piątek, 31 maja 2013

Pogoda w Laosie - kiedy najlepiej przyjechać

Do Laosu przyjechać warto zawsze :) Ale oczywiście są lepsze i gorsze pory. Jak wiadomo w Laosie panuje klimat monsunowy i są tak naprawdę 2 pory roku - sucha i deszczowa.

Zacznijmy od pory suchej, która zaczyna się mniej więcej od listopada i trwa do końca kwietnia. Najlepsze miesiące - czytaj najchłodniejsze - to grudzień, styczeń, luty i marzec. W tych miesiącach jest sucho, deszcz spada niezwykle rzadko. Temperatury są bardzo przyjemne. W Wientianie, np. w ciągu dnia jest dwadzieścia parę stopni w ciągu dnia i trochę chłodniej w nocy. Wieczorami i wczesnym rankiem może przydać jakiś cienki sweterek. Na północy Laosu, np. w Luang Prabang jest trochę chłodniej. W tych miesiącach przyda się jakaś kurtka na wieczory. W ciągu dnia jest raczej ciepło, ale zawsze lepiej mieć coś do ubrania jak się ochłodzi. Kwiecień jest również suchym miesiącem, ale jest najgorętszym miesiącem w roku. Temperatury czasami przekraczają 40 C. Może być ciężko zwiedzać w takim upale, choć nie mówię, że się nie da. Sama właśnie w tym okresie byłam w Kambodży gdzie temperatury były równie wysokie. Kwiecień może być ciekawym miesiącem z jednego powodu, Laotańskiego Nowego Roku, który przypada mniej więcej na połowę kwietnia. O Laotańskim Nowym Roku (Pi Mai) pisałam już wcześniej, więc nie będę się powtarzać. Podobno najlepiej spędzić go w Luang Prabang, bo sporo się wtedy tam dzieje.

Teraz przejdźmy do pory deszczowej, czyli miesiące od maja do do końca października. Deszcz sam w sobie może nie stanowić jakiegoś dużego problemu. Owszem, pada dosyć często, ale najczęściej wieczorem lub w nocy. Nawet jeśli pada w ciągu dnia, to często jest to krótki i bardzo intensywny deszcz, po którym szybko wychodzi słońce. Domyślam się może zdarzyć się, że popada przez kilka dni non-stop, choć ja tego jeszcze tu nie doświadczyłam. Większym problemem są bardzo wysokie temperatury i wilgoć. Przede wszystkim wilgoć, bo przez nią odczuwalna temperatura jest wyższa. Więc jak jest, np. 33 C, to odczuwalna temperatura może być 40 C. Przy pochmurnej pogodzie jest o wiele przyjemniej. W słońcu ciężko wytrzymać, o opalaniu można zapomnieć - za gorąco! Ja już się trochę przyzwyczaiłam i nie męczę się już tak bardzo, ale kiedy tu przyjechałam to był szok temperaturowy. Po wyjściu z lotniska w Bangkoku (był to koniec sierpnia) miałam wrażenie jakbym dostała mokrą i gorącą szmatą w twarz ;) Do tej szmaty trzeba się przyzwyczaić ;) Nie mniej jednak, nie powstrzymywało mnie to przed zwiedzaniem. Należy się po prostu przygotować, że czasami jest tu jak w saunie. Lubicie saunę, prawda? ;)

Po deszczu może być sporo błotka w niektórych miejscach - zdjęcie zrobione we wrześniu 2012 roku. 

To chyba tyle o pogodzie. Ach, dodam jeszcze, że o tej porze roku wieczorami czasami są spektakularne burze z piorunami :)

Post dedykuję Monice i Adamowi ze Sztokholmu :) Dzięki za sugestię :)

poniedziałek, 27 maja 2013

Zakupy w Laosie i dziwne manekiny

Na początek powiem, że nadal jestem w pracy... Sama nie wiem po co, nie mam nic do roboty. Mój przełożony na pytanie co mam robić w następnym tygodniu, powiedział, że nie wie i że mogę np. czytać książkę, co też pewnie zrobię. Ale na razie postanowiłam wykorzystać czas na napisanie krótkiego postu... o   zakupach :) Więc będzie to coś dla kobiet :)

Przede wszystkim w Laosie należy zapomnieć o wszystkich markowych sklepach, które znamy z Polski, czy też ogólnie z Europy. Nie ma żadnych sklepów sieciowych typu, ZARA, H&M, czy Reserved. Nie kupimy tu markowych ubrań. Jeśli komuś bardzo zależy na takowych, trzeba się wybrać do Tajlandii. Tutaj za to możemy kupić laotańską bądź tajską odzież, która nie jest taka zła. Można znaleźć też sklepy z indyjską lub koreańską odzieżą. Plusem są ceny, niskie ceny :) W Wientianie jest bardzo dużo sklepików z ubraniami. Są też bazary, na których jest tanio, jeśli oczywiście dobrze się potargujemy. Jak wiele razy już pisałam, w Laosie targujemy się wszędzie (z wyjątkiem supermarketów) nawet jeśli podane są ceny. ZAWSZE można trochę utargować, raz więcej raz mnie,j ale zawsze coś :) Ostatnio kupiłam torebkę ze skóry (podobno) i stargowałam cenę z 450 tyś kipów (ok 180 zł) na 200 tyś (80 zł). Dobrze jest udawać, że nie jesteśmy pewni co do zakupu, albo, że tak naprawdę to nie chcemy kupić, wtedy najczęściej będą nas pytać ile chcemy zapłacić, czyli podajemy własną cenę. Jak ktoś nie zna liczb po laotańsku to żaden problem, w sklepie zawsze mają kalkulator, na którym możemy wystukać cenę.

Napisałam, że nie można tu kupić markowych ubrań, ale ostatnio odkryłam jeden sklep w którym można. Jakiś czas temu otworzyli sklep z ubraniami dla dzieci. Nieduży sklepik, niewielki wybór, ale śliczne, markowe i oczywiście niestety dosyć drogie ubranka (choć i tak tańsze niż u nas w Polsce). Możemy tam znaleźć ubranka firm takich jak ZARA czy United Colors of Benetton. Myślę, że mają tam końcówki kolekcji, dlatego ceny nie są aż tak wygórowane. Gdyby ktoś był zainteresowany, sklep mieści się na Ban Phonsinuan.

Chcąc zrobić odzieżowe zakupy warto również rozważyć opcję wyjazdu do Nong Khai w Tajlandii (miasto zaraz za granicą laotańsko-tajską). W pół godziny dojeżdżamy autobusem do granicy, a z granicy tuk-tukiem do centrum handlowego. Kierowcy wystarczy powiedzieć Tesco-Lotus i będzie wiedział gdzie jechać.

To chyba tyle o zakupach ciuchów w Laosie. Należy tylko liczyć się z tym, że kupując tu ubrania czy buty nigdy nie wiadomo czy pochodzimy w nich tydzień (zdarzyło mi się tak parę razy z butami i torebkami) czy rok! Tak czy inaczej udanych zakupów :)

Poniżej zabawne manekiny z laotańskich sklepów :)

Pan i pani po prawej wyglądają na zmęczonych życiem, pani pośrodku za to jest super szczęśliwa pomimo braku rąk ;)

Ta znowu straszy oczami - coś jak z "Ringu" ;)

Ta zdaje się pożyczyła usta od Angeliny Jolie ;)

 A tej biedaczce chyba kiedyś głowa odpadła, bo szyję ma taśmą posklejaną ;)

piątek, 24 maja 2013

Koniec roku szkolnego, atak owadów i szczur!

W mojej szkole w zeszłym tygodniu skończyły się lekcje, a w tym tygodniu odbywały się egzaminy. Wczoraj  się skończyły. Jako, że moje egzaminy odbyły się w poniedziałek, miałam dużo czasu na ich sprawdzenie, wypełnienie raportów i podanie wyników na stronie internetowej. Dziś jestem w pracy nie mam absolutnie nic do robienia. NIC.

Przyszłam dziś chyba pierwsza do pracy i to co zobaczyłam w szkole wprawiło mnie w osłupienie. Cały korytarz na dole i schody były usiane dziwnymi owadami, które były niesione przez setki albo tysiące mrówek. Obrzydlistwo, musiałam iść na palcach i slalomem, żeby to dziadostwo ominąć. Wchodzę na piętro do pokoju nauczycielskiego. Ciemno. Nikogo nie ma. Zaświecam światło, podchodzę do stolika, siadam. Jest duszno, nie ma pilota do klimatyzacji. Nagle zauważam szczura na podłodze. Podchodzę, dotykam go kablem leżącym na podłodze, martwy. Co jest grane? Co się do cholery stało w nocy w tej szkole?
Wyszłam na zewnątrz pokręcić się trochę przed szkołą. Zauważyłam, że przed szkołą też jest dużo tych dziwnych owadów, większość utonęła w kałużach (w nocy musiał spaść porządny deszcz). I wtedy przypomniałam sobie, że na moim balkonie też widziałam dziś rano te same owady, jedne ze skrzydłami inne bez. W szkole, na korytarzu były setki samych skrzydeł, wyglądały jak małe żółtawe listki.
Po jakiejś pół godzinie przyszło paru następnych nauczycieli. Przyjechała też moja koleżanka, Polka. Od niej dowiedziałam się, że w porze deszczowej czasami przylatują tu chmary tych owadów. Najwyraźniej w pewnym momencie tracą skrzydła i przeistaczają się pełzające robale - okropność!

Siedzę w szkole i zastanawiam się, czy podadzą nam dziś lunch czy nie. Tak czy siak, koło południa zmywam się do domu. Mam to gdzieś. Wczoraj pytałam managera, czy przychodzimy w piątek do szkoły. Powiedział, że nauczyciele muszą przyjść i poprawiać egzaminy. Więc mówię mu, że ja już wszystko zrobiłam i czy też muszę przychodzić. Jego odpowiedź "I don't care". Dziś nie ma go w pracy, chyba rzeczywiście wszystko ma d..... Dwa tygodnie temu powiedział mi, że jego kontrakt kończy się w czerwcu i nie wie czy mu przedłużą. Zdaję się, że posłali go do diabła sądząc po jego zachowaniu.... Zabawne, nie ma szefa i nawet nie wiem, czy w przyszłym tygodniu muszę przyjść do pracy (kontrakty mamy do końca maja). Nikt nic nie wie. Ależ burdel w tej szkole. Zarządzanie zawsze było fatalne, teraz padło zupełnie.
Byle do lunchu i zaczynam weekend, w sobotę oficjalne zakończenie roku szkolnego :)
Pozdrowienia dla wszystkich zapracowanych jeszcze nauczycieli!

Ps. Właśnie trochę poszperałam w internecie i zdaje się, że to latające termity zaatakowały dzisiejszej nocy :)

Ps2. Chyba parę razy jadłam smażone termity :)

Śliczne, prawda? (zdj znalezione w internecie) Szkoda, że nie wzięłam aparatu, bo tak mniej więcej wyglądał szkolny korytarz (+ masa mrówek) :)

poniedziałek, 20 maja 2013

Tradycyjny laotański masaż

Wczoraj wybraliśmy się na tradycyjny laotański masaż. W końcu! Obiecywałam to sobie odkąd tu przyjechałam, ale zawsze jakoś coś innego zaprzątało mi głowę. Wczoraj się zdecydowaliśmy. Już od dawna wiedziałam o pewnym miejscu, gdzie jest doskonały masaż i sauna ziołowa. Miejsce to poleca przewodnik Lonely Planet.

Gdyby nie przewodnik to raczej żaden obcokrajowiec nigdy by tam nie trafił. Miejsce to znajduje się przy świątyni Wat Sok Pa Luang, która nie jest daleko od centrum. Można nawet znaleźć je na fb wpisując Wat Sok Pa Luang Traditional Lao Massage and Sauna.

Na początku troszkę błądziliśmy szukając upragnionego masażu. Po przejściu przez bramę Wat Sok Pa Luang poczuliśmy się jak w małej wioseczce otoczonej dżunglą. Zresztą nazwa świątyni nie jest przypadkowa bo paa po laotańsku znaczy las. Spacerowaliśmy jakieś 10 minut po udeptanej ścieżce podziwiając piękną roślinność. Wokół były bardzo skromne domki, otoczone tropikalnymi roślinami.






W końcu ktoś z skierował nas w dobrym kierunku i po chwili zobaczyliśmy znak, a zaraz za nim drewnianą chatkę z masażem i sauną. W chatce było już trochę falangów, którzy siedzieli na tarasie przed sauną. Jako, że było bardzo gorąco jakoś na saunę nie miałam ochoty, choć ziołowe zapachy wydobywające się z malutkiego zaparowanego pomieszczenia były bardzo kuszące. Postanowiliśmy skorzystać z masażu, a saunę zostawiliśmy na inną okazję. Godzina masażu kosztuje 35 tyś kipów (14 zł). Jako, że byliśmy z naszą Majką zdecydowaliśmy się na półgodzinny masaż dla każdego. Każdy z nas położył się na łóżku na tarasie i od razu zajęli nami laotańscy masażyści. My z Majką leżałyśmy w sukienkach, mnie jeszcze dodatkowo przykro jakimś szalem - może dlatego, że miałam dosyć krótką sukienkę. Darek został tylko w spodenkach. Masaż zaczynał się od stóp, potem nogi, plecy, kark i ręce. Ach no i jeszcze pośladki :) Masażysta głównie uciskał koniuszkami palców różne miejsca na moim ciele, ale również masował i naciągał. Ogólnie bardzo przyjemnie, zwłaszcza kiedy z sauny obok czuć było zapach ziół. Czasem tylko natrętne małe muszki latały koło twarzy.


Widać falangów relaksujących się po saunie

Łóżka do masażu :)


Wejście do sauny 

Szkic chatki ;)

A przed chatką można się zrelaksować na hamaku 

Wszystko było takie lokalne i tradycyjne od panów masażystów, przez chatkę, po otaczającą nas przyrodę. Myślę, że taki masaż jest o wiele ciekawszy i bardziej egzotyczny niż pójście do jakiegoś spa. No i ceny są naprawdę niskie - za naszą trójkę zapłaciliśmy 60 tyś kipów (24 zł). Pani (zapewne właścicielka) robi również pyszne fruit shakes - zdrowe i orzeźwiające. Ogólnie jest to miejsce, które warto odwiedzić będąc w Wientianie. Nie trzeba kokosów, żeby zrobić sobie godzinny pobyt w takim tradycyjnym laotańskim 'spa' :)

piątek, 17 maja 2013

Laotańskie spódnice - czyli jak ubierają się Laotanki

W Laosie wszystkie, ale to wszystkie kobiety noszą tradycyjne laotańskie spódnice zawsze gdy idą do pracy lub na jakieś bardziej oficjalne spotkania. Niezależnie od tego czy kobieta pracuje w banku, czy jest nauczycielką, czy też sprzątaczką, zawsze ma na sobie taką spódnicę. Nosi się je nawet na śluby i wesela. Wiele kobiet, zwłaszcza starszych nie chodzi nigdy w żadnych innych strojach. Spódnice najczęściej szyte są na miarę, ale można również znaleźć już gotowe. Zarówno wzorów jak i materiałów jest niezliczona ilość. Najprostszą taką spódnicę z byle jakiego materiału można dostać za mniej niż 20 zł. Bawełniane są już droższe, a najdroższe i najładniejsze są z jedwabiu. Ceny spódnic z jedwabiu (wraz z szyciem) wahają się od kilkudziesięciu do kilkuset złotych. Wszystko zależy od rodzaju jedwabiu, wzoru i naszych umiejętności targowania się. Charakterystyczną cechą większości spódnic jest ozdobny pasek na dole, choć są i takie, które w całości pokryte są wzorami. Spódnice różnią się również długością. Są za kolano, do połowy łydki, lub do kostek. Te ostatnie są najrzadsze, a te drugie najczęstsze.

Wiele kobiet nosi również tradycyjne laotańskie bluzki, które są dopasowane do spódnicy i nieraz uszyte z tego samego materiału. O ile jednak w niektórych spódnicach potrafię dostrzec coś interesującego, to już w tych bluzkach nie. Nie podoba mi się ani ich wygląd ani krój , za dużo ozdobników typu, bufki, marszczenia, śmieszne guziki i inne.

W sklepie z laotańskimi materiałami i strojami (w Talat Sao)

Jest w czym wybierać




Ja od dawna przymierzałam się do kupna takiej prawdziwej laotańskiej spódnicy, trochę bardziej z sentymentu niż z praktycznych wartości. W tym tygodniu zdecydowałam, że nadszedł ten czas. Rok szkolny się kończy, więc pomyślałam, że to ostatnia szansa, żeby ubrać się do pracy jak prawdziwa Laotanka. Moja spódnica była szyta na miarę i jest jedwabiu. Cena, którą mi pani zaproponowała za wybrany materiał z szyciem to 250 tyś kipów (100 zł), ale że targować się tu nauczyłam, zbiłam cenę do 200 tyś kipów. Moja spódnica ma bardzo delikatne, ledwie widoczne prążki i na dole bardzo misternie wykonany srebrny wzór. Dziś postanowiłam wybrać się w niej do szkoły, co nie zostało niezauważone ;) Już po przekroczeniu progu pokoju nauczycielskiego usłyszałam pierwsze komentarze i okrzyki zdziwienia. Komentarze oczywiście były bardzo pozytywne, zwłaszcza od laotańskich nauczycielek, które podchodziły do mnie i wołały "Nam lai!" (bardzo ładna, śliczna). Zwłaszcza starsze nauczycielki były wniebowzięte, jedna nawet obmacała całą moją spódnicę i potem bez zażenowania spytała przy wszystkich ile za nią zapłaciłam. Dodam, że pytania tego typu nie są tu niegrzeczne, czy nie na miejscu. Dla nich to normalne i naturalne, podobnie jak pytania o wiek, które usłyszałam tu już jakieś kilkadziesiąt razy, czy też pytania o zarobki. Na te drugie mówię tylko, że są ok, a jak pytają o wiek, to mówię, żeby zgadli. Na moje szczęście dają mi od 18 do max 25 :), co krótko komentuję, że jakoś tak, albo mówię, że są blisko :) Troszkę pokłamać można, nie? ;)

A to ja wracając z pracy w mojej nowej laotańskiej kiecce :)

Podsumowując, jedwab jest towarem, który warto zakupić w Lasie, chociaż nie należy zapomnieć o sztuce targowania, jeśli chcemy dokonać zakupu za dobrą cenę. Powodzenia w zakupach :)

niedziela, 12 maja 2013

Który rok mamy w Laosie?

W Polsce mamy 2013 rok, a w Laosie? Jak już pisałam, w kwietniu obchodziliśmy tu Nowy Rok. Nazywa się on Pi Mai i obchodzony jest przez 3 dni, choć w praktyce jest to czasem nawet tydzień. Podczas Nowego Roku Laotańczycy oblewają się wodą, coś jak nasz Śmigus-dyngus, tylko dłuższy. Przez prawie tydzień wyjście z domu 'nie ujdzie nam na sucho' ;) O ile bycie polanym wodą z wiadra przy ponad 30 stopniach nie jest niczym nieprzyjemnym, to bycie oblanym zafarbowaną, kolorową wodą już jest. Laotańczycy urozmaicili sobie zabawę wsypując kolorowe proszki do wody, które zabarwiają ją na różne kolory. Może się więc zdarzyć, że wrócimy do domu kolorowi jak tęcza. Zaleca się noszenie gorszych ubrań, bo o spraniu tej tęczy nie ma mowy.

Ale wracając do naszego pytania. W zeszłym tygodniu (dopiero - aż wstyd!) dowiedziałam się, który rok mamy w Laosie. Otóż jest 543 lata różnicy pomiędzy buddyjskim a gregoriańskim kalendarzem. Tak więc prosta matematyka i wychodzi na 2556 rok!

Świętowanie Pi Mai - zdjęcia znalezione w internecie 

Podczas Pi Mai dzieciaki lubią się też sypać mąką :)

sobota, 11 maja 2013

Laotańska przyroda

Dziś postanowiłam wybrać się na spacer, co jest sporym wyczynem w tutejszym klimacie. Chciałam wszystkim pokazać jak wygląda laotańska przyroda, a jest bardzo egzotyczna i piękna. W związku z nadejściem wiosny, a tutaj pory deszczowej, wiele roślin i drzew pięknie zakwitło. Nie żeby w Laosie kiedykolwiek brakowało zieleni, ale teraz jest chyba jeszcze piękniej. Rozpisywać się nie będę bo roślin nie potrafię nawet nazwać ;) Ale myślę, że można nacieszyć oko :)





Tych drzew w Laosie bardzo dużo. Zakwitły kilka tygodni temu i trzeba powiedzieć, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Są przepiękne! 
















Tutejsze bardzo popularne kwiaty - symbol Laosu 

wtorek, 7 maja 2013

Inspirująca rozmowa z 17 letnim uczniem na mnicha

Końcem kwietnia wybraliśmy się do Parku Buddy. Podczas przechadzania się po Parku nawiązaliśmy rozmowę z tutejszym uczniem na mnicha, tzw. novice monk. Nawet nie pamiętam kto kogo zaczepił, ale chłopak był bardzo sympatyczny i ciekawie opowiadał. Młodziutki uczeń na mnicha miał zaledwie 17 lat. Najpierw rozmowę prowadziliśmy spacerując po parku. Rodzi się pytanie. Dlaczego uczeń na mnicha rozmawia z obcokrajowcami? Otóż jak nam powiedział, przyjeżdża do Parku w każdą niedzielę (jeśli tylko jest to możliwe) i nawiązuje rozmowę ze zwiedzającymi turystami, żeby ćwiczyć swój angielski. Byłam pod wrażeniem jego umiejętności i chęci mówienia po angielsku.

Jako, że upał był ogromny, zaprosiłam go knajpki, która znajdowała się na terenie Parku. Wydawał się trochę zawstydzony, cicho powiedział, że jest nieśmiały. Nalegałam, bo widziałam, że chciał kontynuować rozmowę. W końcu podążył za nami do stolika. Jak mówiłam, upał był straszny więc zaproponowałam mu coś do picia. Wybrał wodę i wróciliśmy do rozmowy.

Dowiedzieliśmy się między innymi, że o tej porze (było wczesne popołudnie) nie może już jeść. Powiedział, że je dwa razy dziennie. Rano po 6 je śniadanie i koło 12 lunch. Na tym koniec, żadnych przekąsek. Jedynie woda. Muszę powiedzieć, że z wyrzutem wcinałam swojego kurczaka. Opowiedział nam trochę o swoim życiu i dlaczego został uczniem na mnicha.

Chłopak pochodzi z bardzo biednej rodziny na północy Laosu (przy granicy z Chinami). Ma 2 braci i jedną siostrę. Jego rodzina żyje z uprawy ryżu. Mają też jakieś owoce i warzywa. Najczęściej wystarcza to tylko, żeby nakarmić nakarmić rodzinę. Czasem jeśli jest urodzaj mogą coś sprzedać. Jak był młodszy pracował na polu ryżowym, gdzie nieraz łapał żaby, żeby mieć jakieś mięso do jedzenia. Gdy miał 14 lat ojciec zapytał go, czy chce pójść do świątyni i zostać uczniem na mnicha. Z chęcią przystał na tą propozycję. Dlaczego? Otóż taka droga dawała mu szansę na edukację. Mając 14 lat, spakował się i ruszył daleko do stolicy. Była to jego pierwsza wizyta w Wientianie. Sam musiał znaleźć świątynię, która go przyjmie. Udało mu się. Wyznaczył sobie bardzo dokładne cele w życiu. Przede wszystkim musi się dużo uczyć. Ciągle powtarzał "I must study hard". Jego determinacja była zadziwiająca. Wstaje codziennie o 4 rano, żeby móc się uczyć w ciszy i spokoju kiedy wszyscy inni jeszcze śpią. Potem, o 6 godzinie, wychodzi z innymi mnichami na ulicę po dary od ludzi. Najczęściej dostają jedzenie, czasami jakieś pieniądze. Jeśli dostaną pieniądze, dzielą je równo i każdy dostaje tyle samo. Na pytane co kupuje za te pieniądze, odpowiada, "I buy a pen or a book".  Stara się też coś odłożyć, żeby wspomóc swoją rodzinę. Często też chodzi chodzi do ambasady amerykańskiej, żeby pożyczyć tam książki do czytania. Nie narzeka, na małe ilości jedzenia, za to widać, że jest głodny wiedzy.
Po śniadaniu wraca do nauki. Następnie lunch i szkoła. Bardzo lubi angielski, historię i geografię. Jego angielski jest naprawdę dobry, ma bogaty zasób słownictwa. Jedynym problemem jest wymowa. Dlatego właśnie chce rozmawiać z obcokrajowcami. Ma nadzieję w ten sposób poprawić swoją wymowę. Angielskiego uczy się w szkole, ale ma zaledwie 2 godziny tygodniowo i do tego jego nauczyciel jest Laotańczykiem, który nie wymawia wszystkich wyrazów poprawnie. Takie rozmowy jak z nami to dla niego darmowe lekcje. Kiedy poprawiamy jego wymowę, docenia to i próbuje jeszcze raz, powtarza kilka razy, próbuje zapamiętać. Kiedy podczas rozmowy brakuje mu słowa, denerwuje się, co widać bo rusza niespokojnie nogą. Cały czas jest jednak opanowany i bije i od niego spokój ducha, którym nas zaraża.
Po szkole wraca do nauki. Obiadu ani kolacji nie może jeść. Jego koledzy mieszkający z nim w świątyni, też uczniowie na mnicha, oglądają wieczorem telewizję. Opowiada, że próbował ich przekonać, że nie należy tracić czasu na telewizję, lepiej się uczyć. Ale oni nie są aż tak zdeterminowani w dążeniu do sukcesu. "Odciął" się więc od nich. Uczy się do wieczora i o 21 idzie spać. Jedną z niewielu rozrywek, a może jedyną, jest coniedzielna wycieczka do Parku Buddy i rozmowa z turystami. Jest niezwykle zdeterminowany, zdanie "I must study hard" pada z jego ust kilka razy podczas naszej rozmowy. Na pytanie co chce robić w przyszłości mówi, że chce marzy, żeby dostać stypendium na uniwersytet i później zostać politykiem. Może to się wydawać dziwne bo politycy kojarzą nam się z korupcją, chciwością i fałszywymi obietnicami. On jednak pragnie tylko, żeby jego kraj był lepiej rozwinięty i żeby ludzie za granicą wiedzieli więcej o Laosie.

Co zaskakuje mnie przy tej rozmowie, to jego niesamowita determinacja i skromność. Pomimo tylu trudów w życiu, ma jasno wyznaczone cele. Jego dotychczasowe życie to praca na polu ryżowym i od 3 lat skromne życie mnicha, a droga do celu daleka i bynajmniej nie usłana różami. Taka rozmowa mogłaby dać wiele do myślenia rozpuszczonym i bogatym uczniom, dla których dzień bez komputera i facebooka jest dniem straconym...
Novice monks in Vientiane (zdjęcie znalezione w internecie)