poniedziałek, 20 maja 2013

Tradycyjny laotański masaż

Wczoraj wybraliśmy się na tradycyjny laotański masaż. W końcu! Obiecywałam to sobie odkąd tu przyjechałam, ale zawsze jakoś coś innego zaprzątało mi głowę. Wczoraj się zdecydowaliśmy. Już od dawna wiedziałam o pewnym miejscu, gdzie jest doskonały masaż i sauna ziołowa. Miejsce to poleca przewodnik Lonely Planet.

Gdyby nie przewodnik to raczej żaden obcokrajowiec nigdy by tam nie trafił. Miejsce to znajduje się przy świątyni Wat Sok Pa Luang, która nie jest daleko od centrum. Można nawet znaleźć je na fb wpisując Wat Sok Pa Luang Traditional Lao Massage and Sauna.

Na początku troszkę błądziliśmy szukając upragnionego masażu. Po przejściu przez bramę Wat Sok Pa Luang poczuliśmy się jak w małej wioseczce otoczonej dżunglą. Zresztą nazwa świątyni nie jest przypadkowa bo paa po laotańsku znaczy las. Spacerowaliśmy jakieś 10 minut po udeptanej ścieżce podziwiając piękną roślinność. Wokół były bardzo skromne domki, otoczone tropikalnymi roślinami.






W końcu ktoś z skierował nas w dobrym kierunku i po chwili zobaczyliśmy znak, a zaraz za nim drewnianą chatkę z masażem i sauną. W chatce było już trochę falangów, którzy siedzieli na tarasie przed sauną. Jako, że było bardzo gorąco jakoś na saunę nie miałam ochoty, choć ziołowe zapachy wydobywające się z malutkiego zaparowanego pomieszczenia były bardzo kuszące. Postanowiliśmy skorzystać z masażu, a saunę zostawiliśmy na inną okazję. Godzina masażu kosztuje 35 tyś kipów (14 zł). Jako, że byliśmy z naszą Majką zdecydowaliśmy się na półgodzinny masaż dla każdego. Każdy z nas położył się na łóżku na tarasie i od razu zajęli nami laotańscy masażyści. My z Majką leżałyśmy w sukienkach, mnie jeszcze dodatkowo przykro jakimś szalem - może dlatego, że miałam dosyć krótką sukienkę. Darek został tylko w spodenkach. Masaż zaczynał się od stóp, potem nogi, plecy, kark i ręce. Ach no i jeszcze pośladki :) Masażysta głównie uciskał koniuszkami palców różne miejsca na moim ciele, ale również masował i naciągał. Ogólnie bardzo przyjemnie, zwłaszcza kiedy z sauny obok czuć było zapach ziół. Czasem tylko natrętne małe muszki latały koło twarzy.


Widać falangów relaksujących się po saunie

Łóżka do masażu :)


Wejście do sauny 

Szkic chatki ;)

A przed chatką można się zrelaksować na hamaku 

Wszystko było takie lokalne i tradycyjne od panów masażystów, przez chatkę, po otaczającą nas przyrodę. Myślę, że taki masaż jest o wiele ciekawszy i bardziej egzotyczny niż pójście do jakiegoś spa. No i ceny są naprawdę niskie - za naszą trójkę zapłaciliśmy 60 tyś kipów (24 zł). Pani (zapewne właścicielka) robi również pyszne fruit shakes - zdrowe i orzeźwiające. Ogólnie jest to miejsce, które warto odwiedzić będąc w Wientianie. Nie trzeba kokosów, żeby zrobić sobie godzinny pobyt w takim tradycyjnym laotańskim 'spa' :)

1 komentarz:

  1. Złe wieści, chatka z masażem i sauną spaliła się w zeszłym tygodniu. Mam nadzieję, że ją odbudują i będzie jeszcze okazja odwiedzić to wspaniałe miejsce...

    OdpowiedzUsuń