sobota, 27 grudnia 2014

Jeden dzień w Bangkoku i przygoda, której nigdy nie zapomnę!

Parę dni temu byłam w Bangkoku, żeby odebrać swój paszport. Były też zakupy i kino. Udany wyjaz w dobrym towarzystwie. Ale nie o tym dziś będzie. Dziś napiszę o tym jak wyjechałam sama do BKK ponad miesiąc temu, żeby aplikować o nowy paszport.

W Wientianie ambasady niestety (od kilku lat) nie mamy. Nie był to mój ani pierwszy ani drugi wyjazd do BKK. Prawdę mówiąc nawet nie wiem ile razy już w stolicy Tajlandii byłam. Był jednakże to mój drugi samotny wyjazd. Planowałam szybko załatwić swoją sprawę w ambasadzie, udać się do jakieś zakupy i wróć do Laosu. Jako, że wiem jakie zagrożenia mogą spotkać samotnego turystę w BKK i mając doświadczenie w obchodzeniu się z natrętami i oszustami, byłam raczej spokojna i nie spodziewałam się przygód, a już na pewno nie spodziewałam czegoś takiego!

Ale od początku. Zaraz po przekroczeniu granicy laotńsko-tajskiej, udałam się na stację kolejową w przygranicznym miasteczku Nong Khai. Kupiłam bilet i usiadłam na ławce na peronie. Do odjazdu były jeszcze 4 godziny. Co tu robić? Niby siedzę w cieniu, ale upał i tak doskwiera. Znudzona i spocona siedzę patrząc się w tory. Na ławce obok siedzi jakiś mężczyzna. Po ok 20 minutach, wszystko się zmienia. Facet podchodzi do mnie i bez słowa wręcza mi pół paczki gum do żucia. Lekko zdziwiona biorę gumy i dziękuję. Hmm dziwne. Gościa oceniam na wiek po czterdziestce pochodzenia arabskiego. Pierwsza myśl, może coś jest dodane do tych gum? Nie, no przecież widziałam jak odpakował nowiutką paczkę. Nie popadajmy w paranoję. Dziesięć minut później, siedzę i żuję gumę. Mój sąsiad podchodzi do mnie po raz kolejny. Mówi: "Excuse me", po czym kładzie na mojej ławce siatkę i jakimiś zakupami. Nie bardzo wiem co się dzieje, ale z przyzwyczajenia po porostu mówię: "Oh, thank you..." Ok, teraz jest dziwnie, naprawdę czuję się nieswojo. Zaglądam do siatki, woda, sok, jakieś chipsy. Jezu, może ja jakoś marnie wyglądam czy coś. Facet nadal siedzi na ławce obok. No dobra napiję się wody... Te chipsy też wyglądają w porządku, po za tym robię się lekko głodna. Na ławce przede mną siada inny gościu, wygląda na Wietnamczyka. Kiedy ja zajadam się chipsami popijając wodą, Wietnamczyk (?) odwraca się w moją stronę i wbija we mnie swój wzrok. Nie patrzy się, nie przygląda się, tylko uporczywie wpatruje się we mnie jakby studiował twarz jakieś nieziemskiej istoty. Zerkam na niego dwa razy myśląc, że to go spłoszy, ale gdzie tam, nadal nie odrywa wzroku od mnie. Z jego wyrazu twarzy nie wiele mogę wyczytać, ale jedno jest pewne, mam dość. Przekąski od jednego gościa obok i przeszywający mnie na wylot wzrok drugiego to już za wiele. Postanawiam iść do noodle shop'u za stacją kolejową. Zdecydowanie nie mam ochoty na towarzystwo, zwłaszcza tak dziwne.

Siadam przy jednym ze stolików. Wyciągam kilka tajskich kart sim z portfela i próbuję każdą po kolei. Nie mija wiele czasu, jak dostrzegam gościa (tego od zakupów) zmierzającego w moją stronę. Cholera, ani chwili spokoju. Facet siada przy stoliku obok. Udaję, że go nie widzę. Ten nie przejmując się byciem ignorowanym, pyta mnie, czy mam ochotę coś zjeść. Nie, dziękuję, odpowiadam. Ale na pewno, może jednak coś zjesz? nalega. Nie naprawdę, nic mi nie trzeba. Mija chwila, kiedy słyszę: To może chociaż piwa się napijesz? Nie, dziękuję, naprawdę nic nie potrzebuję.... Ten pyta znowu, nalega. Jezu... będę tu tak z tym gościem siedzieć przez najbliższe prawe 3 godziny..Może jak się napijemy piwa, to przynajmniej nie będzie tak dziwnie i niezręcznie. W końcu ustępuję. No to niech będzie to piwo. Dostaję butelkę Heinekena. Sam też bierze jedną dla siebie. Nawiązujemy luźną i krótką rozmowę. Co robisz w Laosie/Tajlandii, po co jedziesz do BKK, skąd jesteś? itp. Dowiaduję się, że mój niechciany towarzysz jest z Pakistanu. Rozmowa jest krótka. Wracam do picia swojego piwa męcząc się jednocześnie z kartami sim. Ech, zdaje się, że wszystkie są już nieważne. Trzeba kupić nową. Muszę mieć możliwość kontaktu ze światem. Informuję grzecznie mojego towarzysza, iż muszę udać się do pobliskiego sklepu po kartę sim. Nawet nie skończyłam podnosić tyłka z ławki, kiedy pan Pakistańczyk (dalej jako P), zrywa się na równe nogi i oświadcza, że on pójdzie kupić mi kartę. Próbuję protestować, ale zdaje się nie słyszeć, jest już w drodze do sklepu. Ożeż! Niedobrze, facet to jakiś świr. Po chwili P wraca z kartą sim i doładowaniem za 120 bahtów. No to dziękuję, bo co mam innego zrobić? Mogłabym nie przyjąć... ale byłoby jeszcze dziwniej. Mógłby poczuć się urażony, albo cholera wie co. No cóż, przynajmniej teraz mogę dzwonić do ludzi w razie potrzeby.

W pewnym momencie P pyta się mnie jakie jedzenie lubię. Pytanie zadane w angielskim, w taki sposób, że zakładam, ze pyta mnie ogólnie co lubię jadać. Więc odpowiadam, aaa nie wiem, kurczaka z warzywami (mówię, raczej byle co, bo nie chce mi się mózgu wysilać w tym upale). Na co P reaguje w nieoczekiwany sposób. Ok, więc TO Ci kupię do jedzenia. Heee..? Ale jak to, przecież ja nie powiedziałam, że to chce zjeść teraz..... Za późno. Woła kelnera i podaje mi menu. Wybierz, mówi dość rozkazującym tonem. Taki poważny ma wyraz twarzy, że nawet już nie chce mi się kłócić. Wybieram więc ryż z kurczakiem i warzywami. P zamawia to samo dla siebie. I wtedy pada pierwsze pytanie, na które czekałam (albo raczej, którego się spodziewałam). Czy mogę się dosiąść do stolika. Nie chcę, ale dobre maniery i jakieś takie ludzkie nawyki sprawiają, że mówię ok. W myślach się przeklinam.

Po skończonym obiedzie. Zaczynamy znowu rozmowę. Pada kolejne pytanie, które paść w końcu musiało. Masz chłopaka? Tak, odpowiadam. Och, ok, to nic nie szkodzi, możemy być przyjaciółmi. Wiesz to nie problem, ja rozumiem i to akceptuje, tłumaczy mi. Chce tylko być Twoim przyjacielem, nic więcej. Nie myślę w "ten" sposób o Tobie. Aha, jasne od razu mi lepiej. Będziemy tylko przyjaciółmi. Jakimi kurde przyjaciółmi??? Przecież zaraz jedziemy do BKK, jeszcze chwilę i powiem: cześć, miło było Cię poznać. Jest gorąco, a sytuacja robi się coraz dziwniejsza. P kupuje kolejne piwa. Tym razem już z chęcią wychylam drugą butelkę. Trzeba się jakoś uspokoić. W międzyczasie P zadaje kolejne pytania. Po co jedziesz do BKK? A do mojej ambasady i potem może jakieś zakupy. A co lubisz kupować? No wiesz, jak to kobiety, ubrania, buty... Ok, w BKK pójdę z Tobą na zakupy i kupię Ci ubrania i buty, informuje mnie P. Moje oczy robią się wielkie, a ciśnienie się podnosi. Co to ma znaczyć? O czym on mówi? Pytam go więc, dlaczego miałaby kupować mi cokolwiek, przecież mnie nie zna i w ogóle to nie ma sensu... i tak nie można... tłumaczę. Odpowiada krótko i rzeczowo, ja chcę, to mnie uszczęśliwi, inaczej nie będę szczęśliwy. Wariat, myślę sobie. W głowie planuję już jak się gościa pozbędę w BKK. Tymczasem on kontynuuje swoje fantazje. Wiesz, mam kolegę w BKK, który ma sklep z biżuterią. Kupię Ci biżuterię. Chcę, żebym coś miała ode mnie, na pamiątkę. Bierze ze stolika kartę z moim nowym tajskim numerem i zapisuje go sobie w telefonie. Dzwoni do mnie. Teraz Ty też masz mój numer. Zdzwonimy się jak dojedziemy do BKK. Pójdziemy na śniadanie, pojedziemy do Twojej ambasady, potem lunch, zakupy i obiad. Prawie nie słucham co mówi. To jakiś absurd. Jestem napastowana przez psychola. Zdeterminowanego psychola. Chce mnie zabrać do jakieś podejrzanego sklepu w ciemnej i wąskiej uliczce Bangkoku, gdzie na tyłach sklepu gwałcą białe kobiety, a potem podrzynają im gardła. A może w odwrotnej kolejności? A może po prostu spakuje mnie do walizki i zabierze do Pakistanu, gdzie zostanę jego piątą żoną. Czuję się jak w wariatkowie. Mój mózg pracuje na pełnych obrotach wyczuwając niebezpieczeństwo. Potrzebny mi plan, dobry plan....

W końcu nadchodzi czas, żeby wsiąść do pociągu. Co za ulga! Oczywiście mimo protestów P wręcza mi siatkę z wodą, sokiem i jakimiś przekąskami, żebym przypadkiem nie zgłodniała w pociągu. W pociągu relaksuje się i kiedy konduktor kończy ścielić moje łóżko, padam wykończona i w moment zasypiam.

Budzę się dopiero w Bangkoku. Tylko nie panikuj, mówię do siebie. Wysiądziesz z pociągu jak tylko się zatrzyma i nie obracając się pójdziesz w swoją stronę, jak gdyby nigdy nic. I tak też robię. Nie biegnę, bo to byłoby podejrzane i tylko łatwiej byłoby mnie zauważyć w tłumie. Nie ma go. Uff!. Ale zanim wyjdę w dworca kolejowego muszę kupić bilet na drogę powrotną. Idę więc szybciutko do okienka i pytam o bilet. No i nagle słyszę znajomy głos, hello Aleksandra! O nie, tylko nie to. Pyta mnie co robię. Kiedy pan z okienka mówi mi ile mam zapłacić, zanim zdążyłam sięgnąć do torebki, P już wręczył panu pieniądze za mój bilet... Kolejny raz próbuję tłumaczyć, że sama chciałam zapłacić... Na nic. P powtarza w kółko: I don't buy, I'm not happy. I buy, I'm happy. Pyta jeszcze, czy nie wolałabym podróżować pierwszą klasą. Nie dziękuję, świetnie się czuję z drugą klasą. Teraz naturalnie czuję się dłużna i zobowiązana... tylko do czego? Przecież ja nic od niego nie chciałam. Mam ochotę uciec, ale nie mogę. Po pierwsze, pomyślałby sobie, że ze mnie niewdzięcznica i jakoś dobre maniery biorą górę. Po drugie, kto wie, może by mnie gonił? Z pewnością nie pozwoli teraz odejść....

Pyta gdzie chcę zjeść śniadanie. Eee.. nie wiem... Jest dopiero 7, moją ambasadę otwierają dopiero o 9. P proponuje KFC. Ok, to jest za rogiem, znam to miejsce, będą tam ludzie, będzie bezpiecznie. Niechętnie, ale zgadzam się. P zamawia jedzenie i oczywiście za wszystko płaci. Nawet już nie protestuję. Jemy niewiele mówiąc. Nie mam humoru, bo naprawdę miałam nadzieję, że jakoś się go pozbędę po przyjeździe do BKK.

Po śniadaniu informuję P, że muszę już jechać do ambasady. Zatrzymuję taxi, a on pakuję się do auta razem ze mną. Nie martw się poczekam aż załatwisz swoją sprawę w ambasadzie, mówi. Rewelacja, nawet do ambasady sama nie mogę pojechać.

W ambasadzie trochę mi zeszło, pierwsze wypełnianie formularzy, potem pobieranie odcisków palców. Z tymi odciskami to jakiś koszmar. Coś nie tak z liniami papilarnymi na moich palcach, bo nie mogli uzyskać zgodności. Odcisk palca pojawia się na monitorze w dwóch okienkach i powinien być taki sam w obu. Mój nie był. Próbowałam wszystkie place obu rąk. W końcu (łaskawie) zgodzili się zaakceptować "słabą zgodność". No sorry, takie mam palce.

Po załatwieniu całej sprawy, P już na mnie czeka. Mówi, że teraz pojedziemy do sklepu jego kolegi, tego od biżuterii. Tego momentu najbardziej się obawiałam. Pytam więc, gdzie ten sklep jest. Odpowiada, że to jest w jednym z centrów handlowych. Centrum handlowe, z dużą ilością sklepów i ludzi? Upewniam się. Tak, podaje mi nawet nazwę, ale cóż nie znam wszystkich shopping mallów, więc pozostaje mieć nadzieję, że to nie jakiś przekręt. Trzeba się jednak przygotować. Podchodzę do jakiegoś straganu na ulicy i kupuję kawałki kurczaka na patyku, takie szaszłyki. Moją bronią będą 2 ostro zakończone, drewniane patyki. Jak coś będzie próbował, to mu w oko jeden wbiję, potajemnie planuję.


Jedziemy taksówką, a ja cały czas się nerwowo rozglądam. Jak skręci w jakąś wąską podejrzaną uliczkę, zatrzymuję taxi i uciekam, obmyślam ewentualny plan ewakuacyjny. Na szczęście zajeżdżamy pod jakieś centrum handlowe. Widzę dużo ludzi, więc od razu czuję się bezpieczniej. P prowadzi mnie do sklepu swojego kolegi. W sklepie mnóstwo naszyjników i bransoletek z kamieniami szlachetnymi. Ale pierwsze jedzenie. P zostawia mnie ze swoimi dwoma pakistańskimi braćmi i idzie do KFC. Czy on je coś po za kurczakiem? Po konsumpcji, P zaczyna przeglądać naszyjniki z pereł. Podaje mi jeden. Do you like it? pyta. Tak, bardzo ładny naszyjnik, odpowiadam. Ok, kupię Ci go. Sytuacja powtarza się jeszcze trzykrotnie. Ostatecznie zamawia dla mnie 4 naszyjniki z pereł w różnych kolorach. Potem zaczyna przeglądać bransoletki. Daje mi jedną do przymierzenia. Chcesz, pyta. Nie, dziękuję. Ale dlaczego, co się stało, nie podoba Ci się? Nie nie, ale skąd, po prostu to chyba już trochę za dużo... te naszyjniki naprawdę wystarczą..., tłumaczę. Próbuje jeszcze z kilkoma innymi, ale odmawiam. Ostatecznie i tak kupuje mi dwie.

Kiedy dostaję gotowe naszyjniki (pięknie zapakowane), postanawiam, że czas żebym poszła w swoją stronę. W końcu chciałam iść kupić jakieś ubrania i buty... Zwracam się więc do P. Wiesz, ja muszę iść na zakupy, chcę kupić jakieś ciuchy i buty... Centrum handlowego jest zaledwie 10 min piechotą stąd (wcześniej wypytałam taksówkarza). I wiesz, takie zakupy to strasznie nudna sprawa dla facetów... będę przez jakieś przynajmniej dwie godziny chodzić po sklepach... to może zostań tu ze swoimi znajomymi, a ja sobie już pójdę, ok? Nie. Idę z tobą. Chcesz zakupy, ja zrobię zakupy z Tobą. Widzę, że zdania nie zmieni, więc tylko wzdycham. Wychodzę ze sklepu, żegnam się z jego znajomymi, a P idzie za mną.

Na miejscu, ja idę do swojego ulubionego sklepu i sugeruję P, żeby sobie znalazł krzesło, bo trochę mi zejdzie. Mówi mi, żebym się zupełnie nie przejmowała, tylko zrobiła swoje zakupy. No więc ja wpadam w szał zakupów. Gonię po ogromnym sklepie i przebieram wśród ubrań. Staram się nie myśleć, że w pobliżu kręci się P. Potem przymierzanie i decyzje co kupić, bo miałam ogromną torbę ubrań, a wszystkiego kupić nie mogłam. Serio, było tego naprawdę sporo. P pyta mnie, czy zdecydowałam już co kupię. Mówię, że muszę się zastanowić i wybrać. Ok, mówi, wybierz co tylko ci się podoba i powiedz mi ile pieniędzy potrzebujesz. O nie, mówię, tym razem ja płacę. Ponownie tłumaczy mi, że ja nie mogę za nic zapłacić i że on nie będzie szczęśliwy jak nie zapłaci, więc nie ma o czym rozmawiać, mam tylko podać kwotę. No to wybieram, to wezmę, tego nie, to wezmę... Potem podliczam. O kurde ponad 5000 baht (ponad 500 zł). Ale dla P, to żaden problem. Wyciąga pieniądze. Próbuję jeszcze trochę negocjować. To może ja chociaż za połowę zapłacę...? To nie wchodzi w grę, P płaci za wszystko. Wychodzimy ze sklepu. Pyta co chcę teraz kupić. Nic, już nic nie trzeba, prawię krzyczę. Już dość. Ale przecież chciałaś jeszcze buty kupić. Eeee, już nie chcę, jestem zmęczona. Pyta mnie co chcę robić. Najchętniej pobyć sama, myślę. Wiem jednak, że to nie wchodzi w rachubę i że P nie zostawi mnie aż do mojego wyjazdu. Proponuje piwo, muszę się zrelaksować, za dużo stresu jak na jeden dzień. P jest zadowolony.

Wychodzimy z malla i bierzemy tuk-tuka. Mówimy, że chcemy do najbliższej knajpy jechać na piwo. Zawozi nas po jakaś japońską restaurację. Knajpa nie tania, bo małe piwo kosztuje 120 bahtów (12 zł). Wypijamy kilka, przy czym ja niezdarnie jedno wylewam i tłukę butelkę. P postanawia, że czas coś zjeść. Konsekwentnie, P zamawia kurczaka. Każe mi coś zamówić. No ok, to pierożki japońskie (ale były dobre!). Atmosfera lekko się rozluźnia. P pyta czy jestem zadowolona? Tak tak, bardzo zadowolona. A ja nie, odpowiada. Jak to? pytam. Nie kupiłaś butów i nie masz zegarka, zauważa. Chciałbym Ci kupić buty i jakiś zegarek. To naprawdę niepotrzebne, jestem w pełni usatysfakcjonowana, nic więcej nie potrzebuję, przekonuję go jak mogę. Uff, chyba uwierzył i dał sobie spokój. Nurtuje mnie ta cała sprawa, więc w końcu pytam. Czemu mi to wszytko kupiłeś? Przecież mnie w ogóle nie znasz... za dwie godziny (dzięki bogu) wracam do Laosu, a ty nic nie dostaniesz ode mnie w zamian. Nie rozumiem. Co ty z tego masz? To mnie uszczęśliwia, mówi P. Każda chwila spędzona z Tobą była wspaniała, zakupy to jedyne co mogę dla Ciebie zrobić, a zrobiłbym dla Ciebie wszystko, kontynuuje. Po za tym, taka jest kultura naszego kraju. Jeśli ktoś jest moim gościem, to ja muszę się wszystkim zająć. Jak ktoś mnie odwiedza w moim kraju, zapewniam im spanie, jedzenie, zakupy i wszystko czego potrzebują. Dziś ty jesteś moim gościem.

Na koniec zawozi mnie taxi na dworzec i czeka ze mną na pociąg. Kupuje oczywiście dla mnie napoje, jakieś przekąski i piwo - to na drogę. Siedzimy przed stacją kolejową popijając kolejne piwo. Ja odliczam minuty do przyjazdu pociągu, a tymczasem P kontynuuje swoje zwierzenia wprawiając mnie w coraz większe zakłopotanie. To był najwspanialszy dzień w moim życiu, zaczyna. Opada mi szczęka... Wiesz, ten dzień, to całe moje życie. Jeszcze nie wyjechałaś, a już za Tobą tęsknię. Wiem, że masz kogoś w Laosie, ale może kiedyś.... może za rok, za dwa... Ja będę czekał. Jezu, facet oszalał... Prosi mnie o mój numer laotański... Podaję mu numer... zmieniając ostatnią cyfrę. Nie mogłam mu dać prawdziwego numeru, no nie mogłam. On podał mi swój pakistański numer. Jak będziesz czegoś potrzebować, to daj mi znać, wyślę Ci co tylko będziesz chciała. Zauważa też, że mam problemy ze swoim starym telefonem, więc natychmiast reaguje. Nie możesz mieć takiego telefonu, mówi. Weź mój Iphone 6, a ja wezmę Twój. Jutro kupię sobie nowy. Kategorycznie się sprzeciwiam. Tłumaczę, że w przyszłym miesiącu sama sobie kupię nowy. P bardzo nie chce, żebym wyjeżdżała, więc proponuje, żebym została jeszcze parę godzin, a on potem mnie zawiezie na lotnisko i kupi bilet. Znów odmawiam. Sugeruje też, że powinnam założyć sklep z biżuterią, taki jak jego kolega, bo on zarabia na tym mnóstwo pieniędzy. Chcę się zatroszczyć o Twoją przyszłość, wystarczy, że znajdziesz miejsce do wynajęcia pod sklep, a ja kupię wszystko i będziesz miała swój biznes! Eee, póki co dobrze mi z pracą nauczyciela.. Ok, ale pomyśl o tym, to Twoja przyszłość, a ja mogę Ci pomóc. Taaak, myślę, i już nigdy się od Ciebie nie uwolnię...

W końcu ku mej wielkiej radości nadjeżdża pociąg. Żegnam się i po raz kolejny dziękuję za wszystkie zakupy. Wsiadam do pociągu i zajmuję miejsce przy oknie. P czeka na zewnątrz. Kiedy po jakiś 15 minutach pociąg rusza, P zaczyna biec i macha mi na pożegnanie. W jego oczach widzę łzy, które chwilę później spływają mu po policzkach. Macham mu na do widzenia i odwracam głowę, nie mogę patrzyć jak płacze. Pociąg przyśpiesza, odjeżdżam. Na zawsze.

Chwilę później dostaję smsa. Kocham Cię i zawszę będę. Mam tylko jedną prośbę. Bądź ze mną w kontakcie po powrocie do Laosu, bo kocham Cię prawdziwie i do szaleństwa. Dziękuje za Twój czas i niech Bóg błogosławi Ciebie i Twoją rodzinę.

Wiem, że nie skontaktuję się z nim, więc czuję się fatalnie. Co ja zrobiłam? Przecież nie chciałam tego wszystkiego, a już na pewno nie chciałam takich wyznań...

Od tamtej pory minął ponad miesiąc, Mam nadzieję, że o mnie zapomniał i znalazł sobie kogoś bardziej odpowiedniego. Ja nic w zamian mu nie dałam, bo nic dać mu nie mogłam. Zastanawiam się tylko, jakbym całą sprawę rozegrała, wiedząc jak się ona może skończyć... Może następnym razem zacznę od nieprzyjmowania gumy do żucia od nieznajomych ;)

niedziela, 14 grudnia 2014

Wolontariat w Laosie

Sporo czasu minęło od kiedy ostatnio coś pisałam na blogu... Wiele się działo i jakoś czasu było brak, ale jako, że za niecały tydzień zaczyna się przerwa świąteczna w szkole, zabiorę się za bloga, bo jest o czym pisać!

Wracając jednak do tematu dzisiejszego postu. Niedawno rozpoczęłam pracę (drugą) w niewielkiej szkole, która jest częścią znanej tu organizacji charytatywnej The Asha Foundation (TAF).

Wszystkie dochody ze szkoły językowej, w której pracuję wieczorami, idą na cele charytatywne - pomoc najuboższym.

TAF działa w Tajlandii, Laosie i na Filipinach. Obecnie w Laosie są dwa programy dla wolontariuszy. Program pierwszy to głównie nauczanie w Wientianie, a program drugi to praca na farmie w wiosce niedaleko Wientianu.

Piszę o tym, bo kilka razy dostałam maile z pytaniami o możliwości podjęcia pracy jako wolontariusz w Laosie.

Jeśli więc ktoś chce połączyć zwiedzanie egzotycznego, pięknego i najbardziej przyjaznego kraju w Azj Południowo-Wschodniej oraz ma ambicje i chęci by poświęcić swój czas na pomoc tym spoza marginesu społecznego, to zachęcam do zaglądnięcia na stronę TAF (tutaj) i poczytania więcej o wolontariacie w Laosie.

Tymczasem do usłyszenia!

niedziela, 9 listopada 2014

Szaleństwo festiwalu That Luang

W czwartek zakończył się trwający prawie tydzień That Luang Festival, który jest najważniejszym wydarzeniem religijnym (i nie tylko) w Wientianie, więc pomyślałam, że warto coś o tym skrobnąć na blogu.

Rozczaruje wszystkich, bo sama na festiwalu w tym roku nie byłam, więc zdjęć też nie będzie. Będzie za to krótka historia.

Zacznijmy od samego znaczenia festiwalu, który, jak nazwa wskazuje, odbywa się wokół złotej stupy That Luang. Impreza w tym roku zaczęła się już w zeszłą niedzielę. Obecnie mieszkam zaledwie kilka minut piechotą od złotej stupy, więc miałam okazję przyglądać się szaleństwu na drogach z własnego balkonu. Już od niedzieli ruch na mojej zazwyczaj spokojnej ulicy stał bardzo uciążliwy, żeby nie powiedzieć, prawie niemożliwy w późnych godzinach popołudniowych i wieczornych. Wszyscy, zarówno mieszkańcy Wientianu, jak również ludzie z okolicznych wiosek, tłumnie przybywali na festiwal. Religijna celebracja miała miejsce w czwartek rano (data festiwalu zmienia się co roku, bo wszystko zależy od fazy księżyca). Pozostałe dni to jedna wielka impreza z ogromną ilością piwa BeerLao.

Na wieczornej imprezie byłam 2 lata temu. Chaos i hałas jaki panuje wokół stupy podczas festiwalu jest nie do opisania. Pamiętam tłumy, śmieci, zapach piwa (i nie tylko) oraz krzyki sprzedających różne badziewia na swoich stoiskach. Wydawało się, że każdy próbował krzyczeć głośniej niż inni, wrzeszcząc niemiłosiernie do mikrofonów. Do tego wszystkiego trzeba dodać koncerty, skąd rozbrzmiewała nieludzko głośna laotańska muzyka. Na festiwalu byłam wtedy ze znajomymi Laotańczykami, którzy jakimś cudem znaleźli nam miejsce w jednym z ogródków piwnych. Zaledwie po dwóch piwach wypitych w hałasie, który ranił moje uszy, wszyscy chcieliśmy stamtąd uciekać, a ja najbardziej. Do dziś nie rozumiem na czym polega ta frajda. Upał, ogromna wilgotność, nieziemskie tłumy ludzi, smród, hałas, światła i ogólne zamieszanie nie brzmi chyba jakoś zachęcająco? A jednak Laotańczycy ciągną na festiwal jak mucha do miodu.

W zeszłym roku tuż przez festiwalem miałam mały wypadek na motorze, którzy skończył się min. skręconą kostką, więc cały festiwalowy okres spędziłam w domu ze spuchniętą nogą.

W tym roku też było bardzo pechowo. W czwartek chciałam się pokusić o wstanie rano (ok 5) i pójść pod stupę, żeby przyglądnąć się z bliska uroczystości wręczania mnichom darów. Niestety w przeddzień święta moja Maja pochorowała się i wyjściu z domu nie było mowy. Miała bardzo wysoką gorączkę, dochodzącą do ponad 40 stopni, więc monitorowałam ją przez całą noc, mierząc co godzinę temperaturę i podając podając Panadol. Przez to, że w nocy prawie nie spałam, doskonale widziałam co działo się na ulicy - chaos to mało powiedziane. Impreza skończyła się po 2 i ok 3 nad ranem w końcu zrobiło się cicho i spokojnie. Niestety spokojem nie cieszyłam się za długo. Już o 5 rano zaczęły nadjeżdżać samochody i motocykle. Inni pieszo wędrowali pod stupę. Szaleństwo zaczęło się od nowa i skończyło się dopiero koło południa.

Dziś w gazecie przeczytałam, że na festiwalu było więcej ludzi niż kiedykolwiek wcześniej. 650 policjantów było na służbie i pilnowało porządku przy stupie i drogach do niej prowadzących. Pod moim domem przez kilka dni wieczorami było ich przynajmniej 5. Według gazety "Vientiane Times", festiwal się udał. Wystrojone w jedwabne laotańskie spódnice i bluzki kobiety oraz równie odświętnie ubrani mężczyźni złożyli dary mnichom (ryż, cukierki, pieniądze, kwiaty, świeczki) w wierze, że przyniesie im to zdrowie i radość przez następny rok. Pozostaje mi życzyć im sok dee, czyli good luck!

Tak wyglądała moja ulica każdego wieczoru podczas festiwalu.
Normalnie to spokojna i niezakorkowana droga.

W lewym górnym rogu widać oświetloną złotą stupę That Luang. 

niedziela, 12 października 2014

Zakupy lokalne - po raz kolejny: tani Laos?

Po moim ostatnim poście rozpętała się burza na wykopie na temat cen w Laosie i tego, że jem importowane jedzenie dla, jak to ktoś pięknie określił, "białasów".

Zacznijmy od tego, że to co jem to moja sprawa. Tym, którzy wyjechali na parę tygodni do Azji i jedli uliczne jedzenie wydaje się, że w Azji wszystko TAKIE tanie. Oczywiście jedząc tylko lokalnie i śpiąc w niskobudżetowych hostelach można podróżować tu tanio, dużo taniej niż np. w Europie. Inaczej jednak wygląda sprawa kiedy się tu MIESZKA. Każdy ekspata jakiego znam łączy kuchnie lokalną z kuchnią zachodnią. Jak tu przyjechałam, to przez pierwsze miesiące zajadałam się laotańskim i tajskim jedzeniem. Po pewnym czasie jednak zaczyna się tęsknić za znanymi smakami. Naturalne jest więc, że człowiek powraca do tego co zna. Dodam również, że kuchnia laotańska jest bardzo specyficzna. Laotańskie jedzenie nie jest takie same jak tajskie, choć jest sporo podobieństw. Laotańska kuchnia jest przede wszystkim bardzo ostra, więc nie każdy się tu odnajdzie. Osobiście mogę powiedzieć, że jestem zawsze bardzo otwarta na nowe smaki i różne dziwne nieznane mi potrawy. O tym co dziwnego jadłam w Laosie pisałam tutaj. Proponuję przejrzeć listę tego co to próbowałam i zastanowić się dwa razy czy jestem snobem. Nie wspomnę już nawet, że większość komentujących nigdy w Laosie nie była, a piszą niemalże jak eksperci :)

Niektóre komentarze były naprawdę zabawne. Ktoś np. napisał, jak ja to mogę kupować sok w kartonie skoro mam tyle świeżych owoców i za grosze mogę kupić z wyciskanych owoców. Po pierwsze, w Polsce również są świeże owoce (jak wszędzie!), a ludzie też kupują soki w kartonie. Po drugie, sok z wyciskanych owoców kosztuje ok 10 tys kipów (4 zł). Litr soku, który kupiłam kosztował 16 tys kipów.

Inny idiotyczny komentarz, który tylko dowodzi, że większość komentujących nie miała bladego pojęcia co pisze, dotyczył obranego pomelo. No więc, najwyraźniej jestem leniwa, bo wolę przepłacać za obrane pomelo. Czyżby? To obrane pomelo kupiłam za 10 tys kipów (4 zł) od pana na ulicy, który sprzedawał kilka rodzajów owoców prosto ze swojego pick-upa. Dziś będąc na lokalnym targu owoców widziałam nieobrane pomelo za 12 tys kipów. Faktycznie przepłaciłam :) Dodam, że prawie wszędzie pomelo jest tu sprzedawane obrane.

Ktoś również napisał, że jakbym poszła na lokalny targ, to tak bym się obkupiła, że bym nie uniosła zakupów. Czyżby?

Podam dziś ceny warzywa i owoców. Zakupy zrobione na lokalnym targu. Na targu z owocami były ceny, więc nie było możliwości, żebym przepłaciła, co zdarza się tu obcokrajowcom cały czas.


Powyżej mamy zakupy zrobione na targu warzywnym. Mamy tu malutką kapustę, pomidorki koktajlowe, ogórka, daikon (tzw. chińską rzodkiewkę), tutejsze fasolki i dwie limonki. Same produkty lokalne. Cena 18 tys kipów ( 7,60 zł).


A oto i zakupy z targu z owocami. Jest kokos (tak zawsze jest obrany i rurka jest za darmo), dragon fruit, dwa żółte mango i melon cantaloupe. Znów, same produkty lokalne. Cena 40 tys kipów (16 zł). Teraz zadajcie sobie pytanie: Ile lokalnych, sezonowych owoców kupicie w Polsce za 16 zł?

Czy to są niskie ceny? Zależy dla kogo, ale na pewno nie dla Laotańczyka, który zarabia 100 dolarów - co jest średnią laotańską pensją. Mięso na na targu jest niewiele tańsze niż mięso w Polsce, dlatego większość Laotańczyków musi się zadowolić podrobami. Na wsiach, ludzie polują na ptaki, dziką zwierzyną i łowią ryby.

Chyba temat cen produktów spożywczych w Laosie wyczerpałam. Ja w każdym razie czuję się wyczerpana i temat zamykam :) Udanych zakupów, gdziekolwiek jesteście!

sobota, 11 października 2014

Dzień Nauczyciela i prezent jakiego się nie spodziewałam

O Dniu Nauczyciela w Laosie pisałam już 2 razy, więc nie chcę się za bardzo powtarzać, ale w tym roku jeden prezent totalnie mnie zaskoczył.

Były słodycze, suszone wodorosty, materiały na laotańskie spódnice, notatniki, śmieszna jaskrawo zielona koszula, "eleganckie" opakowanie z chusteczkami higienicznymi, wieczne pióro z atramentem (nie używałam takiego od czasu podstawówki!) i power bank (przenośna ładowarka - tak chyba to się nazywa). Takich prezentów mniej więcej się spodziewałam i ze wszystkich się cieszyłam, niezależnie od wartości materialnej.


Był jednak jeszcze jeden prezent - koperta. Na kopercie były życzenia napisane po laotańsku, a w środku pieniądze. Dostałam od ucznia 2000 baht, co w przeliczeniu na złotówki daje ok 200 zł. O tym, że nauczyciele czasami dostają pieniądze od uczniów w Dniu Nauczyciela słyszałam, ale jakoś nie sądziłam, że mi też się to przytrafi.

Co właściwie taki prezent oznacza i czy wypada go przyjąć. W tutejszej kulturze taki prezent trzeba przyjąć, inaczej byłoby to źle widziane. To, że rodzic (przez ucznia) daje nauczycielowi pieniądze, to wyraz szacunku, więc nic tylko się cieszyć. No to się cieszę :)

niedziela, 5 października 2014

Laos NIE jest tani

Dostaję sporo maili z pytaniami o ceny w Laosie, więc o kosztach życia w Laosie dziś będzie.

Jak przyjeżdżają turyści z Australii lub Wielkiej Brytanii to czują się jak w raju - wszystko jest tańsze! Z naszej, polskiej, perspektywy sprawa wygląda zupełnie inaczej....

Zacznijmy od tego, że u naszego sąsiada, w Tajlandii, koszty życia są niższe w Laosie. Tutaj naprawdę tanie są 4 rzeczy: papierosy, banany, kawa i ryż. I jeszcze oczywiście papaja. Wiele osób wyobraża sobie, że życie w takim biednym rozwijającym się kraju jest bardzo tanie. Nic bardziej mylnego.

Dla przykładu podam ceny produktów, które dziś kupiłam 

To co widzicie na zdjęciu, to dzisiejsze zakupy za ok 40 zł.

Zacznijmy od tego co najtańsze:

1. paczka laotańskich papierosów - 8 tys kipów (3,20 zł)
2. kiść bananów (10 sztuk) - 5 tys kipów (2 zł)
3. tubka wasabi - 10 tys kipów (4 zł)
4. butelka coli - (450 ml) - 5 tys kipów (2 zł)
5. chleb tostowy - 10 tys kipów (4 zł)
6. świeże bułeczki (osobiście znam tylko jeden sklep, który ma takie dobre pieczywo) - 3,500 kipów za jedną (1,40 zł)
7. obrane pomelo średniej wielkości - 10 tys kipów (4 zł)
8. sok winogronowy 1 litr - 16 tys kipów (6,40 zł)
9. płatki Nestle (mała paczka 170 gramów) - 24 tys kipów (9,60 zł)

Dodam jeszcze ceny kilku innych popularnych dla nasz produktów spożywczych:

1. litr mleka - 15 tys kipów (6 zł)
2. 250 gramów sera żółtego (importowanego, lokalnych nie ma) - ok 40 tys kipów (16 zł)
3. 200 gramów salami (znalezione w wietnamskim sklepie) - 48 tys kipów (19,20 zł)
4. czteropak Monte dla dzieci (również w wietnamskiego sklepu - 25 tys kipów (10 zł)
5. ogórki konserwowe (ku wielkiej radości Mai też ze sklepu powyżej) - 10 kipów (4 zł). Słoik 720 ml, więc tanio!
6. puszka mielonki wołowej 170 gramów - 13 tys kipów (5,20)
7. piwo Beerlao w sklepie - 8 tys kipów. Butelka ma 640 ml!
8. repelent na komary (spray lub mleczko 80 ml) - 17 tys kipów (6.80 zł). Ostatnio u Wietnamczyków kupiłam 70 ml mleczko za 13 tys.

Piwo w laotańskim beer gardenie będzie kosztować ok 10 tys kipów (4 zł)- w tych lepszych i bardziej popularnych więcej. Nad Mekongiem, czyli w dzielnicy turystycznej, butelka będzie nas kosztować ok 15 tys kipów. W ekskluzywnych restauracjach zapłacimy przynajmniej 20 tys kipów.

Kawa w noodle shop'ach i tanich knajpkach kosztuje 10 tys kipów. Piszę o cenach iced coffee, ale na ciepło oczywiście kosztuje tyle samo, ja po prostu ze względu na pogodę piję zawsze kawę z lodem. Nad Mekongiem, w restauracjach, kawa będzie nas kosztować ok 15 tys kipów. "Wypasione" kawiarnie serwują kawę (trzeba przyznać, że jest rewelacyjna) za ok 20 tys kipów.

Kawa w jednej z moich ulubionych kawiarenek za 18 tys kipów

Tradycyjna laotańska zupa noodle soup będzie na ulicy (w tak zwanych noodle shops) kosztować od 10 do 15 tys kipów (4 do 6 zł).

Za europejskie śniadanie na mieście zapłacimy ok 25 tys kipów (10 zł), z wyjątkiem Kung's Cafe (o której pisałam tutaj), gdzie na jajecznicę z bagietką wydamy 10 tys kipów.

Western style breakfast za 25 tys kipów (10 zł)

Najtańszą laotańską potrawą oprócz zupy, będzie ryż smażony z warzywami i kurczakiem lub krewetkami. Dodam, że nie ma co liczyć na dużą ilość protein. Takie danie w laotańskiej knajpce powinno kosztować ok 15 tys kipów.

Ceny w restauracjach nad Mekongiem są wyższe i wahają się od 35 do 60 tys kipów. Oczywiście droższe też znajdziemy. Plusem jest duża różnorodność kuchni, od laotańskich, przez tajskie, chińskie, indyjskie, japońskie i wszelako rozumiane "zachodnie". Tańszą alternatywą jest jedzenie na targu nocnym nad Mekongiem - tylko jest trzeba na stojąco, lub zabrać je do domu.

Fried wontons - taki rodzaj smażonych pierożków. Pycha! Cena 35 tys kipów (14 zł)

Obiad w domu. Grillowana ryba kupiona na targu za 25 tys kipów (10 zł)
Do picia jakaś chińska ziołowa herbata (oczywiście z lodem) - 5 tys kipów. 
Pomidorki koktajlowe są w Laosie bardzo tanie.

Jedna z moich ulubionych laotańskich przekąsek.
Niedojrzałe (kwaśne) mango z cukrem i chilli :)
5 tys kipów - 2 zł

Mieszkania też nie są tanie, jeśli myśli się o zachodnich warunkach. Motocykle są droższe niż w Tajlandii jak i również jazda tuk-tukiem. Samochody są dużo droższe niż Polsce. 

Tani Laos? Niekoniecznie :) Oczywiście mówię tu o cenach w stolicy, po za miastem, w wioskach, będzie taniej, ale tam można już zapomnieć o kupnie sera, salami czy innych zachodnich dobroci spożywczych. 

Dla pocieszenia powiem, że noclegi w różnego rodzaju guesthousach są kilkakrotnie tańsze niż np. w Europie. Podróżować po Laosie DA się tanio, ale jak się tu mieszka to sprawa zaczyna wyglądać trochę inaczej, bo przecież ile można jeść noodle soup, albo sticky rice z pastą chilli? ;) 

Za to słońce mamy za darmo, przez cały rok :)

czwartek, 25 września 2014

Chiński geniusz

Miało być o genialnym Chińczyku, ale zanim przejdę do mojego Chińskiego ucznia, parę słów o mojej pracy w nowej szkole.

Obecnie uczę w dobrze znanej w Wientianie międzynarodowej szkole. Przydzielono mi 5 klasę podstawówki. Jako wychowawca, uczę większość przedmiotów, w tym angielski, matematykę, biologię i plastykę. Plastyka to nowość dla mnie, ale przyznam, że lekcje plastyki sprawiają mi wielką frajdę. Po raz pierwszy, wszyscy moi uczniowie mają opanowany angielski na poziomie komunikatywnym, wszyscy też potrafią czytać i pisać po angielsku. To zdecydowanie poprawia jakość pracy. Do tego mam tylko 16 uczniów w klasie, więc nie mogę narzekać. Godziny pracy są również wielkim plusem. Pracuję od 8 do 13:30. W tym mamy godzinną przerwę na lunch. Piątek jest jeszcze lepszy, bo mam tylko pierwsze 3 lekcje i jestem wolna już o 11:30, Co może piękniejszego w pracy niż rozpoczynanie weekendu w piątek przez południem?

Ale wracając do tematu. Już na pierwszej lekcji matematyki mój Chiński uczeń pokazał, że nie jest przeciętnym uczniem.
Jest lekcja matematyki. Ćwiczymy pisemne dodawanie i odejmowanie liczb wielocyfrowych w słupkach. Zapisałam całą tablicę i kazałam uczniom rozwiązać wszystkie zadania. Sama usiadłam przy biurku i zaczęłam liczyć na kalkulatorze, żeby mieć wcześniej gotowe odpowiedzi. Nie doszłam nawet do połowy, kiedy Chińczyk podnosi rękę. Yes? pytam. Teacher, I've finished, odpowiada. Jak to? Pytam, czy chodzi mu o to, że skończył przepisywać z tablicy. Nie, rozwiązałem już wszystkie zadania. Zamurowało mnie. Pytam dzieci w klasie, czy on zawsze tak szybko liczy. Uczniowie mówią mi, że jest najlepszy z matematyki.... i że jest szybki jak kalkulator. No cóż, przez parę kolejnych miałam okazję przekonać się, że jest szybszy niż kalkulator, albo przynajmniej szybszy niż ja używając kalkulatora. Teraz doszliśmy do mnożenia i dzielenia liczb wielocyfrowych. Jak podchodzi do tablicy, to dodaje, odejmuje, mnoży i dzieli z taką prędkością z jaką ja normalnie piszę na tablicy przepisując przykłady z książki. Fascynujące mieć takiego młodego geniusza w klasie. Dodam, że w innych przedmiotach też jest w czołówce i do tego przepięknie rysuje!

U góry 4 kroki, które pokazują jak narysować psa.
Poniżej pies narysowany przez Chińczyka, krok po kroku.

Na następnej stronie uczniowie mieli narysować tego samego psa w różnych pozycjach, 
np. idącego lub siedzącego. No to Chińczyk narysował pieski... wprowadzając parę zmian!

Kto tu kogo powinien uczyć plastyki....? ;)

wtorek, 16 września 2014

Laos vs. Brazil - Mecz Przyjaźni

W ubiegłą sobotę miało miejsce wielkie wydarzenie sportowe w Wientianie. Na stadionie Chao Anouvong Narodowa Reprezentacja Laosu w piłce nożnej zagrała przeciwko piłkarzom z Brazylii. Do Laosu nie przyjechała obecna Reprezentacja Brazylii, a jej byli piłkarze, innymi słowy emeryci ;)

Brazil Play Fair Team zagra/zagrała jeszcze parę meczy z innymi krajami Azji Południowo-Wschodniej, min z Kambodżą.

Według Tajskich mediów, dla Laotańczyków mecz miał być okazją do uczenia się techniki od doświadczonych Brazylijczyków.

Na mecz wybrałam się ze znajomymi z pracy. Moja koleżanka stwierdziła, że powinnyśmy zakupić jakieś piwo przed meczem. Ktoś nam powiedział, że butelek nie można wnosić na stadion, ale z puszką można przyjść. Zakupiłyśmy 4 małe puszki Beerlao i udałyśmy na mecz. Na miejscu okazało się, że żadnych napojów nie można wnosić z zewnątrz. Moja znajoma, która po laotańsku nieźle sobie radzi, tłumaczyła, że już kupiłyśmy i nie mamy co z tym zrobić i że to tylko puszki, a nie butelki, a puszki to bor pen yang - czyli puszki = no worries. O dziwo wpuścili nas, ostrzegając jednak, że może nas w środku zatrzymać policja i skonfiskować nasze napoje. Nic takiego się nie stało. Przechodziłyśmy obok ochrony, policji i innych pracowników na stadionie i nikt nie zwrócił uwagi na naszą siatkę z piwami. Nie byłyśmy jedyne z własnymi piwkami. Wiele moich koleżanek przemyciła puszki z piwem w torebkach, których nikt nie sprawdzał. Ochrona jak przystało na Laos.

Na miejscu okazało się również, że nasi znajomi siedzą w sektorze dla Vipów, a my miałyśmy zwykłe bilety. Pani z ochrony nie tłumaczyła, że mamy nie takie bilety i nie możemy siedzieć z przyjaciółmi. Wtedy podeszła do nas dziewczyna mojego była szefa (Laotanka, również moja była asystentka), który już mnie wypatrzył i machał z daleka. Nie bardzo wiem co powiedziała kobiecie z ochrony, ale po lekkim namyśle, trochę niechętnie wpuściła nas. Oczywiście nikt z moich znajomych nie miał vipowskich biletów.

Zanim mecz się zaczął posłuchaliśmy hymnu laotańskiego (który dobrze znam, bo w szkołach uczniowie śpiewają go w każdy poniedziałek) i brazylijskiego. Mój były szef, stwierdził, że to nie był hymn brazylijski i że pewnie go YouTube ściągnęli... Nie wiem, bo hymnu Brazylii nie znam, ale nie zdziwiłabym się jakby Laotańczycy faktycznie coś pomieszali.

Niemniej jednak mecz rozpoczął się, powiedzmy, o czasie. Jeśli dobrze pamiętam, to pierwszą bramkę Brazylijczycy zaliczyli w pierwszej połowie. Ciekawie zrobiło się jednak w czasie przerwy. Wraz z koleżanką, Francuską, postanowiłyśmy przyjrzeć się panom z Brazylii z bliska i popstrykać trochę fotek. Jak się można było spodziewać, nikt z ochrony nas nie zatrzymał i bezproblemowo dotarłyśmy do ławki, na której odpoczywali piłkarze z Brazylii. Najpierw niepewnie robiłyśmy im zdjęcia, a kiedy okazało się, że nie mają nic przeciwko temu, same ustawiałyśmy się do zdjęć z nimi. Według mojego znajomego, piłkarz, z którym zrobiłam sobie zdjęcie jest bardzo znany. Może ktoś z Was kogoś rozpozna, bo piłką się nie za bardzo interesuję... ;)

Ach, prawie zapomniałam o wyniku :D Mecz przegraliśmy. Brazylia wygrała 2:0.









Dodam jeszcze, że piłka nożna jest sportem nr. 1 w Laosie. Piłkarze są jednak marnie opłacani i nie mają wystarczająco często treningów. Po za sezonem piłkarskim większość pracuje w innych zawodach. 

czwartek, 4 września 2014

Powrót do Laosu III

Tak, jestem znów w Laosie! Niewiele ponad dwa tygodnie temu wróciłam utęskniona do kraju, który stał się moim drugim domem.

Jak już pisałam kiedyś, w kwietniu, po tym jak dostaliśmy upragnioną australijską wizę stałego pobytu, wyjechaliśmy do Australii. Musieliśmy rzucić pracę w trakcie roku szkolnego, zapakować nasz dobytek i po raz kolejny się przeprowadzić. Decyzję o wyjeździe do Australii odwlekaliśmy ile się dało. W końcu trzeba było jednak to zrobić. Do Australii musieliśmy wyjechać, żeby aktywować naszą wizę, inaczej by przepadła.

O Australii na pewno napiszę osobny post - teraz powiem tylko, że bardzo tam zmarzłam :) Obecnie jestem znów w Laosie i muszę powiedzieć, że to trochę jak powrót do domu. Nie przypuszczałam, że będę tak tęsknić za tym krajem. Laos z pewnością ma swoje wady. Komary przez cały rok, 24 godziny na dobę. Kiepska służba zdrowia. Fatalne drogi. Wszędobylski pył lub błoto - w zależności od pory roku. Słaby internet. Pijani kierowcy na drogach. A ostatnio braki w dostawie prądu z powodu nadal trwającej pory deszczowej.

Za czym więc tak tęskniłam? Za ludźmi. Za pogodą. Za pracą i uczniami. Za niedrogim jedzeniem. Za tanim i pysznym piwem. Za beer garden'ami na każdym rogu. Za piękną przyrodą. Za możliwością podróżowania po Azji za niewielkie pieniądze. Za luźną backpackersko-hipisowską atmosferą. I za wolnością. Tak, w komunistycznym Laosie jest więcej swobody niż w Polsce czy Australii. To wszystko sprawiło, że pokochałam Laos i życie jakie mogę tu wieść.

Do Laosu wróciliśmy rankiem 18 sierpnia i jeszcze tego samego dnia poszliśmy do pracy. Znów nowa szkoła, nowi nauczyciele, nowi uczniowie i nowe wyzwania. Więcej o tym jak wygląda teraz moja praca i o genialnym Chińczyku w mojej klasie w następnym poście!

Laos jest piękny.
Zdjęcie ukradłam z fejsbukowego fanpejdża Beelao ;)

środa, 6 sierpnia 2014

Najtańsza whisky na świecie?

Dziś o alkoholu w Laosie. Niby już wspominałam coś o laotańskiej whisky i o BeerLao też, ale nadszedł czas na porządny wpis podsumowują moją wiedzę na temat alkoholu w Laosie.

Zacznijmy od narodowej dumy Laosu, piwa BeerLao. To nie tylko najpopularniejsze piwo w kraju, ale również styl życia. W Laosie piwo piją wszyscy, mężczyźni, kobiety, starzy i młodzi. Piwo BeerLao jet nieodłączną częścią laotańskiego życia, pije je się wieczorem po pracy, na urodzinach (które młodzi coraz częściej świętują), na zaręczynach, na weselu, czy na pogrzebie. Właściwie, pije się je przy prawie każdym spotkaniu. A jak się pije piwo w Laosie? Z lodem. Zawsze z lodem! Wydawać się to może dziwne, ale sens picia piwa z lodem zrozumiemy w jeden dzień. Pogoda. Tropikalny klimat Laosu objawia się upałami przez większą część roku, a w takich warunkach piwo z lodówki po paru minutach ma temperaturę przestygłej zupy. Więc lód to podstawa.



Na piwo trzeba jednak mieć pieniądze. Butelka BeerLao (640 ml) kosztuje w sklepie 8000 kipów (równowartość jednego dolara). W knajpach ceny wahają się między 10000 a 15000 kipów. Wydaje się niewiele, ale nie każdego Laotańczyka stać na piwo. Ci, których na piwo nie stać, piją whisky. Laotańską whisky, oczywiście. Najpopularniejszą whisky jest lao-Lao, którą Laotańczycy prezentują z dumą. Lao-Lao to 40% (lub więcej) ryżowa whisky o bardzo wyrazistym smaku. Lao-Lao oznacza laotański alkohol. Piją go nie tylko biedni, ale także starsi, którzy czasami dorzucają różne zioła przy wyrobie whisky i piją ją wtedy jako lekarstwo. Proces fermentowania ryżu (który wcześniej jest gotowany na parze) zajmuje ok 2 do 3 tygodni. Następnie sfermentowany ryż jest gotowany. Cały proces trwa niecały miesiąc. Osobiście lao-Lao nie lubię. W zeszłym roku na wigilię zamówiłam sobie w restauracji Lao-Lao Mojito i niestety nawet spora ilość limonki i mięty nie była wstanie zniwelować ostrego smaku laotańskiej whisky. A teraz najważniejsze, czyli cena za lao-Lao. Butelka 700 ml kosztuje ok 8000 kipów, ale upić się możemy już za 5000 kipów (dokładnie 2 złote) kupując 330 ml butelkę, która kształtem do złudzenia przypomina butelkę naszego „Kubusia”. Czy to najtańsza whisky na świecie? Być może. Ja w każdym razie nie znam kraju, w którym za 2 złote zafundujemy sobie kaca na drugi dzień.

Na zdjęciu laotańska whisky za 8000 kipów. Nie jest to lao-Lao, ale według mnie jest o wiele lepsza. Laotańczycy piją zawsze z Pepsi lub Colą i oczywiście z lodem.


Do lao-Lao można dodać również inne atrakcyjne składniki, jak np. wąż czy skorpion, lub oba naraz. Rok temu zakupiłam 2 takie butelki przed wyjazdem na wakacje do Polski. Nie wszyscy byli chętni do spróbowania tego dziwnego trunku, a inni po jednym łyku mieli dość. Nie ma się co dziwić, bo alkohol zdecydowanie ma zapach i smak padliny (nie żebym kiedyś w życiu jadła padlinę ;)). Laotańska nazwa na taki alkohol z zatopionymi zwierzętami to Lao dorng ya, co po laotańsku oznacza sfermentowany alkohol z lekarstwem. Tylko na co takie lekarstwo pomaga, ja się pytam?


Laotańska whisky w pięknych laotańskich kieliszkach 

No i wypiłam :)

Jedno jest pewne, jak w poszukiwaniu taniego alkoholu, to do Laosu. Na zdrowie!

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Czym Laos zachwyca?

Laos jest często nazywany perłą Azji Południowo-Wschodniej. W Polsce mało kto słyszał o Laosie, a już na pewno niewielu rozważa ten kraj jak potencjalną destynację turystyczną. A szkoda, bo to wyjątkowy kraj o głęboko zakorzenionych tradycjach, pięknych świątyniach, spektakularnej przyrodzie i przede wszystkim, to kraj wiecznie uśmiechniętych ludzi. 

Zapraszam do oglądnięcia 50 minutowego dokumentu o Laosie. Podróż zaczyna się w stolicy, skąd ekipa filmowa kieruje się na północ Laosu. Troszkę szkoda, że nie ma nic z południa, choćby wspaniałej jaskini Kong Lor Cave (o jaskini tutaj), niesamowitej Wat Phu (opis) czy sielankowych wysp na Mekongu (wyspa Si Phan Don). Nie mniej jednak, film warty zobaczenia. Polecam! Laos Travel Video Guide - dostępny na YouTube. 

poniedziałek, 14 lipca 2014

Oferta pracy w Laosie

Napotkałam dziś ciekawe ogłoszenie na lokalnym forum. Oferta pracy pracy w Laosie. Dodam, że tego typu ogłoszenie widzę po raz pierwszy. To co, ktoś chętny? ;)

Falang needed for Guesthouse/restaurant

We are currently in need of a Westerner who is reliable, self motivated and trustworthy to take on the management of a mid-priced guesthouse and setting up and running of a restaurant.

- Located in Pakbeng, Oudomxay Province, a stop-over point for all slow boats on the Mekong.
- English is a must, French or German would be useful but not necessary.
- Ability to speak some Lao would be beneficial on a personal level, but is not necessary.
- Must be self motivated and willing to live in a small town. Very beautiful, but also remote.
- No experience with guesthouse operations required, however, restaurant experience of any sort would be beneficial.
- Immediate start.

If interested, please contact Alex Chitdara at info@shompoocruise.com or call Ian Scott on 020 9983 0237

piątek, 11 lipca 2014

Surrealna wizyta w laotańskim banku

Owa dziwna wizyta, o której dziś napiszę, miała miejsce ponad pół roku temu, więc będę musiała trochę sięgnąć pamięcią wstecz.

Pewnego dnia leniąc się w pracy (lenię się tylko jak mam okienko ;)), zorientowałam się, że w portfelu nie mam już żadnej gotówki i koniecznie muszę skoczyć do banku. Bank był dosłownie za rogiem, a czasu miałam jeszcze sporo do kolejnej lekcji. Właściwie to szłam tylko do bankomatu, który mieścił się przed bankiem.

Na miejscu zdałam sobie sprawę, że w moim portfelu nie ma karty bankomatowej. Czy zostawiłam kartę w domu? Nie, przecież nie wyciągałam w ogóle karty z portfela. Czyli zgubiłam. Niedobrze. Trzeba iść do banku i coś z tym zrobić. Przecież potrzebuję pieniędzy. Czy mam ze sobą paszport, żeby mogli mnie zidentyfikować? Nie. No cóż, zobaczymy co powiedzą w banku.

Idę do okienka i mówię do pani za szybą, że potrzebuję wypłacić pieniądze, ale chyba zgubiłam kartę do bankomatu. Pani z okienka uśmiecha się. Ile chce pani wypłacić? Yyyy... wszystko. Ok, czy ma pani książeczkę do banku? Książeczkę, jaką książeczkę? Nie, nie mam. Nigdy nie miałam żadnej książeczki. Pani z okienka znów się uśmiecha, sprawdza coś na komputerze, po czym podaje mi małą karteczkę i długopis. Mówi mi ile mam pieniędzy na koncie, a ja szybko zapisuję. Każe mi się poniżej podpisać. No to się podpisuję i oddaję pani z okienka karteczkę. Ale proste, myślę sobie. Nawet o paszport mnie nie zapytała. Cieszę się, a przecież powinnam się martwić, że tak łatwo można opróżnić moje konto!

Czekam chwilkę, po czym pani z okienka mnie informuje, że niestety mój podpis się nie zgadza. Ale zaraz zaraz, jak to się nie zgadza? Z czym się nie zgadza? Okazuje się, że przy zakładaniu konta (które właściwie załatwiała za mnie szkoła) podpisałam jakiś papier. Pani z okienka chce żebym podpisała się jak tym papierze. Pytam ją czy żartuje. Przecież konto było założone ponad pół roku temu i nie mam pojęcia jak się gdzieś tam podpisałam.

Na szczęście rezolutna pani z okienka wpada na genialny pomysł. Co zrobić jak klient nie pamięta swojego podpisu? Pokazać mu zeskanowany podpis na komputerze. Tak więc pani z okienka obraca ekran monitora w moją stronę i pokazuje mi dokument z moim podpisem. Patrząc na komputer kopiuję swój własny podpis. Gotowe!

Pani studiuje mój podpis porównując z tym na jej ekranie. Przykro mi, ale pani podpis jest inny. Inny? Jak to inny? Przecież jest taki sam! Może spróbuje pani jeszcze raz? Ok, spróbuję. Spróbuję też nie dostać szału, mówię do siebie.Tym razem z większą dokładnością przepisuję mój unikatowy podpis. Znów chwila niepewności kiedy pani z okienka śledzi każdą literę obu podpisów. Niestety, ale znów się nie zgadza... Teraz już robi się gorąco w klimatyzowanym banku. Proszę pani to JEST mój podpis. Nie da się napisać każdej litery dwa razy dokładnie to samo! To jakiś absurd, a ja nie mam czasu na podpisywanie się 100 razy i muszę zaraz wracać do pracy! Pani z okienka postanawia pozbyć się problemu (czyli mnie) i prosi, żebym udała się do pani na przeciwko.

Powtarzam cały proces kopiowania własnego podpisu - bardzo się staram, naprawdę chcę moje pieniądze! Nowa pani bierze moją karteczkę i palcem śledzi każdą literę porównując je z moim podpisem na swoim na monitorze. Nie mogę uwierzyć kiedy zauważam, że nowa pani sprawdza każdy ogonek, wielkość, kształt i nachylenie każdej litery. Czuję się jak na innej planecie. Mam ochotę krzyczeć. Przecież to nie alfabet laotański! Nasze duże A może być napisane na wiele sposobów. Może być spiczaste lub zaokrąglone u góry. Może mieć ogonek lub nie. Może być szerokie lub wąskie. No cóż, być może, ale nie w laotańskim banku. Nowa pani stwierdza, że moja kreseczka w A jest krótsza niż moja kreseczka w A na jej monitorze. Czy mogłaby pani przedłużyć tę kreseczkę? Czuję się już totalnie odrealniona, wyłączam racjonalne myślenie i przedłużam kreseczkę w A. Usatysfakcjonowana pani wypłaca mi moje pieniądze. Wychodzę z banku. Co za ulga.

Potem dochodzę do wniosku, że chyba nie będę w banku trzymała większej gotówki ;)

Ps. Wieczorem znajduję w domu swoją kartę bankomatową ;)

Ach ten Laos :)

sobota, 5 lipca 2014

Wodospady Tad Xai

Dla tych, którzy w Wientianie planują dłuższy pobyt i chcieliby udać się za miasto, żeby cieszyć się spokojem na łonie natury, polecam wycieczkę do Parku Narodowego Phu Khao Kuay. Jest to zdecydowanie niedocenione i prawie nieodkryte jeszcze przez turystów miejsce. Phu Khao Kuay (Buffalo Horn Mountain) to ogromny zalesiony teren z trzema rzekami spływającymi z wapiennych gór, dwoma wodospadami i dzikimi zwierzętami takimi jak słonie, gibony, azjatyckie niedźwiedzie czy lamparty. Zwierząt nie wiedziałam (z wyjątkiem ogromnych pięknych motyli), ale wodospady tak. O szalonej wycieczce nad wodospad Tad Leuk (pisane też Tat Leuk) opowiadałam tutaj.

Dziś będzie o drugim wodospadzie. Wycieczka była zdecydowanie mniej zwariowana, bardziej komfortowa i krótsza. Nie mniej jednak, równie udana. Nad wodospad Tad Xai (również Tat Xai) wybraliśmy się z naszymi znajomymi. Był pełny komfort, a właściwie luksus, bo znajomi mieli własnego minivana. Czasem przyjemnie jest nie musieć się tłuc laotańskimi autobusami ;)

Taka jednodniowa wycieczka to wspaniały sposób na zwiedzanie Laosu bez turystów - off the beaten track, jak to mówią. Spokój, cisza i piękno natury tylko dla nas. No i nie można zapomnieć o pływaniu pod wodospadem - rewelacja!





Wspinanie na szczyt wodospadu też zaliczyliśmy.
Dodam, że byliśmy tam na początku pory suchej - w porze deszczowej taka zabawa byłaby raczej niebezpieczna.



A tu, odrobinę dalej, jesteśmy na szczycie wyschniętego wodospadu.
Widok w dół może przyprawiać o lekki zawrót głowy ;)


Phu Khao Kuay znajduje się jakieś 50 km od Wientianu. Żeby jednak dotrzeć nad wodospady trzeba przejechać ok 100 km. Nam samochodem zajęło to niecałe dwie godziny. Autobusem można dotrzeć do pobliskiej wioski Ban Thabok (droga nr 13) skąd parę kilometrów trzeba pokonać pieszo. Inną alternatywą jest wycieczka na motocyklu. W porze deszczowej nie polecam jednak niedoświadczonym motocyklistom. 

piątek, 27 czerwca 2014

Tanie loty do Laosu

No właśnie, czy do Laosu można z Polski tanio lecieć? I tak i nie. Loty do Laosu nie są szczególnie tanie, bo nie jest to najbardziej popularna destynacja turystyczna. Co więc zrobić? Lecieć do Bangkoku.

Loty z Polski do Bangkoku bywają naprawdę tanie - warto szukać promocji w internecie. Dolatujemy do BKK i co dalej? Jeśli jesteście w BKK po raz pierwszy, to zdecydowanie polecam zatrzymać się tam na 2 lub 3 dni i pozwiedzać. Tak czy siak, następnym krokiem będzie podróż pociągiem do Nong Khai, małego miasteczka przy granicy tajsko-laotańskiej. Polecam podróż pociągiem nocnym, bo podróż trwa ok 12 godzin. Ceny różnią się. Wagon sypialny z kuszetkami to konieczność, inaczej podróż może być baaardzo uciążliwa (wiem z doświadczenia - 15 godzinna podróż Chiang Mai -BKK). Stacja kolejowa w BKK nazywa się Hualamphong Train Station.

Wczesnym rankiem dojeżdżamy na stację kolejową w Nong Khai, skąd tuk-tukiem udajemy się prosto do granicy - zaledwie parę km. Kupujemy wizę (jeśli nie mamy) i po przejściu granicy znajdujemy zielony autobus z numerem 14 (zaraz przy granicy!!!) i za 6000 kipów (2,40 zł) jedziemy pół godziny na dworzec główny w Wientianie. Prosto i przede wszystkim tanio, dużo taniej niż samolotem!

Informacje praktyczne o tajskich kolejach:

Do wyboru mamy 3 klasy:

Klasa 3:
Miejsca siedzące bez klimatyzacji - cena 258 bahtów. Najtańsza opcja, ale raczej jej nie polecam.

Klasa 2:
Wagon tylko z miejscami do siedzenia, z klimatyzacją - cena 498 bahtów, bez klimatyzacji - 388 bahtów.
Trochę droższa opcja, której również nie polecam.

Wagon sypialny, z klimatyzacją - cena 708/778 bahtów (górne/dolne łóżko), bez klimatyzacji - 448/538 bahtów (górne/dolne łóżko). Najlepsza opcja, według mnie, to wagon bez klimatyzacji - dolne łóżko. W nocy zawsze jest chłodniej i uważam, że bez klimy przy otwartym oknie można komfortowo spać. Dolne łóżko jest lepsze z 2 powodów. Raz, jest większe. Dwa, jest przy oknie (w odróżnieniu od górnego łóżka). 538 bahtów (około 50 zł) to świetna cena za tak daleką podróż i nocleg w jednym.

Górne łóżko w wagonie sypialnym bez klimatyzacji.
Nie wygląda może zachęcająco, ale jest bardzo wygodnie!

Klasa 1:

Wagon sypialny z klimatyzacją - cena 1217 bahtów. Klasą pierwszą podróżowałam tylko raz i tylko z konieczności (brak miejsc w wagonach sypialnych w klasie 2). Klasa 1 ma prywatne przedziały. W przedziale są dwa rozkładane łóżka, stoliczek i umywalka. Według mnie, szkoda kasy na takie "luksusy". Klasa 2 mi zupełnie wystarcza.

Według obecnego rozkładu pociągi z BKK do Nong Khai odjeżdżają o 18:30 (tylko klasa 2), 18:40 (klasa 2 i 3) i o 20:00 (klasa 1, 2 i 3).

Ostatecznie, jeśli przyjeżdżacie późno w nocy i nie chcecie nocować w BKK, możecie poczekać na dworcu kolejowym i jechać rano o 8:20 do Udon Thani, skąd będzie musieli jechać godzinę autobusem do Nong Khai.

Więcej informacji o tajskiej kolei tutaj.

piątek, 13 czerwca 2014

Kong Lor Cave - laotański raj

O jaskini Kong Lor dowiedziałam się stosunkowo niedawno. Kiedy natrafiłam w internecie na Tham Kong Lor w oczach rozbłysnęły mi iskierki. O tak! Tego miejsca nie odpuszczę. Muszę tam pojechać. Pozostało czekanie na dłuższe wolne w pracy.

Okazja natrafiła się na początku marca. Wolny piątek z okazji Dnia Kobiet - ach te uroki komunizmu ;) Trzy dni wystarczą. Postanowione.

Nocleg - bungalow, który zarezerwowałam zapowiadał się obiecująco, więc ekscytacja była wielka. Zakupiliśmy bilety na autobus, spakowaliśmy się i w drogę!

Przy kupowaniu biletów, chłopak w biurze podróży, na pytanie, czy będzie klimatyzacja w autobusie, powiedział, czasem jest, a czasem nie ma. Aha. Podróż miała trwać 6-8 godzin, a marzec jest baaardzo gorącym miesiącem w Laosie - temperatury oscylują w okolicy 35 stopni w ciągu dnia i powyżej 25 w nocy. Mieliśmy więc wielką nadzieję, że natrafimy na autobus z AC.

Los nam sprzyjał. Na dworcu, rankiem o 10, czekał autobus w całkiem niezłym stanie i, na nasze szczęście, z klimatyzacją. W autobusie spotkaliśmy parę Polaków, a to coś co nieczęsto zdarza się w Laosie! Czyżby jaskinia była już tak popularna?

Dwa dni wcześniej zadzwoniłam, żeby zrobić rezerwację noclegu. Właściciel skromnego resortu Sala Kong Lor Lodge powiadomił mnie, że przyjedzie nas odebrać jak będziemy na miejscu - raczej niespotykana praktyka w Laosie, ale jakże miła. Czy tu możliwe, że na wsi Laotańczycy są jeszcze sympatyczniejsi?

Po ponad 5,5 godzinach jazdy zadzwonił mój telefon. Aleksandra? Tak. Tu (powiedzmy) Noy z Sala Kong Lor Lodge, kiedy będziecie? Yyyyy, nie wiem (skąd mam wiedzieć? przecież nawet nie wiem gdzie jesteśmy), myślę, że za jakieś pół godziny. Ok, ok będę na was czekać. Ok, do zobaczenia!

I tak przez następne 45 minut jedziemy wśród niezliczonych pól tytoniu i majestatycznych skał wapiennych. Krajobraz bajka. Co jakiś czas zatrzymujemy się w maluteńkich wioseczkach, gdzie wysiadają lokalni z zakupami przywiezionymi ze stolicy, czyt. jedzenie z targu. Większość turystów wysiadła już jakiś czas temu. My jednak jedziemy dalej. Specjalnie nocleg wybrałam tak by był zarówno blisko jaskini i w otoczeniu przyrody. W pewnym momencie autobus zatrzymuje się. Wyglądam za okno. Po co się zatrzymujemy? Przecież nie ma tu żadnej wioski. Drzwi autobusu się otwierają i słyszę, Aleksandra!? Co, czy ktoś woła moje imię? Rozglądam się i znów słyszę, Aleksandra!? To ja! Wołam i zbieram się ku drzwiom. Nasz pick-up przyjechał :) Trzeba by zobaczyć minę ludzi w autobusie kiedy wysiadaliśmy :D

Pola tytoniu


Właściciel jak obiecał tak przyjechał. Zapakowaliśmy się do jego minivana i ruszyliśmy wąską nieasfaltową dróżką w kierunku maleńkiej wioseczki i naszego resortu. Raj obiecany okazał się.... rajem obiecanym! Drewniany bungalow był czyściutki i przyjemnie urządzony. Widok z balkonu był spektakularny. Jedzenie też raczej bez zastrzeżeń. Stołować się mogliśmy tylko w naszym resorcie, bo w całej wiosce było tylko kilkanaście chatek. Najbliższy sklep czy restauracja były w wiosce Kong Lor, jakieś 2 km dalej.

Otwierasz drzwi balkonowe i... i jest pięknie!

Widoki z balkonu



Przy śniadaniu

Dzieciaczki samodzielnie przeprawiające się przez rzekę

Nie mogły mieć więcej lat niż moja Maja...


Po zachodzie słońca robi się niezwykle klimatycznie.
Kolację je się przy świeczkach :)


Na drugi dzień udaliśmy się do jaskini. Kong Lor Cave znajduje się w Parku Narodowym Phu Hin Bun. Jaskinia ma 7 km długości i bywa wysoka i szeroka nawet na 100 metrów. Najciekawsze jest jednak to, że jaskinia jest w całości zalana wodą. Jaskinię zwiedza się więc czymś co wygląda jak kajak z silnikiem. W zależności od pory roku, wody jest więcej lub mniej. Marzec to koniec pory suchej, więc było kilka momentów, gdzie musieliśmy wyjść z łódki żeby przewodnik mógł ją przeciągnąć po płyciźnie. Płynie się w ciemności. Przy kasie dostaje się kamizelki ratunkowe i latarki, które ledwo dają światło. Dobrze, że przewodnik miał lepszą, bo inaczej pewnie bym tego nie pisała :) W jaskini robimy jeden przystanek na zwiedzenie suchej, oświetlonej części jaskini, gdzie oglądamy stalaktyty i stalagmity. Po prawie godzinie dopływamy do drugiego końca jaskini. Niesamowite jak człowiek cieszy się jak na widok światła po godzinie spędzonej w egipskich ciemnościach. Płyniemy jeszcze kawałek, pośród bujnej zieleni i robimy przystanek na lunch w małej wiosce. Potem powrót. Cała wycieczka trwała ponad 2 godziny. Wrażenia są absolutnie niesamowite! Zdecydowanie jest to atrakcja, której nie wolno pominąć będąc w Laosie.

Przed jaskinią. Narodowe logo laotańskie mówi: "Laos - simply beautiful" 
Ciężko się nie zgodzić. 

Tak, tu później pływaliśmy :)


W jaskini




U wylotu jaskini





A po jaskini była zabawa w wodzie na oponie :)

Aż żal było opuszczać tak niezwykłe miejsce


Informacje praktyczne:

Nocleg: Sala Kong Lor Lodge - cena za bungalow to 30 USD w sezonie i 26 po za sezonem. Nam udało się utargować z 30 na 25. W cenę wliczone jest śniadanie. POLECAM 

Wstęp do Parku Narodowego, w którym mieści się jaskinia - 10 tyś kipów

Wstęp do jaskini - cena za łódkę z przewodnikiem, w tym kamizelki i latarki : 110 / 120 / 130 tyś kipów (1/2/3 osoby)

Bilety z Wientianu do Kong Lor można nabyć przez lokalne biura podróży (cena wyższa, ale jest wliczony pick-up), lub kupić bezpośrednio na dworcu południowym. Koniecznie kupić bilet dzień wcześniej.  

Z wioski Kong Lor do Wientianu jedzie jeden autobus dziennie o 7 rano. Bilet kosztuje 80 tyś kipów. Dodam, że w drodze powrotnej jechaliśmy autobusem bez klimatyzacji :)