sobota, 29 czerwca 2013

Chiang Mai (dzień 2) – Zoo i sobotni targ nocny

Po dłuższej przerwie spowodowanej wyjazdem do Szwecji wracam, żeby pisać o kolejnym dniu w Chiang Mai, miasteczku, które pokochałam od pierwszych godzin...

Na drugi dzień naszego pobytu zaplanowałam zwiedzanie lokalnego zoo, które połączone jest z pięknym akwarium. Zachwycił mnie porządek, egzotyczna roślinność i zwierzęta. W zoo dostajemy mapkę, która pomaga w poruszaniu się po tym całkiem sporym terenie. Zwiedzamy w upale i palącym słońcu. Na szczęście w zoo znajduje się wiele miejsc (są również oznaczone na mapie), gdzie można usiąść, odpocząć, zjeść i przede wszystkim napić się czegoś zimnego. Przynoszenie własnych napojów nie ma większego sensu, bo po chwili zamiast chłodnej wody mamy ciepłą zupę. Zwiedzanie jest męczące, ale warte wysiłku. Słonie, żyrafy, krokodyle, małpy to tylko niektóre ze zwierząt (jest ich ponad 2000), które możemy podziwiać w pięknym i zadbanym zoo, bardzo różnym od tego laotańskiego ;). W cenie biletu jest również zwiedzanie akwarium. Akwarium jest chyba największą atrakcją dla nas i pewnie większości zwiedzających. Wodny tunel jest najdłuższym tunelem w południowo-wschodniej Azji, gdzie możemy przyglądać się z bliska  za równo słodko wodnym i morskim stworom. Sporym przeżyciem jest głaskanie płaszczek (można też karmić)! Tuż koło nas przepływają niewielkie rekiny i inne, niektóre wręcz ogromne ryby.
Bardziej leniwym turystom zoo oferuje przejażdżkę otwartym autobusikiem lub koleją jednoszynową podczas, której możemy oglądać zoo z lotu ptaka.
W zoo jest również mnóstwo innych atrakcji, jak np. pokaz fok, czy park rozrywki. Gwarantowana zabawa dla dużych i małych!

Piękne zoo - wspaniała roślinność!

Słonik, wydawał się być zadowolony, nie chwiał się tak smutnie na boki jak ten w Laosie. 
Najbardziej lubił oczywiście karmienie :)

Wodospad - można udać się tam korzystając z zip line - zabawa dla lubiących skoki adrenaliny :)


W akwarium - pięknie!

Gigantyczne ryby przepływają tuż koło nas lub nad naszymi głowami
 (rekin był za szybki nie chciał pozować do zdjęć ;))



Ta wielka żółta ryba ślicznie pozowała, tylko ręka mi się trzęsła :D

Pyton zielony

Inną atrakcją akwarium był ten oto pajączek

Takie śmieszne coś :)

Do zoo przywiózł nas śmieszny pojazd, który jest samochodem przerobionym na dużego tuk-tuka - trzeba to zobaczyć, żeby zrozumieć ;) Sama pierwszy raz spotkałam się z takim śmiesznym środkiem transportu.
Tutaj muszę się odrobinę się cofnąć w czasie, żeby opowiedzieć zabawną i pouczającą dla Was historię. Dzień wcześniej tenże kierowca zabrał nas do Tiger Kingdom. Po zabawie z tygrysami, zawiózł nas prosto do naszego pensjonatu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że popełniliśmy drobny błąd podając mu jego nazwę.... Na następny dzień, smacznie sobie śpimy (jest koło 9 rano), kiedy rozlega się pukanie do drzwi. Przebudzamy się, ale ignorujemy natręta, myśląc, że to ktoś z obsługi pensjonatu. Nie dadzą człowiekowi się wyspać, czego oni chcą? Puka kila razy i odchodzi. Spokojnie ponownie zasypiamy. Jakąś godzinę później pukanie (głośniejsze) rozlega się na nowo. Cóż, postanawiamy wstać i sprawdzić kto nam spać nie daje i czego chce. Ku naszemu szczeremu zaskoczeniu okazuje się, że to nasz kierowca z dnia poprzedniego dobija się do nas, żeby się dowiedzieć gdzie dziś jedziemy... Ja pierniczę, jak on się dowiedział, w którym pokoju mieszkamy?! Ale nie ma wyjścia, dzień wcześniej, zdaje się powiedzieliśmy, że ponownie skorzystamy z jego usług... Dajemy mu znać, ze potrzebujemy się zebrać i zjeść śniadanie. Mówi, że będzie czekał. Wstajemy leniwie, przygotowujemy się do wyjścia, wychodzimy z pokoju i idziemy do ogrodu. Kierowca czeka. Szybko do nas podbiega i pyta, czy już jedziemy. Nie... musimy jeszcze iść na śniadanie... Chce nas zawieźć na śniadanie. Tłumaczymy, że to praktycznie po drugiej stronie... Trochę rozczarowany postanawia czekać na nas dalej. Ależ desperacja! Po śniadaniu zabiera nas do zoo. Pyta ile czasu tam spędzimy. Mówimy, że nie wiemy, trudno przewidzieć... Pyta czy godzinę. No może, ale może być i dłużej, uprzedzamy. Zasada jest taka, że jak jedziemy z kimś w dwie strony to płacimy dopiero po powrocie. Więc spokojnie go zostawiamy, a on pokazuje nam gdzie będzie na nas czekał. I tu się robi ciekawie. Kiedy wychodzimy z zoo (minęło pewnie spokojnie ponad 2 godziny) ani śladu po naszym kierowcy. Rozglądamy się, szukamy, czekamy. Nic. Postanawiamy wziąć małego tuk-tuka (takiego dwu-osobowego) i wrócić do miasta. Co się stało z naszym kierowcą i dlaczego odjechał, nie wiemy. Nie dostał od nas żadnych pieniędzy, więc założyliśmy, że złapał jakąś większą grupę turystów i więcej zarobił zabierając ich do miasta. Cóż, dla nas dobrze, przejechaliśmy się w jedną stronę za darmo :) Ale pamiętajcie, jak będziecie wracać z kimś do hotelu czy pensjonatu, lepiej powiedzieć, żeby zatrzymał się na jakiejś ulicy w pobliżu miejsca gdzie mieszkacie, inaczej ktoś może was rano zaskoczyć! :)

Po zoo jesteśmy lekko zmęczeni, ale odpoczywamy trochę, jemy obiad i idziemy dalej. Zaplanowałam 2 świątynie do zwiedzenia: Wat Bupparam i Wat Chedi Luang. Jak zwykle zachwycają mnie mnie kunsztowne zdobienia, złote wnętrza, wielkie posągi i piękne ogrody.

Wat Bupparam 





W drodze z Wat Buparam do Wat Chedi Luang (Ping River)

Wat Chedi Luang






Na koniec idziemy na sobotni nocny targ. Co tydzień odbywa on się w tym samym miejscu. Muszę powiedzieć, że był to największy nocny targ na jakim byłam. Nie pytajcie co tam można kupić, bo chyba łatwiej można napisać, czego nie można :) Z pewnością jest do doskonałe miejsce do zakupienia jakiś pamiątek, tanich lokalnych ciuszków, czy spróbowania ciekawych potraw. Pierwszy raz od 10 miesięcy jadłam pierogi! Były pyszne, inne niż nasze polskie, ale warte skosztowania. Wypełnione były chyba kurczakiem i kapustą, ale do końca nie wiem i nie jest to ważne. Tak czy siak, polecam, palce lizać! :)

 Na sobotnim nocnym targu - tajskie słodycze 

Chustki i torebeczki 

Biżuteria i więcej torebeczek :)

Tradycyjne stroje

Rękodzieła 

czwartek, 20 czerwca 2013

Chiang Mai (dzień 1)

Zacznę od podróży, bo to istotne dla tych, którzy chcieliby przetransportować się z Wientianu w Laosie do Chiang Mai. Najszybszy, najwygodniejszy i najdroższy sposób to podróż samolotem. Inna możliwość do minivany i autobusy prosto z Wientianu do Chiang Mai (ale tu raczej przygotowałbym się na jakieś nieprzewidziane przystanki). Jeśli chcemy jechać autobusem VIP albo tzw. sleeping bus ceny sporo idą w górę. Wybraliśmy więc zupełnie inną opcję i wydaje mi się, że najlepszą pod wieloma względami. Najpierw udaliśmy się z Wientianu do Udon Thani autobusem z Talat Sao Bus Station. Cena śmiesznie niska – 22 tyś kipów (niecałe 9 zł). Autobusy kursują bardzo często. Następnie kupiliśmy bilet w Udon na nocny Extra VIP bus. Był to autobus dwupiętrowy, klimatyzowany, z rozkładanymi siedzeniami praktycznie do pozycji leżącej i podnóżkiem. Siedzenia miały nawet opcję masażu, choć odczuwalne było to bardziej jak wbijająca się czyjaś stopa w nerki. Z tego luksusu po paru minutach zrezygnowałam  Dostaliśmy również jakieś przekąski i napoje. Autobus wyjeżdża o godzinie 8:30, a do Chiang Mai przyjechał po 7 rano. Cena takiego luksusowego autobusu to 888 bahtów (ok. 90 zł). Warto!

A teraz Chiang Mai. Już od początku miasto wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Okazało się być większe niż myślałam, na ulicach duży ruch, korki i bardzo dużo turystów, co mnie też zdziwiło, zwłaszcza biorąc pod uwagę porę roku. Ale mimo tego zgiełku i tłumu w niektórych miejscach, miasto ma niesamowity urok. Jest mnóstwo uliczek, gdzie możemy się zrelaksować i poczuć się jak w raju. Można np. w małej, przytulnej i uroczo urządzonej knajpeczce zjeść śniadanie, wypić mrożoną kawkę, albo napić się doskonałych napojów jak mango shake, dragon fruit shake, lemon shake itd., do wyboru do koloru .

Pierwszą atrakcją był wyjazd do Tiger Kingdom. Miejsce (ok. 18 km od samego miasta), gdzie można dosłownie pobawić się z tygrysami. Tygrysy są podzielone na 5 grup wiekowych: newborns, smallest, small, medium i big cats. Te pierwsze można oglądać w klatkach, pozostałe można głaskać. Oczywiście przed wejściem podpisujemy specjalne oświadczenie, w końcu nikt nam 100% gwarancji nie da, wszak to dzikie zwierzęta. Strona podaje, że tygrysy nie są narkotyzowane lekami uspokajającymi, a środki ze sprzedaży biletów pomagają w zapewnieniu opieki i rozmnażaniu tego zagrożonego gatunku. Zwierzęta po osiągnięciu odpowiedniego wieku mają być wypuszczane na pół-wolność. Tylko czy można w to wierzyć? Wielu krytykuje takie miejsca i ja też mam mieszane uczucia po naszej wizycie. Wstęp do najmniejszych i małych kotów kosztują po 520 bahtów, do średnich i dużych 420.

Następnie udaliśmy się zwiedzać świątynie w Chiang Mai. Pierwsze Wat Phra Singh, która była bardzo polecana w moim ogromnym przewodniku. Na miejscu spotkaliśmy kierowcę vana, który zaproponował nam, że zabierze nas do 2 innych świątyń i do fabryki jedwabiu za jedyne 100 bahtów. Chętnie przystaliśmy na tę propozycję, zwłaszcza, że kierowca jak się dowiedział, że jesteśmy Polakami, pobiegł do samochodu i pokazał nam wpis rekomendujący jego usługi od Polaków. Dodatkowo, co było wielkim zaskoczeniem, kierowca pokazał nam prezent jaki dostał od tamtych Polaków. Co to było? Jakieś pomysły? Coś bardzo polskiego. Do picia. No dobra powiem, prezentem była polska wódka, żołądkowa gorzka :).

Tak więc zwiedziliśmy kolejne świątynie, fabrykę jedwabiu, w której oczywiści mieścił się również sklep – nawet się skusiłam i kupiłam jedwabną chustę. Na koniec kierowca spytał nas, czy nie chcielibyśmy pojechać po drodze do sklepu z kaszmirem. Średnio nam się chciało, zwłaszcza, że raczej nie planowaliśmy kupowania kaszmiru. Ale panu tak zależało… Przyznał się, że jak nas tam zawiezie to dostanie od nich (właścicieli sklepu) flaszkę whisky. No cóż, my Polacy potrafimy zrozumieć, że komuś zależy na małej flaszeczce, nie?  Po za tym, pan nas woził przez pół dnia prawie za darmo. Tak jak się spodziewaliśmy ceny w sklepie były absurdalnie wysokie, ale za to wdaliśmy się w ciekawą rozmowę ze sprzedawcą. Zapytaliśmy go skąd jest. A on, żebyśmy zgadli, a jak zgadniemy to dostaniemy zniżkę. Darek stwierdził, że jest z Indii, tak wyglądał i taki miał akcent, ale zaprzeczył. Powiedział, że blisko Indii. Wymienialiśmy poklei chyba wszystkie państwa w pobliżu Indii, ale nic. Daje nam więc pierwszą wskazówkę – mówi się, że kraj ten jest jednym z najpiękniejszych na świecie. Cóż, niewiele nam to pomogło. Daje drugą wskazówkę – kraj ten ma jedną część w Indiach, a druga w Pakistanie. Zupełnie nic nam nie dało. A wy już zgadliście? Bo my nie…W końcu powiedział. Pan sprzedawca pochodził z Kaszmiru. Tak, jak się dowiedzieliśmy był sobie kiedyś kraj Kaszmir, którego teraz część należy do Indii, a część do Pakistanu. Kraju na mapie już nie ma. Ale jak pytamy go o narodowość, odpowiada dumnie Kaszmir. Patriota, bardzo sympatyczny człowiek. Kaszmir, w sensie materiał, który sprzedawał pochodził właśnie z jego ‘kraju’. Nic nie kupiliśmy, bo byliśmy już po zakupach w fabryce jedwabiu, ale czas miło spędziliśmy. Wieczorem usiedliśmy niedaleko naszego pensjonatu, właściwie na tej samej uroczej wąziutkiej uliczce, w przytulnej restauracji, gdzie zjedliśmy dobrą kolację i popiliśmy boskimi shake’ami. Dzień był długi i wiele wspaniałych miejsc odwiedziliśmy. Już pod wieczór wiedziałam, że zakochałam się w Chiang Mai!


Piękna roślinność w Tiger Kingdom 

Wat Phra Singh




Wygląda jak prawdziwy, nie? :)



Wat Suan Dok 



Wat Chet Yot  


W fabryce jedwabiu. Tak, jedwab wyrabia się w jedwabników - 
to są właśnie jedwabniki w początkowej fazie :)

Proces wydobywania jedwabnych nici z kokonów

Sklep z uszytymi ubraniami z jedwabiu 

Kuszą kolorami

Tradycyjne stroje z jedwabiu 

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Lao bizarre foods - czyli co dziwnego jadłam w Laosie

Laotańska kuchnia jest przede wszystkim ostra, a to za sprawą chili, którego używają w ogromnych ilościach. Laos nie ma dostępu do morza, ale rzeka Mekong jest pełna różnych jadalnych stworzeń jak chociażby ryby czy krewetki rzeczne. No i najważniejsze, Laotańczycy nie są wybredni, zjedzą wszystko, co tylko nadaje się do jedzenia. Jako, że ja uwielbiam eksperymentować z jedzeniem, to zawsze muszę spróbować coś nowego jak tylko nadarzy się okazja.

Postanowiłam więc zrobić listę podsumowując co dziwnego, nietypowego, często wręcz (przynajmniej z wyglądu) obrzydliwego jadłam do tej pory. Oto i lista:

1. Smażone koniki polne
2. Smażone latające termity - bardzo dobra przekąska do piwa
3. Jajko balut - jajko z uformowanym zarodkiem kurczaka lub kaczki
4. Durian - najbardziej śmierdzący owoc na świecie
5. Potrawę ze świeżej koziej krwi
6. Wszelkiego rodzaju wnętrzności różnych zwierząt, w tym kozie jądra
7. Rybie oko
8. Głowę ptaka (niestety nie wiem jakiego) - razem z oczami, dziobem i mózgiem
9. Małe grillowane żaby - oczywiście w całości
10. Zupa z bambusa - pycha!
11. Niedojrzałe zielone mango z solą, chilli i cukrem
12. Super ostra sałatka z papai i chilli - najostrzejsza potrawa w Laosie
13. Suszone kałamarnice - popularna przekąska
14. Morning glory (wilec po polsku) - takie tam smażone zielska z czosnkiem
15. Sticky rice (klejący się ryż) - jedzony wszędzie i przez wszystkich w Laosie, zazwyczaj z pastą z chilli - mniam!!!! Jest wersja na słodko, z mango lub banami. Taki deser zawsze jest obwinięty liśćmi z bambusa
16. Czarno jajko, zwane stuletnim jajkiem - jajko na twardo zakonserwowane i przechowywane od kilku tygodni do kilku miesięcy
17. Małże z Mekongu
18. Dziwne laotańskie desery, które najczęściej składają się z mleka kokosowego i bardzo dziwnej galaretki (zupełnie innej niż galaretki jakie znałam i lubiłam w Polsce) - jak dla mnie dosyć paskudne
19. Grillowana krowia skóra - zanim się ją upiecze na ruszcie, skóra ta śmierdzi jak rozkładające się zwłoki, coś obrzydliwego. Zapach koszmarny. Tym dziwniejsze, że kiedy skóra jest upieczona, paskudny zapach znika, a smak jest wyborny.
20. Lao lao - laotańska ryżowa whisky, bardzo tania (8 tyś kipów za butelkę 0,7 litra - ok 3 zł) i raczej mało smaczna ;)

Nr.1 

Nr.2

Nr. 4

Nr.5


Nr.8

Nr.10

Nr.12

Nr.13

Nr.15 (w wersji podstawowej)

Nr.15 (w wersji słodkiej)

Nr.16

Nr.17

Nr.18

Na koniec coś czego nie potrafię nazwać. Na pewno jest jakaś część jakiejś zwierzęcia, ale jaka, nie mam pojęcia. Powiem tylko, że smakuje jak chipsy z nutką boczku :) 

To byłoby zdaję się na tyle, choć oczywiście można by dopisać sporą ilość egzotycznych owoców i warzyw. Wiem, że Laotańczycy jedzą też nietoperze i węże - no cóż, ja jeszcze nie miałam okazji skosztować tych zwierzątek, co nie znaczy, że tego nie zrobię jak tylko będę mieć okazję :)  Podróżując polecam wszystkim zawsze próbować lokalnych potraw - czasami jest to naprawdę niezwykłe przeżycie! :) Smacznego, cokolwiek i gdziekolwiek jecie! :)