czwartek, 22 maja 2014

Tajemnicza Równina Dzbanów

Będąc w Luang Prabang z rodziną i przyjaciółmi, którzy przyjechali na 2 tygodniowe wakacje do Laosu, planowałam kolejną część naszej wycieczki. Był Wientian, Vang Vieng i Luang Prabang. Ostatnią i dla mnie najciekawszą częścią naszej podróży po Laosie, miała być Równina Dzbanów w pobliżu miasta Phonsavan. Byłam wyjątkowo podekscytowana, bo to jedno z tych miejscy w Laosie, którego jeszcze nie widziałam.

Dzień wcześniej udaliśmy do biura podróży, żeby kupić bilety na autobus do Phonsavan. Cena proponowana to (jeśli dobrze pamiętam) 180 tyś kipów. Jak to, tak dużo??? Tak dużo, bo to autobus nocny, który jedzie do Wietnamu i przejeżdża przez Phonsavan. Ale 180 tysięcy??? O nie, za drogo. Idziemy do innego biura podróży. Ta sama odpowiedź. Wiem, że można by pojechać na dworzec i kupić taniej na miejscu..., ale trzeba by wziąć tuk-tuka i zapłacić no i szkoda czasu... i przecież nawet nie wiem ile oszczędzimy. Po za tym jestem głodna. Nie mogę myśleć jak jestem głodna. Pomyślę o tym później.

Było jedzenie, potem jeszcze więcej pysznego jedzenia, i piwo.... i laotańska whisky za 10 tyś kipów.... i doskonałe towarzystwo... I budzimy się przed 11 następnego dnia. Ja pier........ Za kilkanaście minut musimy się wymeldować z hostelu. Jezu, czy my wczoraj kupiliśmy bilety do Phonsavan??? Nie?! Ups.....

Mega szybkie pakowanie i biegiem do najbliższego biura podróży. Sabaidee, cztery bilety do Phonsavan potrzebujemy. Na jutro? Nie, na dziś. O, na dziś nie ma już żadnych wolnych miejsc w autobusie. Aaaa!!! Trzeba coś wymyślić! Poddanie się nie wchodzi w grę. Pojedziemy tam dziś i już! Ale pierwsze śniadanie.

Z pełnym żołądkiem myślę zdecydowanie lepiej. Wiem! Jedziemy na dworzec i tam na pewno coś załatwimy, przecież muszą być jakieś prywatne busy do wynajęcia. No więc bierzemy tuk-tuka (w głowę się pukam, że wczoraj tego nie zrobiliśmy) i na dworzec. Pierwsze zaczepiam kierowców tuk-tuków na dworcu. Może znają kogoś w busem, jakiegoś kierowcę..., nie? No trudno. Idę do kasy na dworcu i pytam panią o możliwość wynajęcia prywatnego busa do Phonsavan. Tak można wynająć. A za ile? A za 1100000 kipów - tak, dobrze liczycie zera, milion sto tysięcy kipów. Dzielę na cztery, no tak troszkę drożej niż autobus. Ale co tam! Najważniejsze, że pojedziemy! Pieniądze już się nie liczą (a wczoraj tak mi szkoda było 180 tyś), ważne, że jedziemy. No i będzie luksusowo, cały bus z kierowcą tylko dla nas, przecież warto dopłacić, nie? Dobrze sobie to wszystko zracjonalizowałam. Co za ulga! Wyjazd o 18, planowany przyjazd na północ. Jeszcze tylko nocleg muszę szybko załatwić. Przewodnik Lonely Planet w ręce, kilka telefonów i mamy. Uf, udało się. Teraz możemy sobie jeszcze spokojnie pospacerować po cudnym Luang Prabang.

O 18 przyjechał po nas śliczny busik. Droga była nieludzko kręta, co w sumie mi nie przeszkadzało, szkoda tylko, że podróż odbyła się nocą, bo widoki musiały być boskie! Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że na miejsce, a dokładnie pod sam guesthouse w Phonsavan, dojechaliśmy dokładnie o północy. Coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy! 270 kilometrów i dojeżdżamy na czas? I to w Laosie? Niebywałe!

Wczesnym rankiem udaliśmy się do pobliskiego biura podróży. Powiedziano nam, że nie ma żadnych chętnych na wycieczkę do Równiny Dzbanów tego dnia. Wycieczkę (samochód z kierowcą i wstęp) zorganizują, ale będzie drożej. Wynegocjowałam cenę 600 tys kipów - 150 tyś od osoby.

Równina Dzbanów to obecnie najbardziej niebezpieczne stanowisko archeologiczne na świecie. W całej prowincji Xieng Khouang znajduje się ponad 90 stanowisk z kamiennymi dzbanami. Z powodu tysięcy niewybuchów, które nadal są przyczyną nieszczęśliwych wypadków, dla turystów dostępne są tylko 3 stanowiska, które można bezpiecznie zwiedzać. Szacuje się, że dzbany mają ponad 2 tysiące lat. Obecnie doliczono się ponad 3 tysięcy dzbanów. Liczba ta jednak może wzrosnąć, bo stanowiska, które nadal są bardzo niebezpieczne, nie są jeszcze dobrze zbadane. Prace nad usuwaniem niewybuchów są nadal w toku.. a że to Laos, to trochę to jeszcze potrwa. Dzbany mają od 1 do 3 metrów i ważą od kilku do kilkunastu ton. Największe wrażenie robi jednak ich ilość. Ich pochodzenie też wzbudza ciekawość.

Laotańska legenda mówi, że dawno, dawno temu, cały płaskowyż zamieszkiwany zamieszkiwany był przez olbrzymów. Pewnego dnia król gigantów, Khun Cheung pokonał swych wrogów w wielkiej i krwawej bitwie. Aby uczcić zwycięstwo król kazał wykuć ogromne kamienne naczynia do ważenia laotańskiej whisky ryżowej lao lao. Zacny sposób na świętowanie, prawda? ;) Legenda legendą, a co mówią archeolodzy?

Większość badaczy zgadza się, że kamienne dzbany były swoistymi urnami pogrzebowymi. Jaskinia nieopodal, służyła za krematorium, o czym świadczy warstwa kopcia i spora ilość szczątków ludzkich, w tym niespalone kości. Kamienne urny służyły więc do przechowywania prochów ludzkich. Zagadka wydaje się być rozwikłana, ale już wcześniej wspomniałam, Równina Dzbanów jest nadal bardzo niebezpieczna i słabo zbadana, więc miejsca na niespodzianki nie brakuje.

A oto i mistyczna Równina Dzbanów.







Największy z dzbanów 





Nie brakuje również kraterów po bombach,
które przypominają o tragicznej historii Laosu.

Rząd laotański zabiega o wpisanie Równiny Dzbanów na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Radzę więc udać się tam jak najprędzej, zanim z każdego dzbana będzie wystawać łeb turysty. Obecnie jest tam prawie pusto, dzięki czemu zwiedzanie sprawia jeszcze większą frajdę! POLECAM!!!

Dodam, że Phonsavan leży w górach, więc podróż w tamte rejony jest przeżyciem samym w sobie. Wracaliśmy w dzień prosto do Wientianu. Przez ponad pół drogi gapiłam się w szybę busa, nie wierząc własnym oczom. Widoki są po prostu powalające. Jak do tej pory to zdecydowanie trasa numer 1 dla mnie!!!

Informacje praktyczne:

Podróż Phonsavan -> Wientian - bus w cenie 130 tyś. kipów od osoby.

Nocowaliśmy w White Orchid Guesthouse - cena to 25 USD za dwójkę z klimatyzacją. Nie polecam, bo w pokoju śmierdziało stęchlizną i pleśnią. Jedynym plusem była lokalizacja w centrum miasteczka.

W samym mieście praktycznie nie ma nic, ale okolice są piękne - warto również udać się pobliskiego Muang Khoun, gdzie są bardzo stare stupy i wielki posąg Buddy. W tym przypadku nie korzystaliśmy z biura podróży, tylko pojechaliśmy tuk-tukiem, po pół godzinie negocjacji oczywiście ;) Do Muang Khoun jest 30 km. Za tuk-tuka zapłaciliśmy 160 tyś w obie strony.

poniedziałek, 19 maja 2014

Kolejna katastrofa lotnicza w Laosie...

W sobotę, 17 maja, laotański wojskowy samolot rozbił się w północnej części Laosu. Zaledwie 7 miesięcy temu w Laosie roztrzaskał się osobowy samolot laotańskich linii lotniczych zabijając 49 osób - o tym pisałam tutaj.

Tym razem na pokładzie byli laotańscy politycy. W katastrofie zginął min. laotański minister obrony, minister bezpieczeństwa publicznego i burmistrz Wientianu. Liczba ofiar nie jest do końca znana. Źródła podają liczbę ofiar wahającą się między 16 a 22. Laotański rząd, jak zwykle, milczy, więc nie znamy i być może nigdy nie poznamy dokładnej liczby ofiar katastrofy, czy też przyczyny rozbicia się samolotu. Wiemy tylko, że rozbił się podchodząc do lądowania.

Zdjęcia katastrofy z internetu 


Czytałam w internecie na temat tej katastrofy zarówno w polskich mediach jak i zagranicznych. Prawie wszędzie widziałam inną liczbę ofiar. Niektóre media podają liczbę ofiar, jakby ją naprawdę znały, a przecież rząd laotańskich żadnego oficjalnego raportu nie wydał. "Fakt" w tytule pisze: "Zginęli najważniejsi w państwie" - wygląda na to, że "Fakt" nie wie, że najważniejszą osobą jest prezydent.... ale to przecież "FAKT". Według niektórych źródeł 3 osoby mogły przeżyć katastrofę. Interesujące jest również słownictwo jakim media się posługują, żeby dany "news" robił większe wrażenie. Nie żeby to była żadna nowość, ale i tak jest to wysoce irytujące. Na Onecie wyczytałam, że "odizolowany od świata laotański reżim komunistyczny niechętnie dzieli się jakimikolwiek informacjami". Reżim? Czy Laotańczycy czują się zniewoleni? Nie. Czy turyści lub obcokrajowcy czują zniewoleni przez rząd? Nie. Naturalnie rząd komunistyczny rządzi się swoimi prawami, ale w żadnym wypadku laotański rząd komunistyczny nie jest taki jaki np. chiński. I czy Laos jest odizolowany od świata? W jakim sensie? Geograficznym??? Politycznym??? W Laosie wizę turystyczną można dostać na większości (jeśli nie na wszystkich) przejść granicznych od ręki - izolacja??? Takich i podobnych bzdur w mediach nie brakuje, jednak jak człowiek czyta takie brednie znając prawdę, to denerwuje się jeszcze bardziej. Jedyną prawdą tutaj jest fakt, że rząd informacjami dotyczącymi katastrofy pewnie się nie podzieli.

Inne zagraniczne media podają, że Laos ma na koncie 30 katastrof lotniczych ze śmiertelnym skutkiem od lat pięćdziesiątych - powołują się tutaj na statystyki Aviation Safety Network. Postanowiłam sama policzyć. Stronę znalazłam w mig. Doliczyłam 25 - z czego 2 miały miejsce w latach dwudziestych... Media....

Jeśli ktoś się zastanawia, czy Laos jest bezpiecznym krajem, niech sprawdzi statystyki na Global Peace Index. Według najnowszego (rok 2013) Laos jest na 39 miejscu pod względem bezpieczeństwa (i pokoju) na świecie. Dla porównania Polska jest na miejscu 25, Tajlandia na 130, a USA na 99.

sobota, 17 maja 2014

Jaskinie Pak Ou i Whisky Village

Jedną z atrakcji w Luang Prabang jest wycieczka do jaskiń Pak Ou.

Od razu powiem, że Ci, którzy widzieli inne jaskinie np. niesamowitą Kong Lor Cave (o niej opowiem niedługo!) lub inne jaskinie w Laosie, mogą być zawiedzeni. Jaskinie Pak Ou nie zaskakują rozmiarami. Obie są raczej nieduże. Ich atrakcyjność sprowadza się głównie do imponującej liczby, różnych rozmiarów, figurek Buddy.

Wejście do jaskiń 


Schodami do górnej jaskini 


Dolna jaskinia 


Osobiście uważam, że na wycieczkę warto się wybrać tylko jeśli zdecydujemy się udać tam łodzią. Prawie godzinny rejs łódką w jedną stronę był najlepszą częścią całej wycieczki. Godzinka cudownego relaksu wśród zieleni i wapiennych skał wokół, przebija samą wizytę w jaskiniach.

Płynęliśmy podobną (mniejszą) łódką 



Nie jest to atrakcja numer 1 w Luang Prabang, ale mając więcej czasu, według mnie, warto się na nią udać. Po drodze jest zawsze w planie jeden przystanek - wizyta w whisky village. Napitki alkoholowe, które zakupiliśmy były słodkie i procentowo zbliżone do silniejszych win - całkiem smaczne. Uwaga - zakupy róbcie tylko wtedy, jeśli macie zamiar szybko opróżnić butelki. Wszystkie, które my kupiliśmy zaczęły przeciekać następnego dnia...

wtorek, 6 maja 2014

Głodni głodnym pomagają ;)

W lutym do Laosu zawitała moja rodzina i znajomi. Oprócz zwiedzania Wientianu, w planie był Vang Vieng, Luang Prabang i Phonsavanh z tajemniczą Równiną Dzbanów.

Wientian, zdaje się, wszystkim się spodobał. Byli wręcz zdziwieni, że jest taki zadbany, zielony i ładny. Porównywali z Bangkokiem i stolica Laosu zdecydowanie bardziej przypadła im do gustu. I dobrze :)

O Vang Vieng nie będę opowiadać, bo spędziliśmy tam niewiele czasu, a Wam wszystkim o tym backpackerskim miasteczkiem już opowiadałam. Opowiem za to o podróży nocnym autobusem (mój pierwszy raz w Azji) i dosyć niezwykłym poranku w Luang Prabang.

Zacznijmy od tego, że na początku lutego można się spodziewać chłodnej pogody wieczorami w górach. Nie chcieliśmy tracić za wiele czasu więc postanowiliśmy z Vang Vieng to LP udać się nocnym autobusem. Autobus okazał naprawdę niezłym cudeńkiem. W autobusie faktycznie były łóżka! Dostaliśmy kocyki i mogliśmy się wygodnie wyłożyć. Muszę powiedzieć, że były to iście VIPowskie warunki ;) Czy jest więc jakiś minus podróżowania nocą? Ano jest. Po pierwsze, nie mamy możliwości podziwiania widoków, a droga z VV do LP jest bardzo malownicza, a po drugie, droga jest bardzo kręta i wije się jak wąż przez góry. Co to w praktyce oznacza? Tyle, że jeśli nie mamy wyjątkowo twardego snu i łatwości zasypiania to z wyspaniem się może być marnie. Ogólnie jednak byliśmy bardzo zadowoleni :)


Przed piątą rano byliśmy w Luang Prabang. Naturalnie, wcześniej dokonałam rezerwacji w jakimś guesthousie - co jest istotne w szczycie sezonu!!! Na miejscu czekała jednak na nas niespodzianka. Przypomnę, że dochodziła 5 rano, było ciemno jak w środku nocy i bardzo zimno (około 10 stopni). Pani prowadząca guesthouse poinformowała nas, że jeszcze nikt się nie wymeldował i że musimy poczekać i w ogóle to nie ma gwarancji, że będzie mieć pokoje dla nas (było nas 5 osób dorosłych i dwójka dzieci). Pani była jednak sympatyczna i bardzo gościnna, jak to każda porządna Laotanka. Umieściła nas na tarasie i przyniosła koce. Było nam nie tylko zimno, ale byliśmy też cholernie głodni! Oczywiście o 5 rano nie ma możliwości zrobienia żadnych zakupów w LP. Wtedy nasza pani wpadła na doskonały pomysł. Zaproponowała nam, żebyśmy poszli dać dary mnichom, którzy przed 6 wychodzą ze swoich świątyń, żeby pochodzić ulicami i zebrać jałmużnę na śniadanie. Jak miało nam to pomóc skoro sami nic nie mieliśmy do jedzenia? Otóż przy świątyniach o tej porze zawsze pojawiają się Laotanki, które sprzedają koszyki z ryżem i jakieś drobne przekąski w postaci małych ciasteczek. Pomysł wydawał się fantastyczny. Zrobiliśmy jak pani nam radziła. Kupiliśmy 2 koszyki ryżu i ciasteczka. Mnisi już szli ulicą, więc uklękłam na jednej z mat, które już były rozłożone na chodniku specjalnie na poranne dary. I tak mi szkoda było tych młodych chłopców, którzy szli boso z gołymi ramionami, że dałam im cały ryż z jednego koszyka i wszystkie ciasteczka. Poranne oddawanie darów (jałmużny) dla mnichów jest bardzo prostym, ale na pewno interesującym zjawiskiem. Dający dary klęczą na macie (mogą też stać), a mnisi idą droga, zatrzymując się przed każdym, kto chce oddać jałmużnę. Mnisi idą jeden za drugim w ciszy, patrząc z ziemię. Każdy z nich ma przed sobą naczynie na kształt dużej miski, którą ludzie napełniają darami. Przypomnę, że to co dostaną od ludzi będzie ich śniadaniem. Będą jeszcze koło południa jeść lunch. To są jedyne 2 posiłki, które mogą spożyć o ściśle wyznaczonych godzinach. Po lunchu mnichom wolno tylko pić wodę lub inne niealkoholowe napoje.



Tak więc nakarmiłam mnichów i przyniosłam koszyk z ryżem. "Nasza" pani zaparzyła nam herbatkę. Jeszcze nigdy chyba tak chętnie nie jadłam ryżu (mowa oczywiście o laotańskim sticky rice). W ogóle jeszcze nigdy chyba nie jadłam samego ryżu :) Coś tam pojedliśmy, wypiliśmy herbatkę i pozasypialiśmy opatuleni w koce. Obudziło nas słońce i bardzo przyjemne temperatury. Jak się okazało u "naszej" pani żaden pokój się nie zwolnił. Trzeba było więc wybrać się na spacer i pytać o noclegi we wszystkich okolicznych guesthousach. Nie było łatwo, bo większość odsyłała nas jednym słowem "full". Ostatecznie jednak znaleźliśmy w miarę przyjemny nocleg i mogliśmy się zrelaksować, a potem zwiedzać najpiękniejsze laotańskie miasteczko.

Jako, że post o Luang Prabang już był, nie będę opowiadać o tym co zwiedzić w LP. Następnym razem opowiem jednak o jednej ciekawej wycieczce, na którą wybrałam się po raz pierwszy :)