wtorek, 7 maja 2013

Inspirująca rozmowa z 17 letnim uczniem na mnicha

Końcem kwietnia wybraliśmy się do Parku Buddy. Podczas przechadzania się po Parku nawiązaliśmy rozmowę z tutejszym uczniem na mnicha, tzw. novice monk. Nawet nie pamiętam kto kogo zaczepił, ale chłopak był bardzo sympatyczny i ciekawie opowiadał. Młodziutki uczeń na mnicha miał zaledwie 17 lat. Najpierw rozmowę prowadziliśmy spacerując po parku. Rodzi się pytanie. Dlaczego uczeń na mnicha rozmawia z obcokrajowcami? Otóż jak nam powiedział, przyjeżdża do Parku w każdą niedzielę (jeśli tylko jest to możliwe) i nawiązuje rozmowę ze zwiedzającymi turystami, żeby ćwiczyć swój angielski. Byłam pod wrażeniem jego umiejętności i chęci mówienia po angielsku.

Jako, że upał był ogromny, zaprosiłam go knajpki, która znajdowała się na terenie Parku. Wydawał się trochę zawstydzony, cicho powiedział, że jest nieśmiały. Nalegałam, bo widziałam, że chciał kontynuować rozmowę. W końcu podążył za nami do stolika. Jak mówiłam, upał był straszny więc zaproponowałam mu coś do picia. Wybrał wodę i wróciliśmy do rozmowy.

Dowiedzieliśmy się między innymi, że o tej porze (było wczesne popołudnie) nie może już jeść. Powiedział, że je dwa razy dziennie. Rano po 6 je śniadanie i koło 12 lunch. Na tym koniec, żadnych przekąsek. Jedynie woda. Muszę powiedzieć, że z wyrzutem wcinałam swojego kurczaka. Opowiedział nam trochę o swoim życiu i dlaczego został uczniem na mnicha.

Chłopak pochodzi z bardzo biednej rodziny na północy Laosu (przy granicy z Chinami). Ma 2 braci i jedną siostrę. Jego rodzina żyje z uprawy ryżu. Mają też jakieś owoce i warzywa. Najczęściej wystarcza to tylko, żeby nakarmić nakarmić rodzinę. Czasem jeśli jest urodzaj mogą coś sprzedać. Jak był młodszy pracował na polu ryżowym, gdzie nieraz łapał żaby, żeby mieć jakieś mięso do jedzenia. Gdy miał 14 lat ojciec zapytał go, czy chce pójść do świątyni i zostać uczniem na mnicha. Z chęcią przystał na tą propozycję. Dlaczego? Otóż taka droga dawała mu szansę na edukację. Mając 14 lat, spakował się i ruszył daleko do stolicy. Była to jego pierwsza wizyta w Wientianie. Sam musiał znaleźć świątynię, która go przyjmie. Udało mu się. Wyznaczył sobie bardzo dokładne cele w życiu. Przede wszystkim musi się dużo uczyć. Ciągle powtarzał "I must study hard". Jego determinacja była zadziwiająca. Wstaje codziennie o 4 rano, żeby móc się uczyć w ciszy i spokoju kiedy wszyscy inni jeszcze śpią. Potem, o 6 godzinie, wychodzi z innymi mnichami na ulicę po dary od ludzi. Najczęściej dostają jedzenie, czasami jakieś pieniądze. Jeśli dostaną pieniądze, dzielą je równo i każdy dostaje tyle samo. Na pytane co kupuje za te pieniądze, odpowiada, "I buy a pen or a book".  Stara się też coś odłożyć, żeby wspomóc swoją rodzinę. Często też chodzi chodzi do ambasady amerykańskiej, żeby pożyczyć tam książki do czytania. Nie narzeka, na małe ilości jedzenia, za to widać, że jest głodny wiedzy.
Po śniadaniu wraca do nauki. Następnie lunch i szkoła. Bardzo lubi angielski, historię i geografię. Jego angielski jest naprawdę dobry, ma bogaty zasób słownictwa. Jedynym problemem jest wymowa. Dlatego właśnie chce rozmawiać z obcokrajowcami. Ma nadzieję w ten sposób poprawić swoją wymowę. Angielskiego uczy się w szkole, ale ma zaledwie 2 godziny tygodniowo i do tego jego nauczyciel jest Laotańczykiem, który nie wymawia wszystkich wyrazów poprawnie. Takie rozmowy jak z nami to dla niego darmowe lekcje. Kiedy poprawiamy jego wymowę, docenia to i próbuje jeszcze raz, powtarza kilka razy, próbuje zapamiętać. Kiedy podczas rozmowy brakuje mu słowa, denerwuje się, co widać bo rusza niespokojnie nogą. Cały czas jest jednak opanowany i bije i od niego spokój ducha, którym nas zaraża.
Po szkole wraca do nauki. Obiadu ani kolacji nie może jeść. Jego koledzy mieszkający z nim w świątyni, też uczniowie na mnicha, oglądają wieczorem telewizję. Opowiada, że próbował ich przekonać, że nie należy tracić czasu na telewizję, lepiej się uczyć. Ale oni nie są aż tak zdeterminowani w dążeniu do sukcesu. "Odciął" się więc od nich. Uczy się do wieczora i o 21 idzie spać. Jedną z niewielu rozrywek, a może jedyną, jest coniedzielna wycieczka do Parku Buddy i rozmowa z turystami. Jest niezwykle zdeterminowany, zdanie "I must study hard" pada z jego ust kilka razy podczas naszej rozmowy. Na pytanie co chce robić w przyszłości mówi, że chce marzy, żeby dostać stypendium na uniwersytet i później zostać politykiem. Może to się wydawać dziwne bo politycy kojarzą nam się z korupcją, chciwością i fałszywymi obietnicami. On jednak pragnie tylko, żeby jego kraj był lepiej rozwinięty i żeby ludzie za granicą wiedzieli więcej o Laosie.

Co zaskakuje mnie przy tej rozmowie, to jego niesamowita determinacja i skromność. Pomimo tylu trudów w życiu, ma jasno wyznaczone cele. Jego dotychczasowe życie to praca na polu ryżowym i od 3 lat skromne życie mnicha, a droga do celu daleka i bynajmniej nie usłana różami. Taka rozmowa mogłaby dać wiele do myślenia rozpuszczonym i bogatym uczniom, dla których dzień bez komputera i facebooka jest dniem straconym...
Novice monks in Vientiane (zdjęcie znalezione w internecie) 

4 komentarze:

  1. Ola ten spokój ducha to by Ci się przydał ;)
    A tak w ogóle to na pewno taka rozmowa z kimś takim daje do myślenia..

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć Ola!
    Mój mąż zbierając na internecie info o Laosie, natrafił na Twojego bloga. Wciągnęło go jak wir i w końcu sama się zainteresowałam, nad czym tak ślęczy. Teraz siedzimy i oboje czytamy, czytamy, czytamy. Twój blog i sposób, w jaki piszesz bardzo nam się podoba. Sama piszę swojego bloga:
    http://www.polkawsztokholmie.imigrantka.com/#home
    i stąd moje porównania:)
    Ta historia tutaj jest bardzo ciekawa. Daje wiele do myślenia i porywa. Zdjęcie też jest piękne!
    Pozdrowienia ze Sztokholmu
    Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj!
      Cieszę się, że mój blog Wam się podoba. Laos to niezwykły kraj pod wieloma względami. Chętnie zajrzę zajrzę na Twój blog. Sama jestem bardzo ciekawa świata i lubię ludzi z otwartymi umysłami :)
      Pozdrawiam z Laosu
      AK

      Usuń