sobota, 10 sierpnia 2013

Powrót!

Nasze wakacje w Polsce powoli dobiegają końca i zaczynają się powolne przygotowania do wyjazdu. Tak, wracamy do Laosu! Bilety już kupione i 20 sierpnia lecimy do Bangkoku. Już się nie mogę doczekać nowych, wspaniałych miejsc, które zobaczę. Wiem jednak, że znów będziemy zaczynać wszystko od początku, chociaż będzie łatwiej niż poprzednim razem. Praca czeka, szkoła dla Mai też, znamy miasto i znajomych mamy, ale... znów trzeba będzie znaleźć mieszkanie lub dom (co w Laosie jest nie lada wyzwaniem), znów trzeba będzie kupić motocykl, albo 2 i pewnie wiele innych rzeczy...

Psychicznie przygotowujemy się na wielkie upały, ogromną wilgotność i nagłe obfite opady deszczu. Niestety w Laosie jeszcze trwa pora deszczowa i będzie nas męczyć do października. Szczerze mam nadzieję, że na ochłodzenie (temperatury poniżej 30 stopni) nie przyjdzie nam tak długo czekać jak w zeszłym roku - do grudnia. 

Psychicznie również przygotowujemy się na walkę z komarami, które doprowadzają do szału przez cały rok, 24 godziny na dobę. Tak, nawet w pełnym słońcu w samo południe te małe paskudztwa nie odpuszczają. Po powrocie do Polski zauważyłam, że nasze, polskie komary są dużo większe i wydają tak dobrze wszystkim znany dźwięk bzzzzzzzz. Laotańskie komary są mniejsze, choć w sumie nic to nie znaczy, bo skurczybyki przebiją się nawet przez jeansy. Co jest natomiast ciekawe, to to, że laotańskie komary są bardzo ciche. Przez 10 miesięcy to upierdliwe bzzzzzzzz usłyszałam tylko 2 razy. Z jednej strony to dobrze, bo ten dźwięk potrafi naprawdę wkurzyć, zwłaszcza jak się leży w łóżku i czeka na sen. Z drugiej strony, paskudy atakują bez żadnego ostrzeżenia. Będąc w Laosie, w moim pierwszym domu, z racji dużej ilości komarów w okolicy, nauczyłam się łapać i zgniatać te małe france jedną ręką. To naprawdę ciekawa umiejętność :)

Ostatnie dni w Polsce mam zamiar wykorzystać spędzając czas z rodziną i przyjaciółmi. Będę też piła dużo wina (w Laosie wino jest bardzo drogie i mało kto je pije), jadła dużo serów, szynek i kabanosów, jako, że tych wspaniałości w Laosie albo nie ma, albo są kosmicznie drogie. 

W Laosie będę planować nowe wycieczki, szkolić mój laotański i objadać się tamtejszymi smakołykami. 
Jestem jak zwykle podekscytowana kolejną daleką wyprawą, ale wiem też, że znów będę tęsknić za rodziną i przyjaciółmi, więc apel do Was moi bliscy - zbierajcie na bilety i odwiedźcie nas!!! Życzcie nam zdrowia i ciekawych wycieczek! 

Wientian

3 komentarze:

  1. Pisz więcej Olu - jestem bardzo ciekawa, jak się dalej Wasze losy w Laosie potoczą :D

    Pozdrowienia z Chicago :)

    OdpowiedzUsuń
  2. He he- wino, ser, szynki, kabanosy. Az mi slinka cieknie, bo w Chinach mi dokladnie tego samego brakuje. I jeszcze zapiekanki tez brakuje...

    OdpowiedzUsuń