czwartek, 31 października 2013

Halloween w mojej nowej szkole

Chyba jeszcze nie chwaliłam się na blogu, więc zrobię to teraz. Od 3 tygodni mam nową pracę! Zwolniłam się z poprzedniej szkoły, gdzie godziny pracy mnie dobijały. W pracy siedziałam od od 7:45 do 16:15. W tym miałam 24 godziny uczenia, reszta na przygotowanie i się inne pierdoły. Najczęściej czas spędzałam na pierdołach właśnie. Siedzenie w pracy tyle godzin, kiedy nie ma zupełnie co robić było bez sensu. Tak więc kiedy dowiedziałam się, że w jednej z dwujęzycznych szkół w Wientianie jest wolna posada, szybciutko wysłałam piękne CV, załączając tyle dyplomów, certyfikatów i innych dokumentów ile miałam. W końcu trzeba się jakoś wyróżniać w gąszczu native speakerów. Już na drugi dzień zostałam zaproszona na rozmowę. Wszystko poszło pięknie i zostałam poproszona o przygotowanie i przeprowadzenie lekcji demonstracyjnej. Tak więc przez 2 dni pracowałam nad doskonałą lekcją. Taką, którą każdy zapamięta. Taką, która sporo nauczy, ale nie przytłoczy uczniów. Taką, która będzie ciekawa i zabawna. Taką, w której można wykorzystać jak najwięcej różnych stymulujących materiałów. I taką właśnie lekcje przygotowałam. Bardzo zależało mi na tej pracy i bardzo mnie ucieszyło kiedy dyrektor stwierdził, że lekcja była imponująca. Niecały tydzień później dostałam maila, w którym dyrektor prosił, żebym wpadła do szkoły na krótką rozmowę. Byłam strasznie podekscytowana, chociaż nie byłam pewna, czy to znaczy, że dostanę pracę. Na miejscu okazało się, że moja radość była uzasadniona. Dostałam pracę! To moja 3 praca na pełny etat tutaj i zdecydowanie najlepsza. Teraz mam lepszą pensję i kończę 13:30 - cudownie!!!

Dziś w mojej nowej szkole (tak jak i w wielu innych dwujęzycznych lub międzynarodowych szkołach) obchodziliśmy Halloween. Przygotowania zaczęłam już w niedzielę. Trzeba było najpierw znaleźć kostium, a to nie lada wyzwanie w Wientianie. Udało mi się znaleźć jeden sklep z zabawkami, w którym mieli stroje halloweenowe. Ceny oczywiście były kosmiczne. No bo kto kupuje w Laosie stroje na Halloween? Oczywiście falangi i bogate dzieci, które chodzą do drogich szkół. Tak więc właścicielka wywindowała ceny jak tylko mogła. Wybrałam jakąś czerwoną szmatkę dla Mai, która miała być strojem diablicy, plastikowy trójząb, drugą trochę większą czarną szmatkę, która miała być moją peleryną, kapelusz wiedźmy i jakieś naklejki. Pani policzyła wszystko i wyszło jej 420 000 kipów (168 zł). Pytam więc jej, czy da jakąś zniżkę, w końcu kupuję parę rzeczy, z których wszystkie to totalne badziewia warte może połowę tej ceny. Szanowna laotańska pani, mówi, że owszem może zniżyć do 400 000 kipów. Ale przecież to nie jest nawet 10%!!! Proszę pani, tu niektórzy przychodzą i robią zakupy za ponad milin kipów i wtedy daję 10% zniżki, mówi sprzedawczyni. Może jednak zrobi pani te 10%, bo ja mogę np, pójść gdzieś indziej i poszukać tych samych rzeczy w lepszej cenie - blef, który miałam nadzieję, że zadziała. Oczywiście, może pani szukać w innych sklepach, odpowiada pani. Odkładam więc rzeczy i zbieram się wyjścia mając jeszcze nadzieję, że pani ze sklepu zawoła mnie i obniży cenę. Cóż, nie zrobiła tego. A ja postanowiłam, że jak się nie chce uczciwie targować, to nie zarobi na mnie nic. Naoglądałam się sporo różnych kostiumów i stwierdziłam, że takie szmaty to sama mogę uszyć.

Udałam się więc na nocny targ nad Mekongiem. Pierwsze kupiłam czerwoną damską sukienkę za 50 tyś kipów, którą miałam zamiar przerobić w strój diablicy dla Mai. Dla siebie znalazłam całkiem fajną czarną sukienkę (którą całkiem możliwe, że jeszcze założę) za też jakieś 50 tyś. Następnie kupiłam dwie czerwone laotańskie chusty, z których planowałam zrobić dla siebie pelerynę za 55 tyś. Do sklepu wróciliśmy po plastikowy trójząb, bo maja bardzo go chciała. I tak za połowę pieniędzy miałam wszystko co mi potrzeba, żeby zrobić halloweenowe stroje.

Nie tylko nie wydałam bez sensu dodatkowych pieniędzy, ale też miałam ogromną satysfakcję ze zrobienia własnoręcznie oryginalnych kostiumów. Trochę się napracowałam, ale z końcowego efektu byłam bardzo zadowolona. Do tego odpowiedni make-up i gotowe!

Strój Majci 

Mój wampirzy strój

Odpowiedni make-up ;)

A w szkole były różne zabawy i konkursy, przy których wszyscy bawiliśmy się jak dzieci. Wraz z moją klasą zorganizowaliśmy również małe "party". Dzieci poprzynosiły napoje (królowała pepsi i fanta) oraz cukierki i chipsy (tu najpopularniejsze były te o smaku krewetek i wodorostów). Dzieci miały też wspaniałe stroje, chociaż najlepszy strój, a właściwie make-up miała moja asystentka! W przyszłym roku taki chcę mieć! ;)

Chłopcy z mojej klasy 

Dziewczynki 

Wyścig na miotłach ;)

Z laotańską nauczycielką 

 Ja i moja asystentka
Czyż jej make-up nie jest niesamowity? :)

piątek, 25 października 2013

Morning glory - moje kolejne kulinarne osiągnięcie

Morning glory to polsku wilec, taka ładna pnąca się roślinka z kwiatkami. Morning glory ładnie wygląda....... i smakuje! Laotańczycy bardzo często się nią zajadają, ale ja długo nie mogłam się do niej przekonać. Nie żeby była jakaś niedobra, po prostu wydawała mi się nijaka, takie trawsko. Trzeba jednak zaznaczyć, że jadałam ją tylko jeśli wchodziła w skład lunchu w szkole. A wiecie jak to z jedzeniem na stołówce szkolnej.... wybitne to ono chyba nigdy nie jest.

Niedawno jednak będąc w odwiedzinach u znajomego miałam okazję spróbować morning glory przyrządzoną przez Laotańczyka. Niby kucharka w szkole też Laotanka, ale gotowanie dla siebie i ewentualnie paru innych osób (znajomych), a gotowanie dla kilkuset dzieciaków i kilkudziesięciu pracowników to nie to samo. Tak więc odkryłam morning glory na nowo! Była świetnie przyprawiona i lekko ostra (nie tak jak ta w szkole, po której można zionąć ogniem). Zapytałam oczywiście jak ją przygotować, bo to naprawdę świetna lekka kolacja. A oto i przepis:

Składniki:

Wilec (morning glory)
Czosnek
Papryczki chilli
Szczypta soli lub jakieś innej przyprawy do smażonych dań
Sos sojowy
Sos z kałamarnicy



Na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy pokrojony czosnek i papryczki chilli. Po chwili dodajemy pokrojoną morning glory (można też ją po porostu podrzeć na kawałki). Smażymy jakieś 5 min. Następnie przyprawiamy solą, sosem sojowym i sosem z kałamarnicy. Mieszamy, podsmażamy przez jakąś minutę i gotowe. Ja wszystkiego dawałam na oko. Przygotowanie całej potrawy zajmuje mniej niż 10 min.

Ta daaaam :)
Obok mój ulubiony sticky rice 

czwartek, 24 października 2013

Żywa niespodzianka ;)

Dziś jest czwartek, a we wtorki i czwartki przychodzą do naszego mieszkanie panie sprzątaczki. Tak więc wracam dziś do pachnącego mieszkanka i zasiadam na kanapie. Nie mija minuta jak słyszę jakiś dziwny hałas. Coś chodzi po mieszkaniu! Sprawdzam sypialnię, łazienkę i nic. Nasłuchuje dalej i dochodzę do wniosku, że odgłosy dochodzą z jednej z szafek w kuchni. O cholera szczur! Myślę sobie. Staje więc na krześle i powoli otwieram dolną szafkę. Zaglądam do środka....... a tu kot. No tak przecież znam tego kota, mieszka za domem. Wołam więc do niego, meow pai, pai! (kocie, idź, idź ;)). Otwieram drzwi i meow grzecznie wychodzi.

Zasiadam znów na kanapie i jeszcze nie zdążę pomyśleć skąd się wziął kot w szafce w kuchni, kiedy znowu słyszę jakieś dziwne szuranie. Co znowu? Otwieram kolejną szafkę, a tam trzy malutkie kocięta!

Po powrocie Mai ze szkoły pytam jej, czy wie skąd się wzięły te wszystkie koty w naszym mieszkaniu, ale jak się okazuje to nie jej sprawka. Tak więc dochodzę do wniosku, że panie sprzątaczki stwierdziły, że spośród wszystkich mieszkańców naszego budynku, my najlepiej nadajemy się na kocią rodzinę. Cóż śmiem się z nimi nie zgodzić ;)

Ps. Koty wróciły za dom.

Ale trzeba powiedzieć, że wyglądają słodko

Ps 2. Właśnie usłyszałam za drzwiami miauczenie. Otwieram, a tu bez żadnego "Sabaidee, mogę wejść?" kocica wbiegła mi do kuchni z jednym z kociąt w zębach. Sama otworzyła szafkę i wlazła tam z kocięciem. Jezu co robić? Najwyraźniej to nie była decyzja pań sprzątaczek, ale samej kotki, która z jakiegoś powodu chce chować swoje potomstwo w mojej kuchni.

Dobra, idę spróbować przekonać ją, że nie możemy dzielić kuchni z jej dziećmi ;)

wtorek, 22 października 2013

Zatrzymana przez policję

To mój pierwszy raz w Laosie, ale zawsze musi być ten pierwszy raz :) Dziś zostałam zatrzymana przez laotańską policję.

Wracałam sobie z restauracji do domu, a że byłam zmęczona i chciałam dojechać jak najszybciej, żeby uniknąć zbliżających się korków, złamałam jeden malutki, malusieńki przepis. Nie chciało mi się objeżdżać i nawracać, więc skręciłam sobie w lewo pomimo zakazu. No i słyszę gwizdek jednego policjanta, a drugi od razu blokuje mi drogę, żebym przypadkiem nie uciekła. No więc zatrzymuję się na poboczu. Nie gaszę silnika, bo nie mam zamiaru długo tak stać. Pan zaczyna mówić do mnie do laotańsku, a ja tłumaczę, że nic nie rozumiem i w ogóle nie wiem o co chodzi. Mówi, żebym przejechała na drugą stronę ulicy, gdzie stało jeszcze trzech policjantów. Udaję dalej głupią i mówię (tylko po ang), że nie wiem, co chce i że muszę jechać, bo nie mam czasu. No i tu pan policjant mnie zadziwił. Zgasił mi motocykl i zabrał kluczyki.... Ku..a! No to teraz jestem zła. Żeby mi tak zabrać kluczyki? Zostawiam więc mój jednoślad i idę z niezadowoloną miną za panem policjantem. Ten daje innemu kluczyki. Podchodzę więc do tego drugiego i mówię, że ma mi oddać moje kluczyki, po czym wyciągam rękę. I znowu mnie zaskoczyli, bo kluczyki dostałam z powrotem. Ten znowu zaczyna coś mówić po laotańsku, a ja tylko wzruszam ramionami. "Speak Lao? - pyta się. "No, I don't speak Lao. I speak English." A on dalej mi tłumaczy po laotańsku, że tam nie mogłam skręcić. A ja swoje "I don't understand" albo "I don't know what you're saying". Pokazuje mi książeczkę do wypisania mandatu. Mówię więc "Ok, you want money?" i wyciągam portfel. Od razu zauważyli moją kartę pojazdu i pokazują, żebym im ją dała. "Oh no, that's mine" tłumaczę (przecież nie chcę żadnego głupiego mandatu!). Wyciągam 20 tyś kipów (8 zł) i podaję jednemu z nich. "OK?" Pytam. Słyszę jak inny mówi, żeby ten mi powiedział 25 tyś, ale on tylko się uśmiechnął i powiedział ok. Odchodząc słyszałam jak mówili, że mają teraz na piwo. No przecież mogli od razu powiedzieć, że chcą na piwo, to bym im dała i nie byłoby całej rozmowy! ;)

W sumie to mogłam już na początku dać temu pierwszemu kasę, ale jakoś chciałam zobaczyć co zrobią. Przez chwilę zastanawiałam się czy nie zacząć mówić do nich po polsku...To by się dopiero zdziwili, ale może następnym razem :P

Bezpieczne parkowanie pod domem :)


środa, 16 października 2013

Lao Airlines...

Niewiele ponad rok temu przyleciałam do Laosu. Leciałam najpierw ukraińskimi liniami do Bangkoku, a potem laotańskim liniami z Bangkoku do Wientianu. Rozpisywałam się wtedy na blogu w samych superlatywach o laotańskich liniach lotniczych. Samolot super, obsługa świetna, dobre jedzenie. Czytałam wcześniej sporo o tutejszych liniach lotniczych i wiedziałam, że nie mają one dobrej opinii. Statystyki zdecydowanie przemawiają na ich niekorzyść. Myślałam jednak, że coś się zmieniło. Przez ten rok, który tu spędziłam, o żadnych katastrofach lotniczych nie słyszałam...... aż do dziś.

Samolot laotańskich linii lotniczych, lecący z Wientianu do Pakse (na południe Laosu) rozbił się dziś przy lądowaniu. Samolot roztrzaskał się "lądując" na płytkich wodach Mekongu. Wszyscy pasażerowie i członkowie załogi zginęli (w sumie 49 osób). Tajska telewizja podaje, że powodem katastrofy były złe warunki pogodowe - burza. Dokładnej przyczyny wypadku na pewno nie poznamy, bo to Laos. Po prostu stało się. Nikt nie robi z tego wielkiego wydarzenia. Z resztą Laotańczycy mają zupełnie inne podejście do śmierci... Ale o tym kiedy indziej.

W każdym razie jak będzie lecieć lecieć do Laosu, to może jednak skorzystajcie z innych linii lotniczych...
Tutaj można przeczytać o katastrofie, choć wiele informacji tam nie ma i za pewne nie będzie...

czwartek, 10 października 2013

Dreamtime - Ola w dżungli

Czas na krótkie streszczenie mojej weekendowej wycieczki do dżungli.

Zaledwie 25 km od Wientianu, w samej dżungli, znajduje się niezwykłe miejsce zwane "Dreamtime". Aż się nie mogę nadziwić, że dowiedziałam się o tym miejscu dopiero po roku mieszkania tu. A właściwie to nie takie dziwne. Dreamtime nie figuruje w przewodnikach i mało kto o nim wie. Dlaczego? Bo taka jest wola właścicieli. Dreamtime jest ekologiczną, dopasowaną do dżungli (a nie odwrotnie) oazą spokoju - jest swoistą ucieczką od zgiełku miejskiego. Właściciele nie są nastawieni na ogromne zyski, bardziej zależy im na niewielkiej grupie przyjaznych ludzi, z którymi mogą się zaprzyjaźnić, niż na wielkich pieniądzach. Nie jest to wcale dziwne, kiedy weźmie się pod uwagę fakt, że właściciele tam też mieszkają, a goście wylegują się w ich "salonie".

Wspomniany powyżej "salon" - tu wszyscy odpoczywali - 
odpoczywali od nicnierobienia 

Ta mała chatka to kuchnia

Dreamtime to 15 hektarów tropikalnego lasu. Właściciele nie walczą z przyrodą, wręcz przeciwnie, dopasowują się do niej. Na tym właśnie polega cały urok tego miejsca. Oprócz wszechogarniającej zieleni, do dyspozycji mamy sezonowy strumień z wodospadem. Strumień jest sezonowy, bo woda całkowicie wysycha podczas pory suchej. Na terenie znajduję się 7 drewnianych chatek, w których nocują goście. W Dreamtime nie ma prądu, nie należy więc zapomnieć o latarce! Każdy bungalow wyposażony jest w łóżka z moskitierami, hamak i świeczki. Do dyspozycji gości są również wspólne prysznice i toaleta. Można też dokonać ablucji w rzeczce, korzystając z niewielkiego wodospadu, który jest lepszy niż jakikolwiek ekskluzywny prysznic :) Właściciele serwują też przepyszne jedzenie, które sami przyrządzają. Pewne potrawy, w szczególności mięsne, trzeba zamówić dzień wcześniej. Właściciele jeżdżą codziennie motocyklem do pobliskiej wioski, lub do Wientianu po potrzebne artykuły spożywcze. Dzięki temu jedzenie jest zawsze świeże. Polecam pyszne kanapki! Codziennie dowożony jest również lód, więc pomimo braku prądu (a więc i też lodówki) jedzenie przechowywane jest w odpowiedniej temperaturze, no i jest zimne BeerLao!

Do każdego bungalowu prowadziła osobna ścieżka

Podążając ścieżką do swojego bungalowu 

Czasem trzeba było po drodze odsłonić jakieś chaszcze, 
czasem trzeba było pod paroma splątanymi chaszczami przejść - 
tylko się zastanawiałam kiedy jakiś pająk spadnie mi na głowę... ;)

I jesteśmy na miejscu - mój śliczny bungalow :)

Czyż nie wygląda to relaksująco? 

Widok z okna 

Umywalka :)

Łazienka z prysznicem 
Fajne drzwi, nie? :)

Sama natura - samo piękno 

Tu brałam poranny prysznic :) 
Wodospad wydaje się niewielki, ale to głazy są ogromne 




A co Ola robiła w Dreamtime? Otóż nic nie robiła. No prawie nic, bo oprócz wylegiwania się na materacach, jadłam, kąpałam się w rzece, robiłam zdjęcia, a wieczorem popijałam laotańską whisky za 8 tyś kipów (3,20 zł) ;) W nocy kilka razy obudziły mnie odgłosy jakiś zwierząt. Nad ranem słyszałam śpiewy ptaków. Ot natura. Niesamowite jest to jak dżungla wygląda inaczej nocą. Albo nie wygląda wcale, bo nic nie widać. Panuje absolutna ciemność, nie widać własnych dłoni. A przecież trzeba się po dżungli poruszać. Trochę alkoholu na odwagę nie zaszkodzi... Raz idąc wąską ścieżką w nocy, potknęłam się o wystający korzeń i runęłam jak długa. Parę siniaków przybyło, ale najważniejsze, że nie wpadłam w żadne owady ani pająki. A na ścieżce w ciągu dnia widywałam mrówki, termity (mnóstwo termitów), motyle i pająki.... Taaak parę razy przebiegł mi przed stopami jakiś pajączek, na szczęście nie były wielkie - a to ważne dla kogoś kto panicznie boi się pająków! Ale spore okazy też się zdarzają.... Jedna dziewczyna o mało nie weszła w wielkiego pająka, który starannie utkał sobie pajęczynę przed jej chatką... Takie to uroki dżungli :)

Tych motyli było całe mnóstwo 

Przeszkoda na ścieżce 

Termit z bliska 

Na koniec moje ulubione - widzicie GO?

wtorek, 8 października 2013

Dzień nauczyciela, czyli masa dziwnych prezentów i zaskakująca wygrana ;)

Jak co roku, z okazji Dnia Nauczyciela dzieci obsypują swoich nauczycieli prezentami. Dzień Nauczyciela przypada na 7 października i ustawowo jest dniem wolnym od pracy - dla nauczycieli, oczywiście. Tak więc świętowanie w szkole odbyło się 4.10, w piątek. Scenariusz podobny jak w zeszłym roku, ale w innej szkole. Jak rok temu, dostałam sporo prezentów, ale w tym roku dwa razy więcej, bo i więcej dzieci uczę.

Lekcje skończyły się przed lunchem, o 11:30. Później były występy dzieci - laotańskie tańce i piosenki. Najciekawszą częścią tego dnia było rozpakowywanie prezentów, a prezenty były bardzo oryginalne ;) Przede wszystkim, wartość prezentów różniła się drastycznie - od myślę 5 tyś kipów (2 zł) do powiedzmy 150 tyś kipów (60 zł). Choć większość prezentów była tak nietrafiona jak tylko to możliwe to i tak zabawa przy rozpakowywaniu była doskonała - parę razy popłakałam się ze śmiechu. Naprawdę, niektórzy rodzice (bo to oczywiście oni kupują te wszystkie prezenty) dali się ponieść wyobraźni.... ;)

Tak wyglądało moje biurko w pokoju nauczycielskim :)

A teraz zaczynamy prawdziwą zabawę! Z racji oryginalności tychże prezentów, postanowiłam niektóre wyróżnić ze względu na emocje jakie mi przysporzyły.... ;)

Zacznę od prezentu, który po rozpakowaniu chciałam jak najszybciej schować. Przyczyna - nie wiedziałam jak zareagować. Zanim jednak prezent trafił z powrotem do swojej pięknej torebeczki, został zauważony przez laotańskie nauczycielki siedzące ze mną w pokoju nauczycielskim. Rozległo się "Teacher, ngam laj, ngam laj" (ngam laj - bardzo ładne, tudzież piękne). Cóż z uśmiechem na twarzy odpowiedziałam, Yeah, ngam laj... A tymczesam w mojej głowie huczało "Co do cholery???" Tak więc prezent ten zdobywa pierwsze miejsce w kategorii "O co chodzi?"

Uprzedzę Wasze pytanie - Co zrobić z czymś takim?
Otóż materiał jest dosyć chłonny, a że w łazience prysznic mi czasem przecieka... no to wiecie.. :)

Następny prezent wygrywa w kategorii "Bardzo chciałam zrobić wrażenie na nauczycielu i .....i prawie mi się udało" 

Luksusowa torebka z francuskiego domu mody prosto z lokalnego centrum handlowego :)
Podobno Louis Vuitton starannie wybiera największe gwiazdy do swoich kampanii,
więc wszystko się zgadza. Znana Wam wszystkim Aleksandra 
będzie prezentować najnowszą kolekcję Louisa w Laosie ;)

Żeby nie było wątpliwości ;)

Kolejny prezent wygrywa w kategorii "Zadbam o swojego nauczyciela" 

Trzeba powiedzieć, że to też bardzo oryginalny prezent.
Wyjaśnienie - zdjęcie poniżej :)

Witaminki dla chłopczyka i dziewczynki!
Nauczyciel ma słaby wzrok - kurde skąd wiedzieli? :)

Długo zastanawiałam się, co znaczy następny prezent. Moje głębokie rozmyślania doprowadziły mnie do wyróżnienia tego podarunku w kategorii "Teacher lubię Cię, ale szkoda mi kasy" 

Szybko wyjaśniam, że prezentem był tylko proszek.
Mydło położyłam, żebyście mogli zrozumieć "skalę" tego prezentu ;)
Dodam, że proszek był w dużym opakowaniu, którego większość była wypchana jakimiś papierami :D

Czas na numer 1 w kategorii "Największa tandeta"

Plastikowa ramka na zdjęcie.
W sumie to dobrze pasuje też do poprzedniej kategorii ;)

Naturalnie pozostałe prezenty też są niczego sobie, a niektóre nawet mi się podobają.

Ciuchy:

Materiał na laotańską spódnicę - prawdopodobnie uszyję sobie z niego kieckę do pracy :)
Jak będzie gotowa to się zaprezentuję 

Hmmm, koszulka do spania? ;)

Oddam w dobre ręce 
Dwa guziki odpadły przy transporcie ;)

A tu marynarska bluzeczka - niestety jakaś taka mała i krótka ;)
Może na Maję będzie dobra? :)

A tu chusty laotańskie. 
Przydają się jak jesteśmy w klimatyzowanym pomieszczeniu.
Może w zimę też ubiorę, żeby okryć ramiona :)

Apaszki - nie bardzo wiem co zrobić z takimi małymi kawałkami materiału...
Jakieś propozycje? :)

A tu kolejny materiał na spódnicę laotańską -
 trochę nie mój styl, nawet ten laotański ;)

Kosmetyki i chemia:

Przyda się :)

:)

To dwa różne prezenty  - 
Mam zapas mydła na rok ;)

Artykuły spożywcze:

Nie ma śmiechu - 
taki sok przynajmniej 15 tyś kipów :)

Całkiem dobre ciasteczka - 
takich opakowań dostałam dwa :)

Inne: 

Szklanki prosto z Tajlandii - 
na zdjęciu 2 prezenty. Od jednego ucznia 3 szklaneczki, 
od drugiego 6. W sumie dziewięć, jak się okazuje, takich samych szklanek  - 
kuchnia wyposażona ;)

 Stylowa laotańska torebeczka - 
szkoda, że mój portfel w środku się nie zmieści ;)

Ramka na zdjęcia i pozytywka w jednym!
Pozytywka z muzyką Chopina :)

Zegar - na szczęście jest bardzo mały (mieści się w dłoni), 
więc nie zagraci za bardzo mieszkania :P

To tyle tych prezentów. W sumie naliczyłam ich 27. 

Po południu, o 17, moja szkoła zorganizowała "party". Ja bardziej nazwałabym to piknikiem, bo "impreza" odbyła się na boisku szkolnym. W sumie to nie byłoby o czym pisać, bo ani jedzenie nie było jakieś dobre, ani nawet BeerLao nie podali. No właśnie, nie byłoby o czym pisać, gdyby nie losowanie, w którym brali udział wszyscy nauczyciele. Manager zapisywał wszystkich przybyłych, a potem umieszczał numerek każdego w pudełku do losowania. Ja z moją koleżanką dotarłyśmy ostatnie, lekko spóźnione. Mój numer był przedostatni, a było ok 60 nauczycieli. Tak więc, ja tu sobie jeszcze pałaszuję ryż z papaya salad, a manager już zaczyna losowanie. I kogo imię padło pierwsze? Ha, moje! Manager powtórzył moje imię trzy razy, zanim je usłyszałam. No to będzie kasa na bilet do Wietnamu, myślę sobie, bo nagrody pieniężne miały być. Losuję jedną z 3 kopert i wyciągam kawałek papieru z wydrukowaną sumą, czyli moją wygraną. Patrzę patrzę i nie wierzę, że tak mało tych zer - 150 000 kipów. Wygląda nieźle? Taaa, szkoda tylko, że to zaledwie 60 zł. No cóż będzie parę drinków wieczorem. Pozostałe dwie nagrody, które zgarnęły 2 laotańskie nauczycielki, to 100 000 i 200 000 kipów. Uplasowałam się więc na 2 miejscu ;)