sobota, 30 listopada 2013

Potrawa ze świeżej kaczej krwi!!!

O tej słynnej laotańskiej potrawie słyszałam już kilka razy, ale do wczoraj nie miałam okazji ani jej zobaczyć ani spróbować.

A wczoraj właśnie zostałam zaproszona przez znajomych w odwiedziny do ich domu. Jak zawsze było dużo butelek beerlao. Szczerze, jeszcze nie zdarzyło mi się odwiedzić Laotańczyków i nie napić się z nimi piwa. Piwo beerlao musi być. Ale wczoraj było coś o wiele ciekawszego niż piwo.

Jak to zwykle bywa w Laosie, wszyscy siedzieli przed domem na laotańskiej macie. Po środku stał niski wiklinowy stolik, a na nim ciekawie wyglądająca potrawa na dużym okrągłym talerzu.

Zaciekawiona od razu pytam co jest talerzu. Gospodarze dumnie odpowiadają, że to duck's blood (kacza krew) i nim się obejrzę ładują mi na łyżkę sporo tego laotańskiego przysmaku, skrapiają następnie wyciśniętym sokiem z limonki i podają mi łyżkę zachęcając do spróbowania. W Laosie oczywiście nie wypada nie spróbować jedzenia przygotowanego przez gospodarzy, więc nie mam wyjścia... Zanim łyżka wyląduje w mojej buzi, szybko pytam kiedy zabili kaczkę. Dziś, odpowiadają. No to przynajmniej świeża jest, myślę sobie i z lekkim oporem kosztuję specjalności wieczoru.

Pierwsze wrażenie. Nie taka zła ta krew w połączeniu z sokiem z limonki... Potem zaczynam przeżuwać jakieś gumowate i żylaste kawałki czegoś.... No właśnie czego? Co w tej potrawie jest, pytam dopijając resztkę krwi z mojej łyżki. A no są tu kacze jelita, płuca, wątróbka i skóra.... O k****a, wiedziałam! Wszystko posypane jest orzeszkami ziemnymi, prażoną cebulką i miętą. No to przynajmniej ostatnie składniki są jadalne, myślę sobie.


Powiem tak, całość nie smakowała tak obrzydliwie jak się spodziewałam. Potrawa nie była strasznie niedobra, ale na pewno też nie zaliczę jej do moich ulubionych ;)

Później dałam się też namówić na zjedzenie papryczki chilli maczanej w paście ze sfermentowanych krewetek (kha pee). Śmierdząca pasta nie była taka zła, za to papryczki paliły jak cholera. Zimne piwo z lodem jakoś nie łagodziło palenia, a że Laotańczycy zawsze mówią, że mięta pomaga przy ostrych potrawach, to szybko machnęłam parę łyżek kaczej krwi wraz ze wszystkim potwornościami, które w niej pływały. Pomogło. Trochę mniej paliło.

Papryczkę dojadłam, bo głupio tak było zostawić ją nadgryzioną... ;) Naturalnie podziękowałam za gościnę i "pyszne" jedzenie ;)

czwartek, 28 listopada 2013

Alexandra jest sławna w Laosie!

Bo jest! Tylko nie ta. To znaczy nie ja :)

Moje imię jest tutaj znane i rozpoznawane, a to za sprawą laotańskiej piosenkarki, co się zwie Alexandra Bounxouei. Owa Alexandra urodziła się w Bułgarii i jest w połowie Laotanką, nie pamiętam, czy od strony ojca czy matki. Alexandra, zwana też Sandra, śpiewa, grywa chyba w jakiś filmach czy serialach. Potrafi też grać na skrzypcach.

Co znaczy być celebrytą w Laosie? Otóż, nie wiele. Taka celebrytka jak nasza Alexandra pojawia się na plakatach, kalendarzach, w reklamach i gdzie się tylko da pokazuję swoją słodką buzię. A buzię ma ładną. Czy z niej prawdziwa gwiazda i czy ma prawdziwy talent, nie wiem. Kiedyś jakąś piosenkę słuchałam, ale nawet nie pamiętam, czy mi się podobała. Jedno jest jednak pewne. Jest w Laosie sławna.

W większości krajów za sławą idą pieniądze. W większości, bo nie w Laosie. Laotańska "Ola" musi dodatkowo pracować, bo z samego śpiewania kokosów nie zarobi. Bo jak tu się fortuny dorobić kiedy jej płyty można kupić za 10 tyś kipów na targu (4 zł). A i tak większość Laotańczyków ściągnie jej piosenki z internetu, jeśli internet oczywiście mają....

Alexandra mieszka w Wientianie i słyszałam, że trochę uczy angielskiego w jednej ze szkół językowych. Nie wiem jak biegły jest jej angielski, ale nauczycielką na pewno nie jest. Ale skoro nie jako prawdziwa nauczycielka, to jako sławna piosenkarka z pewnością zachęci pewną klientelę.

A co ja z tego mam? To, że Laotańczycy zawsze pamiętają moje imię. ZAWSZE :)To głównie dlatego przedstawiam się jako Aleksandra, a nie Ola. Po drugie widzieć ich minę kiedy słyszą moje imię, bezcenne ;)

Dodam, że czasem pytają, czy umiem śpiewać..... a to jedna z tych rzeczy, która wychodzi mi naprawdę fatalnie. Tak więc z laotańską gwiazdą dzielę imię i miasto. Na tym podobieństwa się kończą :)

A oto i ona :)

środa, 27 listopada 2013

Uczta polsko-hiszpańsko-argentyńska

Nie, nie byłam na żadnej imprezie. Nie było też gości. Byłam tylko ja, a słowa uczta użyłam celowo.

Lubię laotańskie jedzenie. Niektóre potrawy lubię nawet bardzo, innych nie znoszę. Ogólnie jednak nie narzekam, bo powszechna jest tu też kuchnia tajska, wietnamska, koreańska i chińska.

Czasami jednak brakuje mi POLSKIEGO jedzenia! Dziś więc postanowiłam zrobić typowo polską sałatkę. Kupiłam ziemniaki, marchewki, jajka (te składniki były tanie), słoik majonezu (wietnamskiego) za 20 tyś kipów (8 zł) i słoik (również wietnamskich) ogórków konserwowych za 14 tyś kipów. O kiszonych ogórkach już zapomniałam. Selera ani pietruszki nigdy tu nie widziałam. Sałatka jest więc lekko wybrakowana, ale i tak smakuje cudownie, tak jak w Polsce! No prawie ;) To więc polska część mojej dzisiejszej uczty.


Kolejny smakołyk to fuet, czyli hiszpańska dojrzewająca kiełbasa pokryta pleśnią. Już widzę minę Laotańczyka gdyby któregoś poczęstować :D Czy kiełbasa na pewno pochodzi z Hiszpanii, nie wiem. Ale wiem, że Laotańczycy jej nie zrobili. W każdym razie smakuje wybornie. Koszt za niewielki kawałek tego cudeńka to 35 tyś kipów. Na opakowaniu nie ma informacji dotyczącej wagi, więc mogę jedynie powiedzieć, że kawałek był mniej długości dłoni.


Ostatnia część dzisiejszej kolacji to argentyńskie wino. I to zdecydowanie najtańszy składnik dzisiejszej podniebiennej rozkoszy. Pięć litrów wina za 150 tyś kipów (60 zł) :)


Jak widzicie wino jest w worku.
Sprytnie zamocowany prosty kranik sprzyja dolewkom ;)

Ps. Pozdrowienia dla Kingi i Bartka, którzy będąc na urlopie w Laosie przywieźli rodaczce paczkę kabanosa! :)

niedziela, 24 listopada 2013

Padaek - czyli laotański sos rybny dla odważnych ;)

W południowo-wschodniej Azji bardzo popularny jest sos rybny (fish sauce), który używany jest do wielu dań. W Laosie oprócz standardowego sosu rybnego mamy również laotańską odmianę.

Zwykły sos rybny jest robiony ze sfermentowanych ryb morskich. Laotańczycy, którzy nie mają dostępu do morza stworzyli swój własny unikatowy sos rybny, tzw. padaek. Sos, który jest o wiele gęstszy i wygląda bardziej jak pasta. Przygotowywany jest ze sfermentowanych ryb z Mekongu i zawiera także ich kawałki. Najgorszy jest jednak zapach..... Jeśli ktoś myśli, że durian brzydko pachnie, to lepiej niech nie wącha pasty padeak. Zapach jest jak dla mnie nie do zniesienia, bo mówiąc krótko, śmierdzi padliną.  Padaek jest najczęściej stosowany do bardzo popularnej tutaj papaya salad.

Podróżnym nie zaleca się spożywania padeak ze względu na możliwość zachorowania opistorchozę, którą powodują pasożytnicze przywry, które okazjonalnie występują w rybach słodkowodnych w Laosie. Zachorować można tylko przy jedzeniu surowych lub niedogotowanych ryb. Podobno w Wientianie czy Luang Prabang padeak można bezpiecznie jeść, a zagrożenie występuje głównie na obszarach wiejskich.

Ja jednak zazwyczaj trzymam się z dala od tego specjału, choćby ze względu na podły zapach. Choć czasem nie ma wyjścia, bo w Laosie jak nas ktoś ugości u siebie, to nie wypada nie spróbować dań ugotowanych przez panią domu ;)

Będąc w Laosie warto więc wiedzieć jak poprosić o niedodawanie padeak. Po laotańsku to: Baw sai padeak. (czyt. bo sai padek).

A tu mamy kha pee, pasta ze sfermentowanych krewetek.
Produkt tajski, ale również bardzo popularny w Laosie.
Śmierdzi, ale dodany w niewielkich ilościach jest ok ;)
Można go znaleźć na każdym targu i w sklepach.

Zdjęcie znalezione w internecie.
 Padeak fermentuje się na jakimś targu :)

Ktoś chciałby spróbować? :)

czwartek, 21 listopada 2013

Fenomen laotańskich aptek

"Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą,gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu." Taaaak, ale chyba nie w Laosie...

Fenomen laotańskich aptek polega na tym, że wszelkie leki dostępne są bez recepty. Idziemy do apteki, prosimy o dany lek, płacimy i wychodzimy. Ot cała filozofia. Nieraz przy kupowaniu lekarstw nie dostałam ani opakowania, ani ulotki. Leki przywożone są w ilościach hurtowych, a co za tym idzie, czasami tylko w wielkich opakowaniach. A zazwyczaj potrzebny nam zaledwie jeden lub dwa blistry.

Na takim blistrze znajdziemy jedynie nazwę leku (często po laotańsku, czy tajsku) i nazwę substancji czynnej. Nikt nie pyta po co nam ten lek, ani na co. 

Jeśli chcemy dowiedzieć się czegoś o dawkowaniu, to pani farmaceutka chętnie udzieli informacji... jeśli mówi po angielsku :) Na szczęście znamy jedną aptekę, gdzie farmaceutka mówi płynną angielszczyzną, więc nie ma problemu. 


Bez recepty kupić można wszystko, silne tabletki przeciwbólowe jak np. tramadol, środki nasenne jak valium, wszelkie antybiotyki, czy też leki na malarię. 


Leki są bardzo tanie. Za doksycyklinę (kupiliśmy zapobiegawczo na malarię) zapłaciliśmy jakieś parę złoty. Uwaga - najnowszy lek na malarię "Malarone" w Laosie nie jest dostępny!


Leki są tanie, bo są importowane (jak się dowiedziałam) tylko z 3 krajów: Tajlandii, Chin i z (o zgrozo!) Bangladeszu. 


Leki są tanie i to jest dobre (niektóre leki są tańsze niż piwo ;)). Leczenie w lokalnych szpitalach jest tanie i to też jest dobre. Tylko jakość usług medycznych jest fatalna i to już jest dobre nie jest. Pisałam już kiedyś o tym, że służba zdrowia w Laosie jest na baaardzo niskim poziomie. Jeśli myślicie, że w Polsce jest kiepsko, to przyjedźcie zobaczyć "najlepszy" szpital w Wientianie.... 


Wiele osób pyta mnie jak, więc leczyć się w tym kraju. Otóż przy niegroźnych chorobach, czy kontuzjach można zdać się na lokalnych lekarzy, choć i tak jakoś im nie do końca ufam. Sami mamy wykupione ubezpieczenie podróżne w Polsce, które obejmuje prawie cały świat, więc w razie czego możemy wybrać się do Tajlandii (pół godziny drogi z Wientianu) i leczyć się w o wiele lepszych szpitalach. 


W zeszłym tygodniu miałam mały wypadek na motorze. Skręciłam kostkę, pozdzierałam skórę na stopie, dłoniach, stłukłam kolano i obiłam ramię. Zadzwoniłam do ubezpieczyciela w Polsce i pół godziny później byłam w tutejszej francuskiej klinice. Francuski lekarz opatrzył mi rany, owinął bandażami i dał środki przeciwbólowe. Zapytał też czy chcę kule, ale zrezygnowałam :) Wszystko załatwione bezgotówkowo. 


We francuskiej klinice byliśmy już kilka razy i polecam. Warto jednak wykupić ubezpieczenie, bo jeśli chcemy leczyć się po "europejsku" to ceny nie są już takie niskie. Ostatnio jak Darek miał anginę, to 1 wizyta z lekami kosztowała 77 USD. A to przecież nie było nic poważnego. 



Parę leków z domowej apteczki 

Życząc wszystkim zdrowia pozdrawiam z Laosu :)


czwartek, 14 listopada 2013

"Bomb Harvest" - tragiczna historia Laosu

Mało kto wie, że Laos jest najbardziej zbombardowanym krajem na świecie.....

 Podczas wojny Stanów Zjednoczonych z Wietnamem, Laos stał się ważny ze względu na swoje strategiczne położenie.

Pomimo tego, że w 1962 roku w Genewie 14 krajów podpisało porozumienie, które gwarantowało Laosowi neutralność i zabraniało obecności zagranicznych wojsk na terenie kraju, w 1964 roku Laos został zaatakowany przez Stany Zjednoczone.

Amerykanie zrzucili na Laos 2,093,100 ton bomb podczas 580,944 nalotów. USA wydawały 2 miliony dolarów dziennie na bombardowanie Laosu przez 9 lat...... Była to tzw. sekretna wojna Stanów Zjednoczonych. Przez te 9 lat, średnio co 9 minut Laosie miał miejsce atak bombowy. W czasie trwania całej II wojny światowej nie zrzucono tyle bomb ile w Laosie.

Ile ludzi zginęło przez te 9 lat, nie wiadomo. Wiadomo jednak, że ludzie dalej giną przez przez setki tysięcy bomb i innych niewybuchów, pomimo tego, że wojna z Wietnamem skończyła się 40 lat temu.

Chcę wszystkim polecić film dokumentalny "Bomb Harvest", który pokazuje jak skutki tej wojny widoczne są po dzień dzisiejszy, wciąż raniąc i zabijając Laotańczyków, w tym w dużej mierze dzieci....

Tutaj znajdziecie opis filmu i recenzje na stronie IMDb.

Zdjęcie z internetu  

czwartek, 7 listopada 2013

Saa mak nao - psia herbata ;)

Saa mak nao dosłownie znaczy herbata z cytryną. Jednak nie jest zwykła herbata. Właściwie w ogólne nie wygląda i nie smakuje jak herbata.

Herbata ta jest popularna w Laosie i jeszcze bardziej popularna w Tajlandii. Problem w tym, że nadal nie jestem pewna czy jest to herbata tajska czy nie. Znajomy Laotańczyk twierdzi, że tak. Inną opinię na ten temat ma pewien Francuz, właściciel jednej  tutejszych restauracji. Według niego herbata jest chińska, ale do Laosu przywozi się ją z Tajlandii. Wydaje się dosyć prawdopodobne, jako że na herbacie oprócz tajskiego języka widnieją też chińskie krzaczki. Jeśli jednak herbata jest z Chin, to dlaczego importują ją z Tajlandii? Przecież Chiny też są sąsiadem Laosu. Jedyne wyjaśnienie może być takie, że z Tajlandii jest po prostu bliżej do Wientianu i innych "dużych" miast.

Z resztą pochodzenie herbaty nie jest istotne (aczkolwiek ciągle mnie to frapuje...). Jeśli chodzi o skład herbaty to pozostaje to jeszcze większą zagadką....  Ciekawy jest również kolor -  intensywny pomarańczowy. Skąd ten kolor? Nie mam bladego pojęcia, bo nikt nie potrafi mi powiedzieć co w tej herbacie jest. Jeszcze bardziej interesująca jest nazwa herbatki "Police Dog Brand Tea Dust". O co chodzi, ja się pytam? Skąd ten pies w nazwie? ;)

Przechodząc jednak do sedna sprawy, herbata smakuje nieziemsko! Herbatę parzy się przez kilka minut, a potem cedzi przez sitko. Do tego cukier, limonka i oczywiście lód. Herbatę można pić też na gorąco, ale tu ze względu na klimat pije się ją z dużą ilością lodu.

Jest to zdecydowanie nie tylko najlepsza herbata, ale i najlepszy niealkoholowy orzeźwiający napój jaki do tej pory miałam okazję pić.

Będąc w Laosie lub Tajlandii pytajcie o iced lemon tea, z resztą jak jest serwowana w restauracji to znajdziecie ją w menu. Jeśli trafi się Wam laotańska restauracja z laotańskim menu możecie spytać "Mi saa mak nao bo?"

Cena tej herbaty w knajpach waha się od 10 do 15 tyś kipów (4 do 6 zł). Ja od niedawna herbacinkę parzę sama w domu dzięki uprzejmości znajomego Laotańczyka, który kupił mi tę herbatę na targu. Cena 400 gramowego opakowania (właściwie to puszki) to 23 tyś kipów. W skład puszki wchodziła gratisowa szklanka ;)
W laotańskiej restauracji 

W moim wykonaniu :)

Puszka tajemniczej psiej herbaty

sobota, 2 listopada 2013

Vang Vieng - nowe info

O Vang Vieng już pisałam tutaj, ale tym razem postanowiłam dać Wam trochę praktycznych informacji jako że po 4 wycieczce tam, trochę wiedzy zgromadziłam.

Zacznijmy od tego jak się dostać z Vang Vieng do Wientianu i odwrotnie. Autobusy z Wientianu kursują kilka razy dziennie. Odjeżdżają z dworca w centrum miasta przy Talat Sao. Obecnie cena za bilet od osoby wynosi 40 tyś kipów (16 zł). Można też pojechać minivanem. Jak tylko znajdziecie się na dworcu, to dopadną was kierowcy pytając gdzie jedziecie. My zdecydowaliśmy na minivana. Utargowana cena to 130 tyś za naszą trójkę. Kierowca zapewnił nas, że nie będzie żadnych przystanków i zajedziemy w 3,5 godz. Przystanki były, bo albo ktoś wysiadał, albo wsiadał, albo chciał siku, albo wymiotował. W połowie drogi zaczynają się góry i trasa robi się baaardzo kręta. Mnie osobiście to zupełnie nie przeszkadza (sama z gór pochodzę!:)), ale dla wielu osób podróż bywa męcząca. Myślę jednak, że widoki zdecydowanie rekompensują trud podróży - jest bajecznie! 

W drodze powrotnej też jechaliśmy minivanem, bo w autobusie nie było już miejsca (ostatni autobus do Wientianu odjeżdża o 14). W mieście bilety sprzedają co parę metrów, więc nie ma problemu. Za 40 tyś kipów kupujemy bilet, a w cenie jest również pick-up z waszego hostelu (dworzec jest trochę za miastem). Podróż powrotna zajęła nam 3 godziny - nie było żadnych postojów. Jedyny minus, to że autobusy czy minivany nie jeżdżą do dworca przy Talat Sao (który jest w centrum miasta) tylko zajeżdżają na północny dworzec, z którego trzeba tuk-tukiem dostać się do centrum.

Co robić w samym Vang Vieng? Możliwości jest naprawdę sporo! Biura podróży oferują przeróżne wycieczki i atrakcje, więc nie sposób się nudzić. O tym, że można pływać kajakami lub wybrać się na tubing na rzece Nam Song już pisałam. Czy wybierzecie jedno czy drugie, zabawa na pewno będzie doskonała, a widoki zapierające dech w piersiach. 

Vang Vieng słynie też z wielu pięknych jaskini. Najpopularniejsze to jaskinia Tham Chang, u stóp której można popływać w błękitnej rzeczce. Woda wpływa również do jaskini, więc zabawa na całego!
Kolejna (moja ulubiona) to jaskinia Tham Phu Kham, przy której można popływać w przecudownej błękitnej lagunie. Do wody można skakać z drzewa lub jak tarzan bujając się na linie ;) Nie muszę chyba pisać jaka to frajda! Do obu miejsc można pojechać tuk-tukiem lub wynajętym motocyklem (cena za wynajem to 60 tyś kipów za dzień). 

Tham Phu Kham (Blue Lagoon)

Warto również wybrać się na jedno-dniowy trekking, gdzie oprócz obcowania z naturą, zwiedzicie parę innych jaskiń (np. Tham Sang, Tham Loup, Tham Hoi, czy Tham Nam). Trekking często połączony jest ze spływem kajakami - taką opcję wybraliśmy w zeszłym roku i było genialnie. Korzystaliśmy z biura, które jeśli dobrze pamiętam nazywa się Wonder Tours. 

Dwa tygodnie temu, kiedy wyjechaliśmy do Vang Vieng w planie mieliśmy wybrać się do mojej ulubionej Tham Phu Kham. Jakieś było moje zdziwienie kiedy kierowca tuk-tuka, z którym negocjowałam cenę zapytał mnie o wodospad! Wodospad?, pytam. W Vang Vieng? Tak, 7 km od miasta. W moim (naprawdę dobrym przewodniku!) nic o wodospadzie w Vang Vieng nie ma. Pomyślałam, że warto jednak pojechać i zobaczyć. Spodziewałam się małego prysznica, a tu ukazał mi się ogromny 20 metrowy wodospad z prawdziwego zdarzenia (wysokość zgaduję :)). Robi wrażenie. Kąpiel pod takim wodospadem to coś wspaniałego, zwłaszcza przy 30 stopniowym upale. Woda cudownie chłodziła, a wodospad był niczym potężne bicze wodne. Spędziliśmy tam jakieś 2 godziny i szczerze mówiąc mogłabym tam siedzieć cały dzień! Oczywiście wokół piękna tropikalna zieleń. Wodospad nazywa się Kaeng Nyui Waterfall. Październik to końcówka pory deszczowej, więc nie potrafię powiedzieć jak wodospad prezentuje się np. pod koniec pory suchej - warto zapytać w jakimś biurze turystycznym. Ja byłam zachwycona i polecam!












Wokół latały piękne motyle


Oczywiście nie ograniczajcie się do tego co tu piszę. To są tylko moje rekomendacje, oparte na tym co sama widziałam. Warto wynająć motor i samemu trochę po-eksplorować!

Gdzie nocować i czy trzeba wcześniej robić rezerwację.

Osobiście nigdy rezerwacji nie robiłam i ze znalezieniem noclegu nie było problemu. Jeśli jednak wybieracie się w grudniu w okresie Świąt, lub w kwietniu na Pi Mai (Laotański  Nowy Rok) może warto coś wcześniej zabukować. 
Jeśli chodzi o rekomendację jakiejś fajnej noclegowni to szczerze polecam Popular View Guesthouse. Niektóre pokoje mają balon i okna z widokiem na rzekę i góry - coś wspaniałego! Zanim jednak się zdecydujecie to obejrzyjcie pokoje, bo są i takie które mają widok na ścianę budynku obok... Jeśli jednak będzie dostępny pokój taki jak nasz to brać! My płaciliśmy 100 tyś kipów za pokój z łazienką i trzema łóżkami. WiFi działa niestety tylko na dole w recepcji.  

Popular View Guesthouse 

Taki widok jest z łóżka :)

Rankiem na balkonie - cudnie 

Zachód słońca z naszego balkonu 

Samo miasteczko jest dosyć komercyjne, na co niektórzy turyści narzekają. Jeśli więc spodziewacie się tylko bambusowych chatek i esencji Laosu, to nie w Vang Vieng. W mieście powstają pensjonaty i hotele. Jest całe mnóstwo knajpek, gdzie można dosłownie leżeć, zajadać się zachodnim jedzeniem (laotańska kuchnia też oczywiście jest) i oglądać "Przyjaciół", "Family Guy" lub "South Park" na wielkich plazmach. Komercha? Może. Ale ja uwielbiam Vang Vieng, między innymi dlatego, że jest tak inne od Wientianu. Lubię leżeć przez parę godzin w knajpie, popijać beerlao, zajadać się pizzą lub hamburgerem i oglądać 10 odcinków "Przyjaciół" pod rząd :)

W miasteczku 

Tak się odpoczywa w Vang Vieng przy niekończących się odcinkach "Przyjaciół" :)

Wiem, że wiele osób szuka informacji o "happy pizza" w Vang Vieng. Co to jest happy pizza? Otóż jest to pizza ze specjalnym dodatkiem (do wyboru trawka, grzybki, opium). Happy może być nie tylko pizza, ale także shake czy herbata. Podobno jeszcze kilka lat temu happy restauracje były co krok w mieście, również na trasie spływu kajakami czy tubingu. Jednak zbyt wielu idiotów zamiast relaksować się po happy używkach w restauracji lub we własnym pokoju wybrało się na kajaki lub tubing. Parę białych twarzy się potopiło i rząd kazał  pozamykać większość takich miejsc, zwłaszcza te nad rzeką. W samym mieście biznes nadal działa. 


Czy lubicie naturę, czy piwo i seriale, czy też preferujecie inne sposoby na dobrą zabawę, Vang Vieng ma to wszystko ;)
 

piątek, 1 listopada 2013

Nagroda pocieszenia

Wczoraj podczas uroczystości halloweenowych w szkole miało miejsce głosowanie na najlepiej przebranego nauczyciela-obcokrajowca i najlepiej przebranego nauczyciela laotańskiego.

Dziś było ogłoszenie wyników. Jednym głosem przegrałam z innym nauczycielem. Cholera, a mówił mi dyrektor, że mogę też głosować na siebie ;) Tak więc dostałam nagrodę pocieszenia, czekolandki Ferrero Rocher, którymi się teraz zajadam. Wolałbym jednak pić wino, które było główną nagrodą!

Moja asystentka wygrała wśród laotańskich nauczycieli! Widać tworzymy dobry team :)