sobota, 25 stycznia 2014

Wycieczka Świąteczno-Noworoczna - część II: Wat Phu

Niecałe 45 kilometrów od Pakse znajduje się słynna świątynia Wat Phu (pisana również Wat Phou). Do tego pięknego miejsca udaliśmy się na drugi dzień, podczas naszego pobytu w Pakse.

Zanim jednak przejdę do samej wycieczki..... Dzień wcześniej próbowaliśmy zakupić bilety na autobus do Si Phan Don ("Cztery Tysiące Wysp" na Mekongu). Wszędzie jednak mówiono nam, że autobus odjeżdża o 8 rano. To nie wchodziło w grę. Wat Phu musieliśmy zobaczyć i koniecznie tego samego dnia udać się na naszą wyspę na Mekongu, gdzie już wcześniej zrobiłam rezerwację. Według mojego przewodnika, autobusy miały jeździć do 15..... Dlaczego więc wszyscy powtarzają, że o 8? Udaliśmy do biura turystycznego "Green Discovery", żeby trochę popytać. Jak się okazało, ten autobus o 8 to transport dla turystów. Na dworcu, natomiast, są minivany, którymi lokalni dojeżdżają do Si Phan Don, a że my przecież w Laosie mieszkamy, to lokalny transport nam nie straszny ;) Zdecydowaliśmy się, więc jechać na wycieczkę, a o bilety martwić się później.

Tak więc z samego rana, po szybkim śniadaniu (znowu), załadowaliśmy się do busa i pojechaliśmy zobaczyć drugie (po Luang Prabang) miejsce w Laosie, które znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Oprócz nas były jeszcze 3 osoby, więc godzinna podróż czyściutkim busem z klimatyzacją była całkiem przyjemna.

Ruiny kompleksu świątyń położone są u stóp świętej (dla Laotańczyków) góry Phou Kao. Góra wielka nie jest, ale miejsce jest niezaprzeczalnie wyjątkowe. Jeśli ktoś widział Angkor Wat w Kambodży, to Wat Phu jest taką jego miniaturką. Może i nie ma wiele do zwiedzania, ale w odróżnieniu od niesamowicie zatłoczonego Angkor Wat, miejsce to jest prawie puste. Druga sprawa to naprawdę przepiękna lokalizacja.

Nie będę zanudzać historycznymi faktami (o których możecie poczytać w internecie), tylko zapraszam na fotograficzną wycieczkę po Wat Phu.









Widok ze szczytu 









Mnisi też chcą mieć zdjęcia przed Wat Phu :) 


Informacje praktyczne:

Bilet wstępu na teren Wat Phu to koszt 50 tyś kipów (dzieci nie płacą).

Na wycieczkę można udać się 2 sposoby:

Pierwszy (tańszy, ale mniej wygodny), to wynajęcie motoru (60 tyś kipów) i dojechanie na miejsce samemu. Polecam tym, którzy naprawdę chcą oszczędzać i mają dobrą orientację w terenie (ja nie mam).

Drugi, na który my się zdecydowaliśmy, to wykupienie wycieczki w biurze podróży lub w hotelu (jeśli nie chcecie wydać fortuny to nie idźcie do Green Discovery, ceny mają tam z kosmosu). Koszt takiej wycieczki, wg. ulotki, którą mam to 120 tyś kipów jeśli jadą więcej niż 4 osoby, lub 210 tyś przy 2 osobach (ceny podaję od 1 osoby). Bilet wstępu nie jest wliczony w cenę.

Ja oczywiście trochę się potargowałam z chłopakiem z hotelu, który chciał od nas po 200 tyś (łącznie z biletem wstępu). Maja oczywiście za darmo. Wydawało mi się to stanowczo za drogo, ale nasz recepcjonista upierał się, że jest drożej, bo oprócz nas jedzie tylko jeszcze osoba. Tą osobą była starsza Niemka, której kwota 200 tyś kipów zupełnie odpowiadała. Zaproponowałam więc (kiedy Niemka wyszła), że my zapłacimy po 150 (czyli 300 w sumie), a Niemka niech płaci 200. Zapytał, czy jej nic nie powiemy. Ależ oczywiście, że nie, zapewniłam go, to będzie nasza słodka tajemnica ;)

O Si Phan Don i podróży lokalnym busem (będzie ekstremalnie ;)) w następnym odcinku!

sobota, 18 stycznia 2014

Wywiad - Laos w pigułce

Mam przyjemność zaprosić Was, moi drodzy Czytelnicy, do przeczytania wywiadu ze mną na temat Laosu, w ramach wywiadów z serii "Powiedział mi ekspata".

Gorąco zachęcam do przeczytania wszystkich wywiadów z naszymi rodakami, którzy opowiadają o swoim życiu w różnych ciekawych zakątkach naszego globu.

Wywiad przeprowadziła Ania Błażejewska, której serdecznie dziękuję za tę możliwość.

Wywiad znajdziecie tutaj.

Miłej lektury!

piątek, 10 stycznia 2014

Wycieczka Świąteczno-Noworoczna - część I: Pakse i Bolaven Plateau

Oj długo mnie nie było na blogu! Pierwsze były przygotowania do podróży, potem sama podróż, a ostatni tydzień powrót do codziennych obowiązków. 

Nasza podróż obejmowała 3 kraje: Laos, Kambodżę i Tajlandię. Przejechaliśmy ponad 3000 kilometrów w 2 tygodnie. Środki transportu obejmowały autobusy, minivany, tuk-tuki, łódki, prom, taksówki, motor i pociąg.

Część pierwsza to Pakse (pisane też Pakxe), które leży w prowincji Champasak w Laosie i jest największym miastem w tej prowincji. Jest również 3 co do wielkości miastem w Laosie, a przecież Pakse to malutka mieścina...

Ale od początku. Z Wientianu do Pakse jeżdżą 2 rodzaje autobusów: nocne z rozkładanymi wygodnymi siedzeniami i klimatyzacją oraz zwykłe lokalne, bez klimatyzacji. Zdecydowaliśmy (ja zdecydowałam, jak o wszystkim w podróży ;)), że pojedziemy lokalnym. Chciałam wyjechać jak najszybciej, czyli rano. Przy kupowaniu biletów powiedziano nam, że autobus wyrusza z Wientianu o 10 rano i powinien być w Pakse koło 21. Jaka naiwna byłam myśląc, że dotrę na miejsce z ewentualnie lekkim opóźnieniem i wyśpię się przed intensywnym dniem pełnym zwiedzania... Przecież to tylko 670 kilometrów, myślałam....

O 10 rano 21 grudnia wyjechaliśmy z Wientianu. Autobus nie był najlepszy. Klimatyzacji brak, chociaż o tej porze roku to nie jest tak ważne, zwłaszcza, że kiedy wyjeżdżaliśmy w Wientianie było bardzo zimno. W nocy temperatury spadały nawet do 8 stopni. Bardziej niepokoił stan autobusu, który był stary i rozklekotany. Przy zmianie biegów słychać było głośne zgrzytanie. Dziwne było też to, że autobus był tylko w połowie pełny, a my byliśmy jedynymi obcokrajowcami. Do zachodu słońca jechaliśmy z otwartymi drzwiami - taki sprytny pomysł na chłodzenie wnętrza autobusu.


Podróż trwała i trwała, wydała się nie mieć końca. Po zmroku zrozumiałam, że będziemy sporo opóźnieni. Myliłam się. Opóźnienie nie było spore, tylko bardzo duże. Kiedy dojechaliśmy do Pakse była 1:30 w nocy... Nocleg naturalnie zarezerwowałam telefonicznie kilka dni wcześniej. Obawiałam się nie tylko o zapowiadający się bardzo krótki sen, ale też o to, czy uda nam się wykupić wycieczkę nad wodospady na następny dzień.

Najpierw jednak musieliśmy dojechać do hotelu. Jak zwykle, przed autobusem czekały tuk-tuki. Sprawa wydawała się prosta, bo do hotelu mieliśmy zaledwie 2 kilometry. Wsiedliśmy do tuk-tuka nie pytając o cenę. Po zaledwie kilku minutach byliśmy przed hotelem. Darek wyciągnął 20 tyś kipów. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy zażądał 60 tyś (24 zł)! Strasznie się wkurzyłam, bo było to czyste wariactwo. Niedorzeczna cena za zaledwie 2 kilometry. Próbowaliśmy negocjować. Zaproponowaliśmy 30 tyś. Kierowca nie chciał obniżyć ceny ani odrobinę. Ja się w pewnym momencie oddaliłam, bo myślałam, że eksploduję. Darek miał jakieś trzydzieści parę tysięcy "drobnych", więc powiedziałam mu, żeby tyle mu dać i ani kipa więcej. Negocjował z nim chyba jakieś 15 minut. W końcu wcisnął mu do ręki te trzydzieści parę tysięcy mówiąc, że ma tylko ze sobą tylko 100 dolarowe banknoty. Kierowca wziął pieniądze i pojechał wściekły psiocząc na nas.

W hotelu obudziliśmy śpiącego pod moskitierą w recepcji Laotańczyka. Zaspany wygramolił się z łóżka. Bardzo się ucieszyłam, że pokój na moje nazwisko, a właściwie imię na nas nadal czekał. Swoją drogą to zabawne jak robiłam telefoniczne rezerwacje w Laosie. Zawsze pytano mnie o imię i o imię tylko. Wystarczyło: My name is Aleksandra i rezerwacja gotowa :)

Okazało się, że w hotelu możemy wykupić wycieczkę do Bolaven Plateau, gdzie mieliśmy zobaczyć kilka wodospadów, odwiedzić pewne plemię i zobaczyć plantację kawy i herbaty.

Przed 3, po szybkim prysznicu, wreszcie udaliśmy się do łóżka. Po jakiejś godzinie obudziły nas szczekające psy. Chociaż szczekanie nie jest odpowiednim słowem opisującym to co usłyszeliśmy. Ujadanie było tak nagłe, głośne i agresywne, że wszyscy natychmiast się obudziliśmy, zastanawiając się przez pierwsze sekundy co się stało. Ku wielkiej uldze chłopak z recepcji wstał i przegonił psy. Widać nie tylko my mieliśmy się nie wyspać.

O 8 rano, po szybkim śniadaniu byliśmy już w drodze do Bolaven Plateau. Bolaven Plateau to przepiękny region ulokowany między granicą wietnamską i Mekongiem od zachodu. Cieszy się popularnością wśród turystów z powodu wielu spektakularnych wodospadów. Dzięki bardzo żyznej ziemi, powstało tu wiele plantacji kawy i herbaty. Słynie również z upraw kardamonu i wielu różnych gatunków owoców i warzyw.

 Na początek pojechaliśmy zobaczyć główną atrakcję - 120 metrowe wodospady Tat Fan

Plantacja kawy i herbaty. Na miejscu darmowa degustacja i możliwość zakupienia kawy i herbaty. 

Tak rośnie kawa 

Kawa 

Ziarna kawy 

Suszenie kawy 

 Papryczki chilli 

Plemię liczące siedemdziesiąt parę rodzin.
 Mieszkańcy tego plemienia mówią w dialekcie niezrozumiałym dla Laotańczyków.

Dzieci z plemienia 

Skromne domki i życie 


Dziewczynka z plemienia z zezem. Nieśmiało się do nas uśmiechała.
Postanowiliśmy jej sprezentować Mai torebeczkę Sponge Bob.
Tak się cieszyła z podarunku. Piękny uśmiech! 

Kolejne wodospady. 
Tuż przy tych wodospadach jest restauracja, gdzie można zjeść lub napić się Beerlao. 

Kosmiczny pająk w okularach przeciwsłonecznych ;)

Dzieciaczki z innej wioski w tradycyjnych strojach  

Kto jako dziecko nie marzył o takim domku? :)

Piękna laotańska roślinność 


Nie wiem co ta pani paliła, ale pół zębów nie miała, a pozostałe były czarnymi szczątkami. 
Uśmiechała się szeroko, być może z powodu tego co paliła? ;)

W drodze na następny wodospad. 


Ciekawy most :)

Informacje praktyczne:

Lokalny autobus Wientian-Pakse - Autobus odjeżdża z południowego dworca. Bilety można kupić na dworcu lub w agencjach turystycznych. My skorzystaliśmy z tej drugiej opcji, bo w cenie był darmowy pick-up. Cena za bilet 150 tyś kipów. 

Hotel, w którym się zatrzymaliśmy w Pakse nazywa się Hotel Salachampa (polecany przez Lonely Planet) - Bungalowy z klimatyzacją i łazienkami są czyste, chociaż raczej skromne. Plusem jest lokalizacja w centrum. Za noc płaciliśmy 25 USD za bungalow. 

Wycieczka na Bolaven Plateau - Wycieczka obejmuje wszystkie miejsca ze zdjęć plus jeszcze jeden mały wodospad. Zapłaciliśmy 400 tyś kipów za mnie i Darka. Maja jechała za darmo.