poniedziałek, 14 lipca 2014

Oferta pracy w Laosie

Napotkałam dziś ciekawe ogłoszenie na lokalnym forum. Oferta pracy pracy w Laosie. Dodam, że tego typu ogłoszenie widzę po raz pierwszy. To co, ktoś chętny? ;)

Falang needed for Guesthouse/restaurant

We are currently in need of a Westerner who is reliable, self motivated and trustworthy to take on the management of a mid-priced guesthouse and setting up and running of a restaurant.

- Located in Pakbeng, Oudomxay Province, a stop-over point for all slow boats on the Mekong.
- English is a must, French or German would be useful but not necessary.
- Ability to speak some Lao would be beneficial on a personal level, but is not necessary.
- Must be self motivated and willing to live in a small town. Very beautiful, but also remote.
- No experience with guesthouse operations required, however, restaurant experience of any sort would be beneficial.
- Immediate start.

If interested, please contact Alex Chitdara at info@shompoocruise.com or call Ian Scott on 020 9983 0237

piątek, 11 lipca 2014

Surrealna wizyta w laotańskim banku

Owa dziwna wizyta, o której dziś napiszę, miała miejsce ponad pół roku temu, więc będę musiała trochę sięgnąć pamięcią wstecz.

Pewnego dnia leniąc się w pracy (lenię się tylko jak mam okienko ;)), zorientowałam się, że w portfelu nie mam już żadnej gotówki i koniecznie muszę skoczyć do banku. Bank był dosłownie za rogiem, a czasu miałam jeszcze sporo do kolejnej lekcji. Właściwie to szłam tylko do bankomatu, który mieścił się przed bankiem.

Na miejscu zdałam sobie sprawę, że w moim portfelu nie ma karty bankomatowej. Czy zostawiłam kartę w domu? Nie, przecież nie wyciągałam w ogóle karty z portfela. Czyli zgubiłam. Niedobrze. Trzeba iść do banku i coś z tym zrobić. Przecież potrzebuję pieniędzy. Czy mam ze sobą paszport, żeby mogli mnie zidentyfikować? Nie. No cóż, zobaczymy co powiedzą w banku.

Idę do okienka i mówię do pani za szybą, że potrzebuję wypłacić pieniądze, ale chyba zgubiłam kartę do bankomatu. Pani z okienka uśmiecha się. Ile chce pani wypłacić? Yyyy... wszystko. Ok, czy ma pani książeczkę do banku? Książeczkę, jaką książeczkę? Nie, nie mam. Nigdy nie miałam żadnej książeczki. Pani z okienka znów się uśmiecha, sprawdza coś na komputerze, po czym podaje mi małą karteczkę i długopis. Mówi mi ile mam pieniędzy na koncie, a ja szybko zapisuję. Każe mi się poniżej podpisać. No to się podpisuję i oddaję pani z okienka karteczkę. Ale proste, myślę sobie. Nawet o paszport mnie nie zapytała. Cieszę się, a przecież powinnam się martwić, że tak łatwo można opróżnić moje konto!

Czekam chwilkę, po czym pani z okienka mnie informuje, że niestety mój podpis się nie zgadza. Ale zaraz zaraz, jak to się nie zgadza? Z czym się nie zgadza? Okazuje się, że przy zakładaniu konta (które właściwie załatwiała za mnie szkoła) podpisałam jakiś papier. Pani z okienka chce żebym podpisała się jak tym papierze. Pytam ją czy żartuje. Przecież konto było założone ponad pół roku temu i nie mam pojęcia jak się gdzieś tam podpisałam.

Na szczęście rezolutna pani z okienka wpada na genialny pomysł. Co zrobić jak klient nie pamięta swojego podpisu? Pokazać mu zeskanowany podpis na komputerze. Tak więc pani z okienka obraca ekran monitora w moją stronę i pokazuje mi dokument z moim podpisem. Patrząc na komputer kopiuję swój własny podpis. Gotowe!

Pani studiuje mój podpis porównując z tym na jej ekranie. Przykro mi, ale pani podpis jest inny. Inny? Jak to inny? Przecież jest taki sam! Może spróbuje pani jeszcze raz? Ok, spróbuję. Spróbuję też nie dostać szału, mówię do siebie.Tym razem z większą dokładnością przepisuję mój unikatowy podpis. Znów chwila niepewności kiedy pani z okienka śledzi każdą literę obu podpisów. Niestety, ale znów się nie zgadza... Teraz już robi się gorąco w klimatyzowanym banku. Proszę pani to JEST mój podpis. Nie da się napisać każdej litery dwa razy dokładnie to samo! To jakiś absurd, a ja nie mam czasu na podpisywanie się 100 razy i muszę zaraz wracać do pracy! Pani z okienka postanawia pozbyć się problemu (czyli mnie) i prosi, żebym udała się do pani na przeciwko.

Powtarzam cały proces kopiowania własnego podpisu - bardzo się staram, naprawdę chcę moje pieniądze! Nowa pani bierze moją karteczkę i palcem śledzi każdą literę porównując je z moim podpisem na swoim na monitorze. Nie mogę uwierzyć kiedy zauważam, że nowa pani sprawdza każdy ogonek, wielkość, kształt i nachylenie każdej litery. Czuję się jak na innej planecie. Mam ochotę krzyczeć. Przecież to nie alfabet laotański! Nasze duże A może być napisane na wiele sposobów. Może być spiczaste lub zaokrąglone u góry. Może mieć ogonek lub nie. Może być szerokie lub wąskie. No cóż, być może, ale nie w laotańskim banku. Nowa pani stwierdza, że moja kreseczka w A jest krótsza niż moja kreseczka w A na jej monitorze. Czy mogłaby pani przedłużyć tę kreseczkę? Czuję się już totalnie odrealniona, wyłączam racjonalne myślenie i przedłużam kreseczkę w A. Usatysfakcjonowana pani wypłaca mi moje pieniądze. Wychodzę z banku. Co za ulga.

Potem dochodzę do wniosku, że chyba nie będę w banku trzymała większej gotówki ;)

Ps. Wieczorem znajduję w domu swoją kartę bankomatową ;)

Ach ten Laos :)

sobota, 5 lipca 2014

Wodospady Tad Xai

Dla tych, którzy w Wientianie planują dłuższy pobyt i chcieliby udać się za miasto, żeby cieszyć się spokojem na łonie natury, polecam wycieczkę do Parku Narodowego Phu Khao Kuay. Jest to zdecydowanie niedocenione i prawie nieodkryte jeszcze przez turystów miejsce. Phu Khao Kuay (Buffalo Horn Mountain) to ogromny zalesiony teren z trzema rzekami spływającymi z wapiennych gór, dwoma wodospadami i dzikimi zwierzętami takimi jak słonie, gibony, azjatyckie niedźwiedzie czy lamparty. Zwierząt nie wiedziałam (z wyjątkiem ogromnych pięknych motyli), ale wodospady tak. O szalonej wycieczce nad wodospad Tad Leuk (pisane też Tat Leuk) opowiadałam tutaj.

Dziś będzie o drugim wodospadzie. Wycieczka była zdecydowanie mniej zwariowana, bardziej komfortowa i krótsza. Nie mniej jednak, równie udana. Nad wodospad Tad Xai (również Tat Xai) wybraliśmy się z naszymi znajomymi. Był pełny komfort, a właściwie luksus, bo znajomi mieli własnego minivana. Czasem przyjemnie jest nie musieć się tłuc laotańskimi autobusami ;)

Taka jednodniowa wycieczka to wspaniały sposób na zwiedzanie Laosu bez turystów - off the beaten track, jak to mówią. Spokój, cisza i piękno natury tylko dla nas. No i nie można zapomnieć o pływaniu pod wodospadem - rewelacja!





Wspinanie na szczyt wodospadu też zaliczyliśmy.
Dodam, że byliśmy tam na początku pory suchej - w porze deszczowej taka zabawa byłaby raczej niebezpieczna.



A tu, odrobinę dalej, jesteśmy na szczycie wyschniętego wodospadu.
Widok w dół może przyprawiać o lekki zawrót głowy ;)


Phu Khao Kuay znajduje się jakieś 50 km od Wientianu. Żeby jednak dotrzeć nad wodospady trzeba przejechać ok 100 km. Nam samochodem zajęło to niecałe dwie godziny. Autobusem można dotrzeć do pobliskiej wioski Ban Thabok (droga nr 13) skąd parę kilometrów trzeba pokonać pieszo. Inną alternatywą jest wycieczka na motocyklu. W porze deszczowej nie polecam jednak niedoświadczonym motocyklistom.