niedziela, 15 grudnia 2013

Tam gdzie uśmiech nie może, tam pieniądz pomoże ;)

Jakiś czas temu jadąc nad wodospady zauważyłam po drodze ciekawe miejsce, które wyglądało jak cmentarz. Piszę ciekawe, bo nigdy wcześniej nie widziałam cmentarza w Laosie, więc naturalnie wzbudziło to moje zainteresowanie. Wówczas nie było czasu na zatrzymanie się, a miejsce, otoczone bramą, wyglądało na zamknięte.

Mając w pamięci tamto miejsce, dwa tygodnie temu postanowiłam sprawdzić, co dokładnie tam się znajduje. Zapakowaliśmy się na motor i po niecałych 20 km byliśmy na miejscu. Niestety, tak jak poprzednio, miejsce wyglądało na zamknięte. Zatrzymaliśmy przed bramą. Była zamknięta, ale dało się ją otworzyć od zewnątrz. Przeszliśmy zaledwie kilka kroków, kiedy wyszedł nam na spotkanie strażnik. Idąc w naszym kierunku pokazywał, że nie wolno nam wejść i że mamy zawróć. Ja jednak z uśmiechem na ustach, jakbym nie rozumiała co pokazuje, szłam w jego kierunku. Podeszłam do niego z aparatem i uśmiechając się, niewinnie zapytałam po laotańsku, czy mogę wejść i zrobić zdjęcia. Nie wolno, odpowiedział i pokazał bramę sugerując, żebym opuściła teren. Odprowadził mnie do bramy, gdzie Darek z Mają zostali przy motorze. Po drodze pytałam jeszcze kilka razy czy mogę wejść, ale nic z tego. Nie chce się zgodzić, mówię lekko zrezygnowana do Darka. Spróbuj go przekupić, odpowiada. Światełko nadziei rozbłyska. Przecież taki strażnik na pewno zarabia gorsze.... myślę sięgając do torebki. Wyjmuję z portfela 50 tyś kipów (20 zł) i pytam ponownie o możliwość wejścia i zrobienia zdjęć. Strażnik wydaję się trochę zmieszany. Widząc jego niepewność, szybko podaję mu pieniądze i z czarującym uśmiechem mówię, że idę zrobić zdjęcia.

Kiedy pieniądze były w jego rękach, odetchnęłam. Udało się! Fakt, że miejsce to było najwyraźniej nie dostępne dla zwykłych śmiertelników, powodował tylko jeszcze większą ciekawość. Pierwsze poszłam do dużej białej stupy, którą widziałam z daleka przed bramą. Pstryknęłam kilka fotek, a potem poszłam w kierunku ustawionych w równych rzędach identycznych kapliczek/nagrobków. Następnie udałam się na sam koniec cmentarza, za białą stupę. Tam znalazłam kapliczki / nagrobki, na których (w odróżnieniu od setek bezimiennych) widniały podpisane zdjęcia z datą narodzin i śmierci.

Dużo czasu na cmentarzu nie spędziłam, bo po jakichś 10 minutach przyszedł strażnik i zaczął mnie subtelnie poganiać pokazując bramę. Widać było, że jest lekko zestresowany i chce żebym sobie już poszła. Troszkę się ociągając, kierowałam się do wyjścia zatrzymując się tu i tam, żeby zrobić więcej zdjęć. Strażnik chodząc za mną krok w krok odprowadził mnie w końcu do bramy. Podziękowałam i ruszyliśmy w drogę powrotną.


Brama wejściowa 

Wielka biała stupa




Na zdjęciu kapliczki, najprawdopodobniej, jeden z byłych laotańskich prezydentów 


W domu poszperałam w internecie i dowiedziałam się, że cmentarz otworzono w marcu 2012 roku. Utworzono go, aby uczcić pamięć poległych liderów rewolucji, którzy walczyli odzyskanie niepodległości kraju, który przed długi czas był kolonią francuską. Na cmentarzu spoczywają również byli laotańscy prezydenci.

Cmentarz najprawdopodobniej dostępny jest tylko dla rodzin zmarłych i polityków... no i dla Oli jak się uprze ;)

2 komentarze:

  1. Najlepiej wydane dwie dychy pod sloncem!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatnio mój sąsiad, Laotańczyk, bardzo się zdziwił, że tam byłam. Potwierdził moje przypuszczenia. Cmentarz nie jest dostępny ani dla turystów ani dla przeciętnego Laotańczyka. Więc zgadzam się, money well spent ;)

    OdpowiedzUsuń