek. Jak się można było spodziewać, nikt z ochrony nas nie zatrzymał i bezproblemowo dotarłyśmy do ławki, na której odpoczywali piłkarze z Brazylii. Najpierw niepewnie robiłyśmy im zdjęcia, a kiedy okazało się, że nie mają nic przeciwko temu, same ustawiałyśmy się do zdjęć z nimi. Według mojego znajomego, piłkarz, z którym zrobiłam sobie zdjęcie jest bardzo znany. Może ktoś z Was kogoś rozpozna, bo piłką się nie za bardzo interesuję... ;)

Ach, prawie zapomniałam o wyniku :D Mecz przegraliśmy. Brazylia wygrała 2:0.









Dodam jeszcze, że piłka nożna jest sportem nr. 1 w Laosie. Piłkarze są jednak marnie opłacani i nie mają wystarczająco często treningów. Po za sezonem piłkarskim większość pracuje w innych zawodach. 

czwartek, 4 września 2014

Powrót do Laosu III

Tak, jestem znów w Laosie! Niewiele ponad dwa tygodnie temu wróciłam utęskniona do kraju, który stał się moim drugim domem.

Jak już pisałam kiedyś, w kwietniu, po tym jak dostaliśmy upragnioną australijską wizę stałego pobytu, wyjechaliśmy do Australii. Musieliśmy rzucić pracę w trakcie roku szkolnego, zapakować nasz dobytek i po raz kolejny się przeprowadzić. Decyzję o wyjeździe do Australii odwlekaliśmy ile się dało. W końcu trzeba było jednak to zrobić. Do Australii musieliśmy wyjechać, żeby aktywować naszą wizę, inaczej by przepadła.

O Australii na pewno napiszę osobny post - teraz powiem tylko, że bardzo tam zmarzłam :) Obecnie jestem znów w Laosie i muszę powiedzieć, że to trochę jak powrót do domu. Nie przypuszczałam, że będę tak tęsknić za tym krajem. Laos z pewnością ma swoje wady. Komary przez cały rok, 24 godziny na dobę. Kiepska służba zdrowia. Fatalne drogi. Wszędobylski pył lub błoto - w zależności od pory roku. Słaby internet. Pijani kierowcy na drogach. A ostatnio braki w dostawie prądu z powodu nadal trwającej pory deszczowej.

Za czym więc tak tęskniłam? Za ludźmi. Za pogodą. Za pracą i uczniami. Za niedrogim jedzeniem. Za tanim i pysznym piwem. Za beer garden'ami na każdym rogu. Za piękną przyrodą. Za możliwością podróżowania po Azji za niewielkie pieniądze. Za luźną backpackersko-hipisowską atmosferą. I za wolnością. Tak, w komunistycznym Laosie jest więcej swobody niż w Polsce czy Australii. To wszystko sprawiło, że pokochałam Laos i życie jakie mogę tu wieść.

Do Laosu wróciliśmy rankiem 18 sierpnia i jeszcze tego samego dnia poszliśmy do pracy. Znów nowa szkoła, nowi nauczyciele, nowi uczniowie i nowe wyzwania. Więcej o tym jak wygląda teraz moja praca i o genialnym Chińczyku w mojej klasie w następnym poście!

Laos jest piękny.
Zdjęcie ukradłam z fejsbukowego fanpejdża Beelao ;)