niedziela, 27 kwietnia 2014

Wycieczka Świąteczno-Noworoczna - część VII: Wyspa Ko Si Chang

W końcu docieramy do końca podróży! Ostatnim etapem naszej wycieczki była wyspa Ko Si Chang (nie mylić z Ko Chang) w Tajlandii.

Tak jak pisałam w poprzednim poście Ko Si Chang to maluteńka wysepka, na którą dociera niewielu turystów. Dzięki temu na wyspie można znaleźć upragniony spokój i ciszę, nawet w okresie sylwestrowym.

Na wyspie znajdziemy kilka miejsc na nocleg, dobrych na każdą kieszeń. Jest też kilka restauracji, gdzie zjemy "europejskie jedzenie". Najpopularniejszą restauracją jest "Pan and David", gdzie serwują pyszne tajskie i zachodnie jedzenie. Poruszać się po wsypie najlepiej motorem, który wypożyczymy za 250 bahtów, ale wyspa jest tak mała, że równie dobrze  możemy chodzić pieszo.

Wyspa jest dosyć nietypowa jak na Tajlandię, bo jest górzysta i ma zaledwie jedną piaszczystą plażę, która jest najpopularniejsza zarówno wśród turystów i lokalnych . Do wyboru są też malutkie kamieniste plaże, gdzie możemy być zupełnie sami! Woda jest jest krystalicznie czysta i przyjemnie chłodząca. Ko Si Chang wygląda trochę jak tropikalna wersja Chorwacji. Według mnie wyspa jest cudna i zdecydowanie polecam ją wszystkim, którzy będąc w Bangkoku lub okolicy zapragną niesamowitych widoków, spokoju i oczywiście morza!





Jedyna piaszczysta plaża 

Marina 

Urocze, prawda? :) 



Nasza "prywatna" plaża :) 

Muszli nie trzeba było szukać w morzu, były wszędzie, tuż pod naszymi stopami :) 


Puste wąziutkie, kręte i uliczki na wyspie.
Czy wspominałam, że na wyspie nie ma samochodów? :)



Informacje praktyczne:

Zatrzymaliśmy się w Tiew Pai Park Resort - bungalowy do wyboru, do koloru. Różne opcje i standardy. Za rozsądną cenę można mieć bardzo przytulny i dobrze wyposażony bungalow z klimatyzacją. Wszystkie bungalowy są z dala od ulicy w pełnym zieleni ogrodzie. Polecam!

Prom za wyspę kosztuje gorsze - 40 lub 50 bahtów - nie pamiętam. Podróż trwa ok. 45 minut. Promy odpływają od 7 rano do 8 wieczór.

sobota, 19 kwietnia 2014

Wycieczka Świąteczno-Noworoczna - część VI: Nietypowy sylwester

Kontynuując opowieść....

Zacznijmy od tego, że po cudownym pobycie z Sihanoukville w planach było spędzenie Sylwestra w Tajlandii na wyspie Ko Samet. Jak się okazało, po godzinach szukaniach, nie było na Ko Samet żadnego dostępnego noclegu. Cała wyspa była wypełniona turystami wyczekującymi na Nowy Rok. Podobnie nie mieliśmy szczęścia z innymi wyspami: Ko Chang, Ko Mak, czy Ko Kut. Kiedy już byłam pewna, że przyjdzie nam spędzić Sylwestra w Bangkoku (znowu) uśmiechnęło się do nas szczęście. I nie zrozumcie mnie źle, jestem pewna, że w Bangkoku można bawić doskonale do białego rana, ale to nie było coś czego szukałam. Raczej nie zabralibyśmy Mai na dyskotekę na Khaosan Road wypełnioną do granic możliwości pijanymi falangami. Marzyła mi się uczta na plaży z dobrym jedzeniem i winem.

Udało nam się znaleźć nocleg na wyspie Ko Si Chang. Ko Si Chang (nie mylić z Ko Chang) to malutka wyspa, której populacja nie przekracza 5 tysięcy ludzi. Wyspa ma ok 6 km długości, a w najwęższych miejscach zaledwie 1 km szerokości. O wyspie będzie jednak później.....

W Sihanoukville chcieliśmy kupić bilety na autobus do Si Racha, miasta portowego, z którego odpływają promy na Ko Si Chang. W biurze podróży, gdzie kupowaliśmy bilety, powiedziano nam, że autobusy jeżdżą tylko do Bangkoku i niektóre zatrzymują się w Pattaya. Jako że Si Racha leży za Pattaya (jadąc z Kambodży) pani z biura stwierdziła, że potrzebujemy bilety do Bangkoku. Wykonała telefon do kierowcy i powiedziała nam, że jak będziemy na granicy przesiadać się do innego autobusu, mamy poprosić kierowcę o zatrzymanie się w Si Racha. Wszystko wydawało się proste, więc kupiliśmy bilety.

Podróż do granicy była spokojna, choć dosyć wolna. Najgorsze jednak miało się wydarzyć na granicy. Tak jak nas poinstruowano, po przekroczeniu granicy i przesiadce do minivana jadącego do Bangkoku poprosiliśmy kierowcę o zatrzymanie się po drodze w Si Racha. I zaczęło się.... Kierowca stwierdził, że mamy bilety do Bangkoku i tam pojedziemy, bo on nigdzie się zatrzymywać nie będzie. Tłumaczyłam dlaczego mamy takie bilety i że obiecano nam, że będziemy mogli wysiąść w Si Racha. Kierowca powiedział, że on jedzie obwodnicą i nie przejeżdża koło Si Racha. Po długich "negocjacjach" zgodził się wysadzić nas w Pattaya.

Z Pattaya czekało nas jeszcze ok. 30 km do pokonania. Czas biegł nieubłaganie, a my nie mieliśmy pojęcia jak się dostaniemy do Si Racha i czy zdążymy na ostatni prom na wyspę. W Pattaya okazało się, że o tej porze (przypominam, że był to Sylwestrowy wieczór) nie jeździ już nic w tamtą stronę.... Pozostało złapanie taxi. Oczywiście koszt nie był mały, choć i tak sporo stargowaliśmy. Już wtedy czasu prawie nie mieliśmy i szanse na złapanie ostatniego promu były prawie żadne. Ja jednak ciągle miałam nadzieję, że Sylwestra i Nowy Rok spędzę na plaży. Nie dopuszczałam do siebie innej możliwości.

W końcu dotarliśmy na stację skąd odpływają promy na wyspę Ko Si Chang. Tak jak się obawialiśmy, było już za późno, następny prom odpływał dopiero rano... Byłam załamana. Utknęliśmy w jakiejś dziurze - tak w Si Racha nie ma absolutnie nic ciekawego dla turysty. Po całej podróży, tylu niespodziankach, przeszkodach i przeżyciach, nagle poczułam się zupełnie bezsilna. Pierwszy raz nie mogłam nic zrobić, żeby kontynuować wycieczkę tak jak zaplanowałam, a to przecież był Sylwester... Wsiedliśmy do tuk-tuka i rozpoczęliśmy poszukiwanie noclegu. Pierwsze tajski kierowca zawiózł nas do jakiegoś drogiego hotelu. Absolutnie odpadał. Nie miałam zamiaru przepłacać za jedną noc w tej dziurze. Byłam zła. Potem w przewodniku znalazłam jakiś tani guesthouse. Na miejscu okazało się, że to jakaś zapyziała dziura. Byłam załamana. Sylwester, a my nie mamy gdzie spać. Nie tak miało być! I wtedy Darek znalazł namiary na interesujące miejsce na nocleg. Już sama nazwa wydawała się ciekawa: "Boat House". Kierowca tuk-tuka trochę pobłądził zanim znalazł naszą noclegownię.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, próbowaliśmy dostać się do środka, co okazało się wcale nie takie łatwe. Po pierwsze, było już ciemno, więc w wąskiej nieoświetlonej uliczce niewiele można było zobaczyć. Po drugie, pomimo, że dzwoniliśmy i wołaliśmy nikt nie przychodził. Teren był otoczony bardzo wysokim murem, więc nie byliśmy pewni czy miejsce nadał było otwarte. Po jakiś 15 minutach bramę otworzył Taj, który wydawał się lekko zaskoczony obecnością nowych gości. Wpuścił jednak nas na teren resortu i poprowadził przez ciemny "lasek" do naszego boat house. To zdecydowanie najciekawsze miejsce na nocleg jakie w życiu widziałam. Nie wahając się od razu wzięliśmy naszą "łódkę". Humor też mi się trochę poprawił. Zostawiliśmy nasze bagaże i udaliśmy w poszukiwaniu jakiegoś lokalu, gdzie moglibyśmy zjeść jakąś porządną sylwestrową kolację.

Miasto było jednak raczej wymarłe. Znowu się podłamałam. Czy przyjedzie nam jeść na Sylwestra jakieś paskudne żarcie z 7 eleven (najbardziej popularny mini supermarket w Tajlandii)? Nagle zobaczyłam jakąś małą japońską restauracyjkę. Wyglądała bardzo przytulnie. Według tego co było napisane na drzwiach, knajpkę mięli zamknąć za jakieś 15 minut. Postanowiliśmy jednak wejść do środka. Przywitał nas bardzo przyjazny starszy Japończyk, który widząc, że nie ma wolnego stolika, przegonił swojego japońskiego kolegę (tzn. poprosił go, żeby usiadł przy barze) i zaproponował nam stolik. Trochę głupio tak było zabrać czyjś stolik, ale jak się wkrótce okazało nie było się o co martwić. Obaj Japończycy, właściciel i jego kolega, okazali się być bardzo przyjaźni i wkrótce młodszy Japończyk dołączył do naszego stolika. Szybko znaleźliśmy wspólny język i przyjemnie spędziliśmy czas na rozmowie, popijając darmowe sake jakim nas częstował właściciel :) Jedzenie też było niczego sobie. Podsumowując, Sylwester okazał się bardzo przyjemny.

Nasza łódka - przyjemnie prawda? :)

Była nawet klimatyzacja i tv! 

Przed naszą "łódką" machnęliśmy jeszcze jakiegoś drinka z 7 eleven i poszliśmy spać do naszej uroczej łódeczki w tajemniczym ogrodzie. Prawdziwe niespodzianki czekały na nas następnego ranka.


Naturalnie chcieliśmy jak najszybciej dostać się na wyspę, więc wstaliśmy wcześnie. Przed wyjazdem musieliśmy jeszcze zapłacić za nocleg, co jak się okazało nie było łatwe. Próbowaliśmy znaleźć mężczyznę, który nas wpuścił i z którym ustaliliśmy cenę za nocleg. Zaczęliśmy eksplorować teren, odrywając przy tym dosyć niesamowite rzeczy! Pierwsze, oprócz drewnianych łódek, zobaczyliśmy fragment stacji kolejowej, następnym odkryciem był samolot! Prawdziwy samolot! Była oczywiście też piękna willa, do której zaglądaliśmy przez okna w nadziei, że kogoś tam znajdziemy. Nie znaleźliśmy. Obok willi był basen i mini wersja wieży Eiffela...! W pobliżu odkryliśmy też jakieś dziwne grobowce.... Jedynymi żywymi istotami były 3 psy, które włóczyły się po ogrodzie. Jeden z nich był pogryziony i wyglądał kiepsko. Postanowiliśmy zwierzaki omijać z daleka. Zaczęliśmy powoli zastanawiać nad wyjściem bez płacenia.... Po ponad pół godzinie szukania (teren był całkiem spory) Darek postanowić poszukać jeszcze na ulicy. Zabawne, ile trzeba było się naszukać i nachodzić, żeby zapłacić za nocleg. Na ulicy znaleźliśmy pana z poprzedniej nocy. Zapłaciliśmy za ten przedziwny, ale jakże ciekawy nocleg i wyruszyliśmy na promem na tak długo wyczekiwaną wyspę....

 Tak wygląda "Boat House" w Si Racha - polecam! :)











niedziela, 13 kwietnia 2014

Australia!!!

Najwyższy czas powiedzieć co powoduje taaakie opóźnienia w pisaniu. Otóż niewiele ponad tydzień temu opuściliśmy Laos.

Naszym pierwotnym marzeniem była przeprowadzka do Australii. Jednakże proces wizowy jest dosyć skomplikowany i baaardzo długi. Wtedy to stwierdziliśmy (nie wiedząc jeszcze czy wizę dostaniemy), że wyjedziemy do Azji. Los wybrał dla nas Laos i był to doskonały wybór. Te półtorej roku spędzone w Laosie to wspaniały czas wypełniony licznymi podróżami. Rozważaliśmy nawet pobyt w Laosie na stałe.... i wtedy dostaliśmy wizę do Australii. Wiza kosztowała nas dużo czasu i pieniędzy, więc nie mogliśmy nie skorzystać. Na przekroczenie granicy czas mieliśmy do 10 kwietnia, więc nie było możliwości dłużej odwlekania decyzji.

Od tygodnia jesteśmy w Adelajdzie. Czy będzie blog o Australii? Nie mam pojęcia. Nie wiem jak nam się tu ułoży i czy to właśnie tu się osiedlimy. Czas pokaże. Chcę jednak wszystkich zapewnić, że blog o Laosie będzie kontynuowany. Mam mnóstwo materiału do opublikowania, więc jest o czym pisać! Po za tym, kto wie co przyniesie los!

Tymczasem pozdrawiam z Australii i zachęcam do dalszego zaglądania na bloga! :)

Na plaży Glenelg w Adelajdzie :)