niedziela, 29 września 2013

Mouk Miew Thiew Thad - ogródek piwny ze zmotoryzowanymi kelnerami

Kilkanaście kilometrów od centrum miasta, w wiosce Ban Nong Hai, mieści się uroczy ogródek piwny, "Mouk Miew Thiew That". Miejsca tego na pewno nigdy byśmy nie znaleźli gdyby nie nasz znajomy, który w owej wiosce mieszka. Miejsca takie jak te są zawsze ukryte i jadąc drogą widzimy jedynie znak, który informuje, że jakaś dróżka prowadzi do danego beer gardenu. Dobrze jeśli nazwa jest po angielsku, ale im dalej od centrum miasta tym mniejsza szansa na angielsko-brzmiące nazwy. Ta zdaje się miała nazwę w laotańskim skrypcie. Ale co w tym ogródku było inne od większości beer gardenów w Wientianie? Przede wszystkim spokój i cisza.





 We wszystkich ogródkach piwnych, w których byłam do tej pory, muzyka puszczana jest tak głośno, że trzeba krzyczeć, żeby móc porozmawiać. W ogóle Laotańczycy uwielbiają puszczać muzykę tak głośno jak tylko to możliwe. Jak jest jakieś przyjęcie, czy wesele muzyka puszczana jest z ogromnych głośników wystawionych na zewnątrz tak, żeby wszyscy sąsiedzi, albo najlepiej cała wioska słyszała jak się bawią. Karaluchy i pająki w łażą po domu, ale ogromne głośniki w każdej chacie muszą być ;)

Tak więc w "naszym" ogródku piwnym jest spokój, przynajmniej w tych chatkach, bo w głównej części ze stolikami i krzesłami muzyka szaleje. Ale to jest daleko od nas więc nic nam przeszkadza. Możemy spokojnie leżeć w chatynce przy wiatraczku i patrzeć jak w stawie pluskają rybki. No właśnie napisałam, możemy leżeć. To jest druga rzecz, która mi się podobała. Nie ma jak po dobrym posiłku i BeerLao położyć się i odpocząć. Z jakiegoś powodu nie ma wiele takich restauracji w Wientianie, albo przynajmniej o nich nie wiem. "Leżące" restauracje są bardzo popularne w Vang Vieng (wpis o Vang Vieng tutaj). Ta, w której byliśmy była pełna, ostatnie wolne miejsce znaleźliśmy.


W związku z tym, że ogródek piwny składa się z wielu chatek położonych nad dwoma stawikami, kelnerzy mieliby spory problem w obsłużeniu klientów, gdyby nie ich pomysłowość. Postanowili wykorzystać swoje motorki do obsługi klientów. Jeżdżą swobodnie swoimi jednośladami z tackami z jedzeniem wokół 2 stawów, naprawdę ciekawy widok :) Jednak nawet zmotoryzowani kelnerzy poruszają się w Laosie jak muchy w smole. Na jedzenie trzeba czekać długo i mylą się w zamówieniach. Zamówiłam rybę na parze i wyraźnie poprosiłam o nie dodawanie kolendry, ryba oczywiście przyszła obsypana piękną zieloną kolendrą. Trzeba było poprosić, żeby pan zabrał jedzenie z powrotem. Założę się, że zdjęli kolendrę i przynieśli tę samą rybę, bo pary razy poczułam ukochane zielsko. Ale cóż, w Laosie to normalne i każdy powinien się przygotować, że wszelkie usługi w Laosie są cholernie dalekie od standardów europejskich. No i jak się pomylą, czy coś spierniczą to przecież "baw pen nyang", czyli nic się nie stało. A tak przy okazji, wiecie co mówi się tu o pełnej nazwie Laosu, która brzmi Lao PDR - PDR: please, don't rush :) No, więc bez pośpiechu w Laosie, cokolwiek robicie :)


A to jest bardzo proste i prymitywne urządzenie do przywoływania kelnera :D

Na koniec, ciekawa przekąska, którą zamówiłam sobie do piwa - skóra bawoła. Skórę taką najpierw się suszy, a potem smaży. Pamiętam jak jadłam ją pierwszy raz kilka miesięcy temu w domu u znajomych Laotańczyków. Nie wiedziałam, co przygotowują w kuchni, ale nagle po mieszkaniu rozniósł się taki smród, że myślałam, że będę musiała wyjść na zewnątrz. Było mi niedobrze, zostałam tylko z grzeczności. Śmierdziało jakby ktoś przysmażał trupa, obrzydliwość! Jakież było moje zdziwienie, kiedy tę przekąskę podano do stołu. Smród jak za dotknięciem magicznej różdżki zniknął, a przekąska wyglądała całkiem apetycznie. A jak smakuje suszona-grillowana skóra bawoła? Bardzo dobrze! Jest słona i chrupka, tylko czasem bardzo twarda, więc trzeba mieć mocne zęby ;)

Skóra bawola się suszy - zapach intensywny, że tak powiem ;)

A tu ta sama skóra na moim talerzu :)

Jedyny minus "naszego" ogródka piwnego to brak menu po angielsku. Niestety, wszystko jest po laotańsku i oczywiście kelnerzy ni w ząb nie znają angielskiego. Dobrze więc znać parę potraw po laotańsku. My mieliśmy też szczęście, że nasz znajomy Amerykanin przyprowadził przyjaciela Laotańczyka. Gdyby nie on, moje zamówienie skończyłoby się na rybie i piwie, a tak miałam jeszcze egzotyczną przekąskę ;) Gdyby ktoś chciał opisany ogródek piwny znaleźć, należy pojechać do Nong Hai Village (w stronę Friendship Bridge) - nie pomylić z Nong Khai, miastem przygranicznym w Tajlandii! Znak z piwem BeerLao będzie przy sklepie meblowym Index Furniture, po prawej stronie jadąc od centrum miasta. Polecam wybrać się chociażby na piwo. Zawsze też można zaglądnąć co jedzą sąsiedzi w chatce obok i powiedzieć, że chce się to samo "same same" po angielsku ;) wystarcza, a jak nie to mówimy po laotańsku kheu-kan (eu czytane jak "i" w wyrazie sir). Powodzenia !

piątek, 20 września 2013

Longkong & longan - tropikalne owoce

Niedawno odkryliśmy 2 nowe lokalne owoce.

Tajska nazwa pierwszego to longkong. W wikipedii występuje pod nazwą lansium domesticum. Ten ciekawy owoc wygląda odrobinę jak mały ziemniak. Pojedynczy owoc jest przeważnie trochę większy niż winogrono i tak jak winogrona longkongi rosną w kiściach. Z łatwością obieramy skórkę, a w środku znajdujemy lśniący owoc podobny kształtem do mangostina i kolorem do liczi. W owocu możemy znaleźć 1 do 3 małych pestek. Wikipedia podaje, że longkong ma smak podobny do winogron. Ja z tym opisem nie do końca się zgadzam, bo za winogronami nie przepadam, a longkongi bardzo mi przypadły do gustu. Są bardzo słodkie, ale im bliżej środka owocu i pestki tym bardziej kwaśne - bardzo ciekawe połączenie. W ogóle, owoc ma bardzo intensywny smak, jest też bardzo soczysty. Jest tylko jedno ale - nie polecam konsumowania go, jeśli nie mamy w pobliżu mydła. Sok z longkonga, którym na pewno upapramy ręce, jest dziwnie klejący i ciężko zmyć tę lepkość, nawet mydłem. Podsumowując, uważam, że longkong, czy jak go tam zwał, jest pyszny i zdecydowanie polecam ten śmieszny "ziemniaczany" owoc :)




Drugim interesującym owocem jest longan. Longan należy do tej samej rodziny owoców co liczi. Po obraniu ze skórki wygląda praktycznie tak samo jak liczi. Różni się tym, że w środku znajduje się lśniąca, czarna i okrąglutka pestka. Ze względu na tę pestkę owoc nazywany jest "smoczym okiem" - nazwa wywodzi się z chińskiego. Owoc jest bardzo soczysty i delikatny w smaku, trochę podobny do liczi. Według Chińczyków longan ma działanie relaksujące, a że przecież miliony Chińczyków nie mogą się mylić, to zabieram się do jedzenia ;) Smacznego!





sobota, 14 września 2013

Co warto zjeść w Laosie?

O gustach się nie dyskutuje, więc to co napiszę będzie moją subiektywną opinią. Naturalnie zachęcam do indywidualnego eksperymentowania z jedzeniem zawsze podczas podróży, bo jedzenie to część przygody :)

O tym co dziwnego można zjeść w Laosie pisałam tutaj. Więc dziś będzie o jedzeniu dla szerszej grupy smakoszy :), czyli o tym  co dobrego można tu zjeść (oczywiście wg. mnie).

W Laosie naturalnie dominuje ryż, specjalnością Laosu jest tzw. sticky rice, za którym przepadam (po laotańsku khao niaw). Je się go rękami ugniatając niewielkie kuleczki, które maczamy w paście z chilli.


Najpopularniejszą potrawą jest, a właściwie są 2 zupy. Obie zupy mają takie same składniki i różnią się tylko makaronem. Pierwsza (moja ulubiona) to foe - charakteryzuje się bardzo długim i cienkim makaronem, druga to khao piak z grubszym makaronem. Obie zawsze sami doprawiamy dowolną ilością chilli, maggi i sosu z kałamarnicy. Obie zupy (noodle soup) są najczęściej podawane z różnymi ziołami, min. kolendrą. Osobiście nie znoszę kolendry (uwaga - smakuje ona tutaj zupełnie inaczej niż w Polsce!), więc zawszę proszę, żeby mi jej nie dodawano. Zupy te można kupić na ulicy za 10 tyś kipów (4 zł).
Khao piak

Laotańczycy jedzą wiele potraw przygotowanych na szybko w woku. Smażą ryż lub makaron z warzywami i wybranym przez nas mięsem lub owocami morza - polecam!



Bardzo często jedzoną potrawą w Laosie jest również "laap". Laap to potrawa składająca się ze zmielonego mięsa (lub ryby) i ziół. Rodzaj mięsa wybieramy sami. Ja niestety tej potrawy nie jadam przede wszystkim ze względu na ogromną ilość kolendry. Zresztą jakoś za mielonym mięsem też nie przepadam..


Zarówno w restauracjach jak i na targach można kupić grillowane mięso lub ryby. Są też owoce morza (grillowane lub suszone) i sajgonki.




A tu mamy obiad prosto z targu - tzn. kupiony na targu, a zjedzony w domu :)
(wszystko cieplutkie i pachnące)

Moją potrawą numer jest ryba na parze (tilapia) z ostrym sosem z chilli i limonki. W menu znajdziecie ją jako steam lemon fish (nigdy nie piszą steamed :)), albo możecie po laotańsku pytać o "panin mak nao" - palce lizać, pod warunkiem, że lubicie ostre jedzenie. Zresztą większość potraw laotańskich bardzo ostra :)


A to Sin Dart -  przepyszny grill po laotańsku

Sami smażymy sobie mięsko, a wokół gotują się warzywa i makaron
Taka potrawa DIY (do it yourself) ;)

Tu mamy ciekawy zestaw - mała zupka, rybka, warzywa i sticky rice z mango :)

Nie można pominąć tutejszych owoców, których wielu nadal nie umiem nazwać. Owoce czasem wyglądają dziwnie, ale zawsze smakują znakomicie. Wszędzie można zamówić pyszny sok lub shake ze świeżych owoców - wybór jest naprawdę imponujący.

Shake arbuzowy 

Sok z limonki - bardzo orzeźwiający
Obok soku placek ze sticky rice - mniam! 

Pisząc o napojach nie mogę zapomnieć o mojej ulubionej herbacie, tzw. ice lemon tea, lub po laotańsku saa mak nao. Zapewniam, że nie jest to zwykła herbata z limonką. Nie wiem co do niej dodają (jak to odkryję to napiszę osobny post z przepisem), ale smakuje nieziemsko! 


Z napojów niealkoholowych mamy doskonała kawę, o której już wiele razy pisałam. Jeśli ktoś ma ochotę na procenty to musi się napić BeerLao, które jest narodową dumą. Jest też laotańska whiskey tzw. lao lao, ale tę polecam zdesperowanym. Podobno po większej ilości kac jest ogromny. Cieszy się jednak powodzeniem ze względu na śmiesznie niską cenę - ok 8 tyś kipów za butelkę 0,7 l.

Na koniec laotański deser na targu - kokosowe kulki z nadzieniem :)

To co nie jest chyba tak źle z tym laotańskim jedzeniem, nie? :) A Wy, na które z powyższych dań mielibyście ochotę?

niedziela, 8 września 2013

Ciekawostki z laotańskiego menu :)

W piątek wybraliśmy na kolację do pewnej restauracji w naszej okolicy. Ceny były całkiem ok, więc zasiedliśmy i zaczęliśmy studiować menu. Wiele razy w knajpach widziałam niestworzone nazwy potraw wynikającego ze złego tłumaczenia, ale tym razem było wyjątkowo zabawnie! Zresztą zobaczcie sami :)

Ps. Zdjęcia są jakie są, bo robione nocą moim stuletnim telefonem ;)

Pozycja nr 6  - pornografia w sosie z lemoniady :D
 Oczywiście miało być pork in lemon sauce :)

A tu mamy smażony wyrostek robaczkowy z czosnkiem - pozycja nr 2
oraz smażona kacza szczęka - pozycja nr 9

Ja tym razem "bezpiecznie" (o ile bezpieczne jest jedzenie surowej ryby w Laosie) zamówiłam łososia z wasabi. A Wy na co byście się skusili? :)

czwartek, 5 września 2013

Hi, I'm Beer. Nice to meet you :)

Na pewno wszyscy pamiętają reklamę sprite - "ja jestem sprite, a ty pragnienie". U nas to tylko zabawna reklama, a sprite to tylko napój. W Laosie sprite może być czyimś imieniem...

Zacznijmy od początku. W Laosie oprócz tego, że każdy posiada imię i nazwisko, większość osób ma także tzw. nickname. Rodzice nadają swojemu nowonardzonemu dziecku piękne imię i niekoniecznie piękny pseudonim, czy ksywę (nickname). Nadawanie ksyw jest tutejszą tradycją i oczywiście wiąże się z przesądami. Dawniej, kiedy opieka zdrowotna nie była dostępna, śmiertelność wśród noworodków była bardzo wysoka. Żeby odstraszyć złe duchy, które porywają niemowlęta, Laotańczycy nadawali maluchom pseudonimy. Pseudonimy specjalnie nie brzmią zbyt uroczo. Wszystko po to, żeby duchy nie zabrały rodzicom dziecka. Nadaje się takie ksywy jak np. Thooey (Gruby/Gruba), czy Dahm (Ciemny/a lub Mroczny/a). Z taką ksywą dziecko jest bezpieczniejsze, bo jaki straszny duch będzie chciał zabrać naszego Grubego czy Mrocznego? ;)

Niektóre pseudonimy są naprawdę fatalne np. Humnoy, co znaczy małe jądra. Można też nazywać się Żaba - również mało urokliwe. Ale serio, nie wiem jak można iść spokojnie przez życie z ksywą Małe Jądra... :D

Ostatnimi czasy pojawiły się inne ciekawe pseudonimy. W związku z tym, że cywilizacja już dotarła do Laosu (powiedzmy ;)), to pojawiły się takie imiona jak Fanta, Honda czy Cola. Tak... czasem to nie jest nawet pseudonim, ale faktyczne imię. W klasach, w których uczę mam np. uczniów, którzy się nazywają Beer, Fanta (Fanta ma podobno brata Pepsi), Nike, Fila, Gap, Tiger, Boy (bardzo popularna ksywa), Back i inne. W zeszłym roku miałam dwie dziewczynki, które nazywały się Pupe i chłopca o imieniu Anousa (czyt. Anusa) :) Popularne ksywy wśród dziewczynek to np. Nana, Nini, Emmy, Nuni, Sandy. Niektóre są uniwersalne jak np. Noy, czy Katai.

Śmiesznie i trochę dziwnie, kiedy w klasie mówię: Fanta, can you read the first sentence? albo Beer, stop talking, please. Ogólnie rzecz biorąc, dla mnie to fajna sprawa, bo łatwiej mi zapamiętać takie ksywy niż niektóre koszmarnie długie i skomplikowane imiona.

A Wam jak się podobają Laotańskie ksywy? :)