środa, 31 lipca 2013

Nam Ngum Dam - wyprawa nad laotański zalew

Przypomniała mi się bardzo fajna wycieczka, która miała miejsce w styczniu bądź w lutym. Z niewiadomych przyczyn zupełnie o niej zapomniałam i chyba nigdy na blogu o niej nie wspominałam, a warto.

Nam Ngum Dam to zalew utworzony na rzece Nam Ngum. Jest on największym zbiornikiem wodnym w Laosie. Znajduje się 90 km od Wientianu i jest to miejsce, które trzeba zobaczyć będąc w Wientianie, zwłaszcza jeśli ktoś lubi kąpiele i opalanie :) Jako, że było nas 5 osób wynajęliśmy minivana, który zawiózł nas nad zalew, czekał aż się wybawimy i odwiózł z powrotem do Wientianu. Nie jest to droga opcja jeśli koszty podzielimy między kilka osób. Vany takie mieszczą do 9 osób. Nie pamiętam ile dokładnie trwała podróż w jedną stronę, ale myślę, że spokojnie można liczyć 2 godziny.

Była piękna, słoneczna zimowa pogoda :) W sam raz na opalanie. Jezioro na pewno było chłodniejsze niż w lecie, ale woda nie była za zimna. Wynajęliśmy sobie na miejscu łódeczkę. Oczywiście negocjacje trwały długo, bardzo długo... i ja w nich jak zawsze najaktywniej uczestniczyłam. Kiedy doszliśmy do wniosku, że cena jest w miarę rozsądna (i tak ciągle miałam wrażenie, że mogłam się lepiej wytargować ;)) wyruszyliśmy na małą bezludną wysypkę, którą mieliśmy tylko dla siebie. Teren jest lekko kamienisty więc warto zabrać ze sobą matę bambusową (w Laosie jest mnóstwo i są sporych rozmiarów).

Negocjacje.... :)

Nasza łajba

Zabawa na "naszej" wysepce 

Na zalewie jest kilka łajb przekształconych w restauracje, więc można zjeść smaczny obiadek popijając Beerlao :) Wypoczęliśmy, popływaliśmy i pojedliśmy. No i przede wszystkim podziwialiśmy widoki - są piękne!
Pływająca restauracja 

Nic tylko podziwiać!








Wycieczkę można połączyć z wyjazdem do Laotańskiego Zoo, które jest jakieś 30 km od Nam Ngum. Dla ścisłości, jadąc od Wientianu pierwsze zwiedzamy zoo, a potem jadąc kolejne 30 km na północ docieramy nad Nam Ngum. Polecam!

sobota, 27 lipca 2013

Wizyta u fryzjera w Laosie?

Przed wyjazdem do Laosu założyłam, że do fryzjera tam się nie wybiorę. Nie chodziło tylko o to, że Laos to biedny kraj i że fryzjerzy mogą gorszymi fachowcami niż u nas. Moją obawę wzbudzał fakt, że nie mają oni na co dzień doświadczenia z białymi obcokrajowcami, albo raczej ich włosami. Nie jest żadną tajemnicą, że nasze włosy są inne niż włosy Azjatów. Zakupiłam więc sobie farbkę do włosów w Polsce i szerokim łukiem laotańskich fryzjerów omijałam. Było oczywiście kilka zakładów fryzjerskich, lub nawet bardziej takich spa, które ładnie i fachowo wyglądały, jednakże moje delikatne blond włosy mogłyby mimo wszystko ucierpieć - tak przynajmniej mi się wydawało :) Jedno jest pewne jak pójdziecie do laotańskiego fryzjera (mówię o kobietach) nikt was na krótko nie obetnie :), albo przynajmniej będzie wam mocno odradzać. W Laosie kobiety mają długie włosy. Krótkie fryzury się nie podobają i nie są kobiece. Laotańczyk nie zainteresuje się Laotanką o krótkich włosach. Kiedyś znajomy Laotańczyk powiedział mi, że jak Laotanka ma krótkie włosy to znaczy, że jest lesbijką :)

Tak wygląda przeciętny zakład fryzjerski w Wientianie - 
wybralibyście się do takiego fryzjera? ;)

wtorek, 16 lipca 2013

WTC - Laotańskie World Trade Center

Już sama nazwa World Trade Center zupełnie nie pasuje do Laosu, a jednak w Laosie, a dokładnie w Wientianie chcą zbudować ogromne centrum handlowe i rozrywkowe z pięciogwiazdkowym hotelem, prywatnym apartamentowcem i wieżowcem-biurowcem.

W Laosie nie ma żadnych drapaczy chmur. Najwyższe budynki to przeważnie hotele lub banki w Wientianie. O tym ogromnym centrum czytałam jeszcze przez wyjazdem do Wientianu. Samo centrum handlowe ma mieć powierzchnię 200 tyś metrów kwadratowych, a budowa całego centrum ma zając 11 hektarów. Jak przyjechałam był tylko plac budowy, ogromny plac budowy. Co się zmieniło po 10 miesiącach? Wybudowali jeden, stosunkowo niewielki budynek (exhibition center).

Jedyny ukończony budynek z projektu WTCLAO

Umowę pomiędzy firmą budowlaną a rządem laotańskim zawarto w październiku 2011 roku. Ile potrwa budowa i czy kiedykolwiek zostanie ukończona nie wiadomo. Plan był taki, żeby będzie to największe centrum handlowe (i nie tylko) w całej południowo-wschodniej Azji. Biorąc pod uwagę biedę tego kraju, projekt ten przypomina porwanie się z motyką na słońce. Wiele osób w Wientianie jest bardzo sceptyczna i ma wątpliwości, czy projekt zostanie kiedykolwiek ukończony. Oczywiście rodzi się też inne pytanie. Czy jest sens budowanie tak ekskluzywnego centrum (mają tam być sklepy takie jak np. Channel) w kraju, w którym średnia miesięczna pensja wynosi 100 USD? Większość Laotańczyków nie będzie stać na to, żeby pójść tam zakupy, do restauracji, czy skorzystać z drogich rozrywek jak kino i ekskluzywne baseny. Czy centrum przyciągnie obcokrajowców? Nie wiadomo. Cóż na razie wszyscy czekają, aż zobaczymy pierwszy (150 metrowy) wieżowiec w Wientianie :) Osobiście jestem ciekawa jak to się skończy. Zdaję sobie też sprawę, że jeśli projekt zostanie ukończony na zawsze zmieni się krajobraz Wientianu. Czy to dobrze czy nie, ciężko ocenić. Mieszkając w Laosie przez 10 miesięcy mam pewne pojęcie na temat tego kraju i przede wszystkim samej stolicy. W Wientianie nie ma wielu rozrywek, jedyne kino, które znajduje się w Wientianie puszcza tajskie filmy, lub zachodnie filmy z tajskim dubbingiem. Jedyny miejski basen do nowoczesnych też nie należy (nie mówię o basenach w hotelach czy drogim centrum fitnessu). Takie centrum z pewnością rozwiąże problem braku rozrywek w mieście. Pytanie, czy zostanie kiedykolwiek ukończone...

Zdjęcia poniżej przedstawiają plany (nie obecny wygląd) laotańskiego World Trade Center. 
Zdjęcia ze strony wtclao







wtorek, 9 lipca 2013

The Little House - japońsko-laotańska kawiarenka

Brytyjski pisarz i poeta powiedział, "The first condition of understanding a foreign country is to smell it". Mądre stwierdzenie. Ja do powąchania dodałabym skosztowanie. Bardzo się sprawdza zwłaszcza w krajach takich jak Laos, gdzie często nasze nozdrza są atakowane wieloma nieznanymi zapachami. Te zapachy trzeba poznać. Taka ciekawość zaprowadzi nas w niesamowite miejsca. Dlaczego piszę o zapachu? Bo właśnie wspaniały zapach kojarzy mi się z kawiarnią The Little House w Wientianie. Zapach kawy. Cudowny zapach, którym rozkoszuje się nasze ciało. Zapach, smak i prostota. Te trzy rzeczy będziecie pamiętać jeśli wybierzecie się do tej japońsko-laotańskiej oazy. Mały domek ukryty w zielonym ogródku nie woła zapraszając z ulicy. Kawiarenka jest tak ukryta, że gdyby nie moja koleżanka, która mnie tam raz zaprowadziła, nigdy bym jej nie znalazła. A nawet gdybym wypatrzyła ją z ulicy pewnie bym nie weszła, bo wygląda tak zwykle i prosto. Ale kiedy człowiek skusi się i zajrzy do środka to właśnie ta prostota w japońskim stylu i unoszący się zapach kawy urzeknie nas i sprawi, że będziemy chcieli zasiąść w wygodnych bambusowych fotelach. A co w menu? Niby nie wiele, ale o to właśnie chodzi. Kawiarenka oferuje całą gamę różnych kaw i herbaty, ale przede wszystkim kawy. Tak, bo ta kawa jest tam najważniejsza. A kawa jest niebiańsko pyszna. Rozkosz dla podniebienia. Zabawne, że mówię to ja, osoba, która przed wyjazdem do Laosu kawy nie lubiła i praktycznie jej nie piła.

Pisałam już o pysznie gęstej tradycyjnej laotańskiej kawie, o wietnamskiej kawie o smaku czekolady, o subtelnej kawie z dodatkiem mleka kokosowego. Czy ta kawa jest inna? Tak. Czy jest lepsza? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, ale zdecydowanie byłaby na moim kawowym podium. Ta kawa, w odróżnieniu od wszystkich, o których pisałam jest stosunkowo droga. Za wszystkie inne zapłacimy od 10 do 15 tyś kipów (4 - 6 zł). Ta, kosztuje w okolicach 20 tyś, ale ceny są różne, najbogatsza wersja z lodami kosztuje 35 tyś kipów. Warto!

Jak pisałam, zapach kawy czuć w całej kawiarence. Jest tam cicho i spokojnie, choć The Little House leży niedaleko ruchliwej ulicy. Jeden zakręt i jesteśmy na wąskiej, krótkiej uliczce, gdzie na tyłach ogrodu znajduję mały domek, w którym podają jedną z najlepszych kaw w mieście. Będąc tam zapominamy, że jesteśmy w centrum miasta, to miejsce to oaza spokoju. Skromny, wręcz ascetyczny wystrój tego miejsca, zielony ogród, cisza i spokój pozwalają nam delektować się kawą bez niepotrzebnych rozpraszających bodźców.

I na koniec ciekawostka dla palących. W środku obowiązuje zakaz palenia, ale jest jeden malutki, skromny, drewniany stolik na zewnątrz, gdzie można do kawy zapalić papierosa, a kelnerka przyniesie popielniczkę wypełnioną świeżo zmieloną kawą. Podoba mi się taka dbałość o szczegóły.

Nie pomińcie tego miejsca będąc w Wientianie! Kawiarenka znajduję się na ulicy Rue Manthatourath. Smacznej kawki!




Ach ta kawa... :)

niedziela, 7 lipca 2013

Chiang Mai (dzień 3) - Snake Farm & Orchid Farm

Oj coś ciężko mi idzie dokończenie wątku Chiang Mai. Jestem na wakacjach w Polsce i niby dużo czasu na wszystko mam, ale jakoś zebrać się nie mogę... Może za mało słońca i brak tropikalnych temperatur? :)

Ale wracamy do Chiang Mai, pięknego Chiang Mai. Na trzeci i ostatni dzień naszego pobytu zaplanowałam zwiedzenie farmy węży i farmy orchidei. Oba miejsca znajdują się na obrzeżach miasta w bliskiej odległości od siebie, więc dobrze połączyć je w jedną wycieczkę.
Pierwsze farma węży. Oprócz oglądania węży na turystów czeka największa atrakcja  - show, gdzie treserzy prezentując swoją odwagę i brawurę "bawiąc" się z wężami. Widzimy jak je całują (tak te jadowite też!), czy łapią za ogon, żeby za sekundę uciec od atakującego ich węża. W pobliżu siedzi pani z mikrofonem, która po angielsku w zabawny sposób komentuje poczynania treserów. Jest jeden szczególny moment w całym show, który wywołał panikę i konsternację u niektórych widzów. Zdradzać szczegółów jednak nie będę bo zepsułabym zabawę tym, którzy tam pojadą :) Można zobaczyć również jak pozyskują jad z kobry. Można też z tą samą jadowitą kobrą zrobić sobie zdjęcia. Jakoś nie było wielu chętnych, ale jak się domyślacie ja nie mogłam przeoczyć tak ciekawego doświadczenia :) Show ogólnie bardzo fajnie zorganizowane, nie za długie, nie za krótkie, z odpowiednią ilością dostarczanych widzom emocji. Pokazy są często, jak przyszliśmy akurat kończył się jeden, zaraz po nim był następny, więc nie ma się co martwić. Po pokazie można spokojnie pospacerować po farmie i podziwiać różne piękne okazy. Mają też skorpiony, którego pozwoliłam położyć na sobie... Troszkę się czułam nieswojo, jakoś więcej odwagi miałam do węży. Ale skorpion nie był jadowity i był bardzo spokojny. Zostawił tylko małą plamkę na mojej koszulce. Chyba się zesikał, a to ja się go bałam! ;) Podsumowując - miejsce warte zwiedzenia, a ceny bardzo przystępne.

Nawet Sylvester Stallone tu był kręcił "Rambo"

Szaleni i nieustraszeni :)

Dobre ujęcie, nie? :)

Buziaki!

Jad z kobry

A tu z tą samą kobrą - treser mocno "dziób" jej ściska, żeby mnie nie ukąsiła, a ja się wydurniam ;)

A potem w miejscu skorpiona została plamka sików :)

Zmagania z pytonem - ten nie był jadowity!

Następnie wraz z naszym kierowcą (zadzwoniliśmy do tego co nas po świątyniach i fabryce jedwabiu obwoził) pojechaliśmy do farmy orchidei. Z tego co czytałam przed wyjazdem jest to nie tylko farma kwiatów, ale także farma motyli. Słyszałam, że siadają na rękach i można wspaniałe zdjęcia zrobić. Niestety miejsce to trochę mnie rozczarowało. Po pierwsze, farma wydawała mi się mało zadbana... Było trochę pięknych okazów, ale wiele kwiatów nie kwitło, lub były po prostu ususzone. Po drugie, nie było żadnych motyli. Nie jestem pewna, czy farma podupada, czy też pora roku była nieodpowiednia. Być może w innym sezonie jest więcej kwiatów i są motyle. Sumując, można na farmę zajrzeć, bo jest po drodze (wracając z farmy węży), po drugie wejście kosztuje grosze - parę złotych, za Majkę nawet nie musieliśmy płacić. Nie warto jednak robić z tego punktu docelowego.




Jak widać, niestety nie kwitła


Ta miała kosmiczny kolor i wzór
 


Po powrocie do miasta i obiedzie jak zwykle wyszukałam jeszcze jedną świątynie, którą koniecznie chciałam zobaczyć :) Wybraliśmy się do świątyni Wat Chiang Man, która została wybudowana w 1297 roku i jest najstarszą świątynią w Chiang Mai. Świątynia znajduje się w starym mieście, więc spokojnie spacerkiem można tam dotrzeć. Świątynia bardzo ładna, choć skromna, ale jak wszystkie otoczona zielenią. Czasem mam wrażenie, że ogrody przy świątyniach bardziej podobają mi się od samych świątyń :) Oczywiście popełniłam małą gafę i nieodpowiednio się ubrałam. Czasem naprawdę trudno przewidzieć kiedy i w których świątyniach będą wymagać zakrytych ramion i kolan, a kiedy nie. Warto więc zawsze albo się trochę pozakrywać przed wyjściem z domu, albo zabrać coś do zarzucenia na siebie. Na moje szczęście przed świątynią za drobną opłata pani wypożyczyła chusty. Nawet dobrała je kolorystycznie do mojej bluzki, z jednej zrobiła spódnicę, drugą zarzuciła mi na ramiona. Byłam straszliwie cukierkowo różowa! :D



Ja w moim bardzo różowym okryciu :D



Na koniec jedna ważna rada dotycząca wyjazdu z Chiang Mai. Miasto to jest bardzo popularne wśród turystów i transport (czy to autobus czy pociąg należy zarezerwować jak najwcześniej!). Mnie wydawało się, że jak pójdę na stację kolejową w przeddzień wyjazdu to wystarczy. No nie za bardzo... Okazało się, że nie ma ja już miejsc, ani do wagonów sypialnianych, ani do do wagonów klimatyzowanych. Pozostały nam dwie opcje do wyboru: wagon siedzący bez klimatyzacji z lekko odchylającymi się siedzeniami (to była klasa druga), lub to samo bez odchylanych siedzeń (klasa trzecia). Oczywiście wybraliśmy tę odrobinę bardziej komfortową opcję, ale i tak polecam wagony sypialniane. Siedzenie przez 15 godzin było raczej męczące... Nawet tej klimatyzacji tak nie brakowało, bo pociąg wyjeżdża późnym popołudniem i jedzie się przez całą noc, więc wiaterek całkiem przyjemnie chłodzi. Jednak nie ma to jak wyłożyć się na łóżeczku, nawet jak wygląda to jak więzienna prycza :)

I jeszcze jedno 3 dni to za mało!!! Koniecznie zarezerwujcie sobie przynajmniej tydzień. Ale uwaga - w mieście można się bardzo szybko zakochać i ciężko je opuścić. Ja tam wrócę. Na pewno. Postanowione! :)

 A to polecam do picia w upalne dni - lemon shake po lewej i mrożona herbata po prawej
 (ta herbata jest niesamowita, w Laosie też takie podają)

Widok z pociągu - szkoda, że jechaliśmy nocą, bo widoki (dopóki przynajmniej mogłam je podziwiać) 
były spektakularne!