poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Starożytne miasto Angkor w Kambodży

Podróż, jak już pisałam wcześniej, nie odbyła się bez niespodzianek więc naprawdę liczyłam, że po przyjeździe wszystko będzie ok. I przeważnie było.

Po przyjeździe do ślicznego pensjonatu, wraz z kuzynem udaliśmy się na zasłużony wypoczynek. Na drugi dzień, postanowiliśmy skorzystać z hotelowej promocji. Przy rezerwacji przynajmniej 3 noclegów, pensjonat oferował darmową przejażdżkę tuk-tukiem do Angkor Wat i na wzgórze Phnom Bakheng. O drugiej byliśmy gotowi na wycieczkę do miasta Angkor, który jest na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Tuk-tuk zajechał o czasie. Po ok 8 km dojechaliśmy do granicy miasta Angkor gdzie zakupiliśmy bilety. Są trzy rodzaje biletów. 1-dniowy za $20, 3-dniowy za $40 i tygodniowy za $60. Bez wahania zakupiliśmy 3-dniowe bilety. Jeszcze przed wycieczką w mieście Siem Reap spotkaliśmy Polaka. Powiedział nam, że wg. niego 1-dniowy bilet wystarczy bo tak naprawdę to po paru świątyniach wszystko zaczyna wyglądać podobnie... Nic bardziej mylnego! Według mnie miasto Angkor jest tak niesamowite, że gdyby czas mi na to pozwolił, z pewnością zakupiłabym tygodniowy bilet. Zupełnie nie wiem jak można się znudzić po 1 dniu!

Tak więc, pierwsze nasz tuk-tuk zajechał pod świątynię Angkor Wat, która jest największą i najważniejszą świątynią w kompleksie Angkor. Jakie wrażenia? Niesamowite! Oczywiście trzeba spodziewać się naprawdę dużej ilości turystów (powiem od razu, zanim zapomnę, że są również świątynie, gdzie turystów prawie nie ma. W niektórych byliśmy zupełnie sami). Ale z oczywistych względów Angkor Wat nie można pominąć. Spędziliśmy tam ok 2 godzin i wcale nie mieliśmy dość!

W drodze!

Angkor Wat





Dodatkowa atrakcja w Angkor Wat (pajączek był prawie tak duży jak dłoń)




Następnie nasz tuk-tuk zawiózł nas pod wzgórze Phnom Bakheng. Wejście na wzgórze trwa niecałe pół godziny. Na szycie roztacza się piękny widok, szczególnie warto wybrać się tam, aby zobaczyć zachód słońca. My jednak do zachodu nie czekaliśmy, głównie dlatego, że ja nie mogłam wejść na szczyt świątyni, z której widok jest jeszcze lepszy. Niestety nie wiedziałam (a na tablicy informacyjnej na dole nie jest nic napisane), że trzeba mieć odpowiedni strój. To znaczy, że ramiona i kolana muszą być zakryte. Muszą tutaj wspomnieć i jednej istotnej rzeczy. Chustką nie można się zakryć. Dlaczego piszę o chustkach? Bo Kambodżańskie chustki sprzedają na każdym kroku, również w Angkorze. Wiem, bo próbowałam. Na szczycie, przed świątynią, zaczepiłam jedną turystkę i zapytałam czy mogę od niej pożyczyć chustkę. W moim przypadku problemem były odsłonięte kolana. Przewiązałam się chustką, tak żeby je zakryć. Niestety pani, która wpuszczała do świątyni, powiedziała "No scarf" i musiałam zawrócić. Aha, na górze przed zachodem słońca gromadzą się spore tłumy turystów, więc warto przyjść wcześnie. Jak pisałam, my zeszliśmy wcześnie. Nie żałowaliśmy za bardzo, bo jak się okazało po powrocie do Siem Reap, niebo trochę się zachmurzyło i tuż przed zachodem chmury zakryły słońce.

Widok na wzgórzu Phnom Bakheng

Świątynia na wzgórzu Phnom Bakheng

Wracając do Siem Reap zapytaliśmy kierowcę naszego tuk-tuka, czy może nas zawieźć do jakiejś knajpy bo jesteśmy głodni. Powiedzieliśmy, że chcemy jechać do jakiejś przyjemnej, ale niedrogiej restauracji. Zatrzymaliśmy przy jakiejś (nie do końca przyjemnej) knajpie. Zapytałam kierowcy, czy podają tam mięso z kurczaka. Powiedział, że jest tylko wieprzowina. Na grillu były kawałki wieprzowiny, albo raczej powinnam powiedzieć, że były kawałki świni, bo było tam wszystko z czego świnia się składa. Widok nie był ciekawy. Zresztą wiem, że wieprzowinę w Azji lepiej zamawiać tylko w sprawdzonych restauracjach. Parę razy w Laosie tak się nacięłam, zamówiłam wieprzowinę i było wszystko z wyjątkiem mięsa. Tak więc pytam naszego kierowcy, czy może gdzieś tu możemy zjeść mięso z kurczaka. On oczywiście powiedział, że nie. I wtedy już wiedziałam. Z resztą domyślałam się już wcześniej. Restauracja, do której nas zawiózł należała do jego znajomego, od którego na pewno dostaje prowizję za przywiezienie klientów. Skąd wiem? Z dwóch powodów. Po pierwsze, jak poszłam do restauracji obok, okazało się, że podają tam kurczaka. Po drugie, nasz kierowca nalegał, że jak chcę zamówić obiad w restauracji obok, to żebym koniecznie wzięła ten obiad do poprzedniej knajpy i tam zamówiła piwo. Zgodziłam się i po zamówieniu jedzenia wróciłam do knajpy ze świniakiem. Zapytaliśmy o cenę piwa. Nasz kierowca poszedł na zaplecze i wrócił z odpowiedzią: 2,5 USD za butelkę. Oczywiście menu nikt nam nie podał. Może wydawać się, że to dobra cena, ale tak nie jest. Wiedziałam, że ceny powinny być niższe. Ale tak naprawdę to nie chodziło o pieniądze, tylko o to, że nie cierpię kiedy azjatyccy sprzedawcy patrzą na mnie jak na dojną krowę i próbują zedrzeć ze mnie ile się da. Może jak ktoś przyjeżdża jako turysta to inaczej na to patrzy. Ja jednak mieszkając w Azji nie pozwalam, żeby mnie robiono w balona na każdym kroku. Uczciwym kierowcom czy sprzedawcom chętnie zostawię napiwek, ale od naciągaczy uciekam. Tak więc wstałam i oznajmiłam naszemu kierowcy, że chcę wrócić do hotelu. Oczywiście był bardzo niezadowolony, mówiąc delikatnie.... Krótko mówiąc, rozstaliśmy się nie mając zamiaru więcej się widzieć.

Wieczorem wybraliśmy na kolację na główną ulicę Pub Street , gdzie w bardzo przyjemnym otoczeniu zjedliśmy i popiliśmy piwem za $0,5 za kufel piwa :)

Siem Reap nocą


Następny dzień zaczęliśmy wcześnie rano i po śniadaniu o godz. 8 wyruszyliśmy z nowym kierowcą na całodniowe zwiedzanie miasta Angkor. Nasz nowy kierowca był małomówny i bardzo szybki - to nam doskonale pasowało! Trzeba powiedzieć, że kambodżańskie tuk-tuki są naprawdę szybkie i zupełnie inne od tych w Laosie czy Tajlandii. Ale nasz kierowca zdecydowanie miał zamiłowanie do dużych prędkości, bo wyprzedzał prawie wszystko, w tym większość samochodów. Na początek wybraliśmy się raz jeszcze do Angkor Wat, ponieważ czuliśmy niedosyt i chcieliśmy wejść na górę świątyni, czego poprzedniego dnia nie zrobiliśmy z powodu braku odpowiedniego stroju (mojego stroju ;)). Dzień wcześniej zakupiłam coś jak spódnico-spodnie, bardzo wygodne i egzotyczne, utargowana cena to $4 :). Oczywiście spędziliśmy w Angkor Wat kolejne 2 godziny, odkrywając nowe miejsca. Do Angkor Wat po prostu nie da się wejść tak chwile, zresztą nie jest to mały teren. Następnie z naszym nieustraszonym kierowcą wybraliśmy kolejno do Angkor Thom: Bayon Temple, Baphoun Temple, Royal Palace & Phimeanakas Temple, Elephant Terrace, Lepper King Terrace i do Ta Prohm, która chyba jest drugą po Angkor Wat najbardziej znana świątynią (ruiny świątynne oplecione są drzewami i ich korzeniami - przepięknie). Zwiedzanie zajęło nam jakieś 8 godzin, przeszliśmy pewnie jakieś kilkanaście kilometrów w ogromnym upale, ale zdecydowanie warto było! Wieczór spędziliśmy na mieście przy piwie za pół dolara i mojito za dolara.

Bayon Temple, Angkor Thom




Baphuon Temple

Elephant Terrace & Leper King Terrace



Ta Prohm





Następny dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie, oddalonego o ponad 30 km Angkor Wat, Kbal Spean, które jest świętym miejscem nazywanym przez Khmerów "Rzeką Tysiąca Ling". Rzeźbienia w rzecznym korycie (XIw.) mają rzekomo oczyszczać wodę, zanim wpłynie ona do zbiorników Angkoru. Zdecydowanie miejsce warte zobaczenia. Dojście do rzeki trwa ok 40 min i idzie się przez dżunglę, głównie pod górę i choć jest stromo to jednak w tym klimacie można się całkiem nieźle zmęczyć. Na miejscu czeka na nas rzeka o ciekawym złotym kolorze i wodospad. Szkoda tylko, że my byliśmy tam na koniec pory suchej, bo w rzece niewiele było wody, a wody w wodospadzie było tyle co w większym prysznicu. Mimo wszystko, nie żałowaliśmy. Było pięknie. Ostatnim miejscem, do którego zabrał nas tuk-tuk to Banteay Srei. Banteay Srei to wspaniała świątynia z X w. Cały kompleks zwany jest "Cytadelą Kobiety". Wieczór ponownie spędziliśmy przy piwie i mojito.

Kbal Spean









Banteay Srei




Podróż powrotna do Wientianu była spokojna i bez większych niespodzianek. Jedyna zabawna sytuacja miała miejsce w Bangkoku, do którego przyjechaliśmy prosto z  Siem Reap autobusem. Kiedy wysiedlimy z autobusu natychmiast otoczyli nas naganiacze taksówek. Jako, że potrzebowaliśmy taxi, żeby dostać się z dworca autobusowego na stację kolejową, zapytałam o cenę. Naganiacz powiedział 700 bahtów (ponad 70 zł). Rozbawieni popatrzyliśmy z Marcinem na siebie, a potem z na naganiacza. Co prawda nie wiedziałam jak daleko jest stacja kolejowa, ale domyśliłam się, że cała pewnością nie jest to 20 km... (jak twierdził naganiacz). Widząc naszą minę szybko zmienił zdanie i powiedział 400 bahtów. Zapytałam tylko "taxi meter?". Odparł, że nie ma. I wszystko było jasne. Spokojnie oddaliśmy się od naganiacza. Wyszłam na ulicę i zatrzymałam różowiutką taksówkę. Spytałam "taxi meter?" Pan skinął na potwierdzenie głową. Szybko dojechaliśmy na miejsce. Cena? 130 bahtów :) Ważna informacja: W BKK należy samemu łapać taksówki i zawsze pytać o taxi meter.

Przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz. W Nong Khai, na granicy z Laosem, kolejna naciągaczka miała nadzieję na nas zarobić zarobić. Siedziała przy granicy i próbowała zwerbować mijających ją turystów do zrobienia zdjęcia potrzebnego do laotańskiej wizy. I co w tym niezwykłego? Otóż zdjęcie nie jest w ogóle potrzebne! Dobrze, że nie jestem tu turystą! ;)

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Podróż: Vientiane, Laos - Siem Reap, Cambodia

Po 11 dniach wolnego spędzonych na podróżowaniu wracam na bloga :) Dziś o podróży z Vientiane (Laos) do Siem Reap (Kambodża).

Podróż rozpoczęłam sama z dworca w Wientianie. Początek, łatwizna, dobrze znana mi już półgodzinna podróż do granicy laotańsko-tajskiej. Dalej, z granicy tuk-tukiem na dworzec w Nong Khai. Kiedy przyjechałam, pociąg już czekał. Poszłam do kasy biletowej zapytać o bilety na nocny pociąg do Bangkoku. Planowałam kupić bilet do przedziału nieklimatyzowanego z łóżkiem na dole. Sympatyczny Taj w kasie poinformował mnie, że nie ma już biletów na dolne łóżka, zostało tylko 6 na górne. Następnie próbował mnie przekonać, że lepszym wyborem dla mnie będzie wagon klimatyzowany. Ja jednak postanowiłam zostać przy swoim i kupiłam bilet do wagonu z wiatrakami na suficie. Po pierwsze, wiem jak oni tu 'podkręcają' klimatyzację (w grudniu było tak zimno, że nawet sweter i pościel nie pomagały), po drugie bilet do wagonu bez klimatyzacji jest dwa razy tańszy :) Tak więc o 17:30 zakupiłam bilet i wpakowałam się do pociągu. Było jeszcze jakieś 50 min do odjazdu. Upał szybko dał osobie znać, jeszcze  nie ruszyliśmy, a już siedziałam spocona w pociągu. Pocieszałam się, że jak pociąg ruszy to przez otwarte okna wleci trochę świeżego powietrza i będzie znośniej. Cóż, nie było. Niedługo po tym jak ruszyliśmy, przyszedł pan, żeby rozłożyć łóżka. Pan spojrzał na mój bilet i wysłał mnie na górne łóżko. I to by było na tyle, jeśli chodzi o 'chłodzenie' się przy oknie (okna są tylko przy dolnych łóżkach). Leżąc pod samym sufitem, pozostało mi gapienie się na wiatrak na suficie, który co jakiś czas łaskawie obracał się i lekko powiewał w moją stronę. Mimo upału szybko zasnęłam. Nagle budzę się, jest już ciemno. Ile spałam?, zastanawiam się z zadowoleniem, że część podróży już przespałam. Szukam telefonu, patrzę na godzinę.. Cholera, tylko godzinę spałam?! No cóż, to była dość długa noc. Zasnęłam chyba koło północy, kiedy w pociągu temperatura stała się bardziej znośna.

Po ok 14 godzinach dotarliśmy do Bangkoku. Pogoda była raczej pochmurna, co mnie bardzo ucieszyło. Małym problemem okazało się skontaktowanie z moim kuzynem, Marciem, z którym miałam się spotkać w Bangkoku (BKK). W Tajlandii musiałam zmienić kartę sim z laotańskiej na tajską. Problem polegał na tym, że Marcin nie znał mojego tajskiego numeru, a ja nie mogłam się dodzwonić ani na jego angielski numer (Marcin mieszka w Londynie) ani na tajski. Po dotarciu na stację z kieszeni wyciągnęłam małą karteczkę. O jak dobrze, że zapisałam sobie nazwę jego hostelu! Szybko udałam się do 'information desk' i pokazałam pani nazwę hostelu. Co prawda Marcin mówił, że to naprzeciwko dworca, ale jak ktoś był w BKK to wie, że można i pół godziny szukać czegoś co jest 'naprzeciwko' dworca głównego. Mając wskazówki od pani z informacji w mig znalazłam hostel z karteczki. Na miejscu pytam panią recepcjonistkę o kuzyna. Pani podnosi słuchawkę i dzwoni. Wymienia kilka zdań z kimś, czeka i odkłada słuchawkę. "Pani kuzyna nie ma w hostelu, pokój jest pusty, ale jeszcze się nie wymeldował". Dupa. Pytam więc czy mogę usiąść i poczekać. Zamówiłam nawet jakieś śniadanie i czekam.

Wkrótce, ku mej wielkiej radości, zjawił się mój kuzyn. Oczywiście szukał mnie na dworcu :) Po śniadaniu udaliśmy się z powrotem na dworzec i zakupiliśmy bilety do Aranyaprathet, miasta leżącego przy granicy z Kambodżą. Do wyboru mieliśmy jeden pociąg drugą klasą, bez klimatyzacji, czyli innymi słowy nie mieliśmy wyboru. Ale myślę sobie, tyle już przejechałam pociągiem bez klimatyzacji, to przejadę jeszcze 250 km. Pocieszająca (choć z drugiej strony podejrzana) była cena biletu - 45 baht (5 zł)! O 13:30 nadjechał pociąg. Szybko wpakowałam się do pociągu zajmując 2 miejsca siedząca. Obowiązująca zasada to kto pierwszy ten lepszy, a kto drugi ten stoi. Usiedliśmy i myślę sobie, nie jest tak źle, mamy miejsca siedzące (w odróżnieniu od wielu innych pasażerów) i nawet okno otwarte koło nas. Niestety sytuacja z godziny na godzinę się pogarszała. Nie tylko był upał niemiłosierny, ale ludzi ciągle przybywało, przez co duchota była nie do zniesienia. Na każdym kolejnym przystanku wyglądałam przez okno i widziałam kilkadziesiąt osób, które miały zamiar za chwilę się wpakować do pociągu. Wysiadała jedna lub 2 osoby. Chociaż siedziałam, to i tak niewygoda dokuczała okrutnie. Przed sobą miałam ogromną ilość pasażerów, którzy stali tak upchani, że nie było mowy, żebym nogi wyprostowała. Pani obok mnie wepchała swoje dziecko, co nie było jeszcze złe, bo kilkuletni brzdąc bez problemu się zmieścił. Później jednak wepchała również swój tyłek, a dziecko wzięła na kolana. Po jakiś 2 godzinach podróży biedna mała dziewczynka obok mnie zaczęła wymiotować. Po kolejnej godzinie zrobiło mi się żal pana, który na jednym z przystanków dołączył do naszego wesołego wagonu z rocznym chłopczykiem i żoną niosącą jakieś tobołki. Stali tak przed nami w tym nieludzkim ścisku. Mąż trzymał śpiącego chłopczyka na rękach, a właściwie to jedną ręką go podtrzymywał, a drugą trzymał się uchwytu u góry, żeby nie stracić równowagi. Żona co jakiś czas wycierała z jego twarzy kapiący pot. Taki biedny chudzina był, że musiałam mu jakoś pomóc. Pokazałam na dziecko, a potem na swoje kolana. Pan chudzina z radością oddał mi swoją pociechę. Chłopczyk z godzinę przespał na moich kolanach. Kiedy rodzina pana chudziny wysiadała, wesoło pomachali mi z żoną, podczas gdy maluch tylko nieśmiało przyglądał się dziwnej białej pani, u której obudził się niedawno na kolanach. Podróż dłużyła się okrutnie, minęła kolejna godzina, a my dalej w drodze. Upał, smród, pot i duchota skończyły się dopiero po 5 godzinach.

Szczęśliwi wysiedliśmy w Aranyaprathet, ostatnim tajskim miasteczku na naszej drodze, które graniczyło z Kambodżą. Oczywiście ledwo wyczołgaliśmy się z pociągu, a już zostaliśmy otoczeni przez tajskich kierowców tuk-tuków. Mówię do jednego, że na granicę chcemy jechać, na co kierowca odpowiada 100 bahtów. Ja swoją piękną 'laotańszczyzną' odpowiadam 80 bahtów (laotański i tajski są mniej więcej w 80% takie same). Pan się zdziwił, po czym zaczął się śmiać powtarzając 80 bahtów po tajsku/laotańsku. Nie mniej jednak chętnie nas zabrał za zaproponowaną przeze mnie cenę. Zbliżała się 19 godzina, więc lekki stres był bo granica otwarta jest tylko do 20. Przed czymś co w oddali wyglądało na granicę, kierowca skręcił w boczną uliczkę i zatrzymał się mówiąc, że musimy kupić wizę do Kambodży. Tu już wkurzyłam się na dobre.Widzę przecież, że to nie granica i dobrze znam historie z internetu gdzie naiwni turyści kupują wizy w biurach podróży za dwukrotnie większe kwoty, ale dostają fałszywe wizy. Wrzasnęłam więc na gościa, że to nie jest granica i żadnej wizy nie będę kupować. Kazałam mu natychmiast zawieść się na granicę. Gościu najwyraźniej zły powtarzając za mną Thai border, Thai border (jak małe dziecko, które lubi się przedrzeźniać) zawrócił. Mówiłam już, że czasu mieliśmy niewiele? Tak, więc było po 19 i wszędzie ciemno, a my siedzieliśmy w tuk-tuku, którego kierowca ewidentnie był niezadowolony, że nie udało mu się dorobić na naciąganiu turystów. Jednak widząc, że ma pasażerkę, która jest też dobrze wkurzona, zawiózł nas pod granicę. Zapłaciliśmy i poszliśmy przekraczać granicę. Pożegnanie z Tajlandią nie poszło najlepiej...
Przejście przez granicę tajlandzką to była formalność, jako Polacy nie potrzebujemy wizy, pieczątka i idziemy dalej.

Na granicy kambodżańskiej tak prosto już nie było. Oszustwa, przekręty i naciąganie jest tu (w Azji Południowej) powszechne, dlatego jestem zawsze przygotowana i w każdej nawet odrobinę podejrzanej sytuacji zapala mi się czerwona lampka. Jednak będąc na granicy człowiek ma do czynienia z policjantami czy celnikami, a nie sprzedawcami lub kierowcami, więc jest się mniej przygotowany na kłopoty z jednej prostej przyczyny, nie spodziewa się ich.

Dochodziła 19:30 kiedy dotarliśmy pod okienko 'visa on arrival'. Jeszcze przed wyjazdem dzwoniłam do ambasady kambodżańskiej w Laosie, żeby spytać o ceny wiz, trochę informacji również znalazłam na internecie. Jedno wiedziałam na pewno, wiza miała kosztować 20 dolarów. Tuż nad okienkiem 'visa on arrival', gdzie pobrałam formularze, widniała tabliczka informacyjna podająca min., że wiza turystyczna kosztuje 20 dolarów, co tylko potwierdziło moje informacje. Zdjęcia mieliśmy ze sobą, bo jak się wcześniej dowiedziałam, kasują na granicy 200 baht (ponad 20 zł) za zdjęcie. Formularze wypełniliśmy, zdjęcie załączyliśmy, wystarczyło wszystko złożyć w okienku i zapłacić.... I tu pojawił się problem.... Celnik-naciągacz mówi do mnie 800 bahtów (ponad 80 zł). Więc pytam czemu 800 bahtów i że chcę zapłacić w dolarach, a dokładnie chcę ich wydać 20. Rozzłoszczony celnik-naciągać krzyczy na mnie "20 dollars and 100 baht!". Mówię mu, że nie mam zamiaru dopłacać 100 bahtów, bo wiza kosztuje 20 dolarów. On jednak swoje, krzyczy znowu 20 dolarów i 100 bahtów, po czym odsuwa mój wniosek. I tu już mnie rozsierdził na dobre. Tym razem ja krzyczę, że dzwoniłam do ambasady i powiedzieli mi, że wiza kosztuje 20 dolarów. On na to odkrzykuje (wszystko odbywało przy i za aprobatą jego kolegów-celników), żebym sobie szła do ambasady i tu mam zapłacić dodatkowo 100 bahtów. Wściekła do granic możliwości, trochę też przestraszona (jednak bardzo chciałam tę cholerną wizę), ale przede wszystkim wściekła, krzyczę znowu, że przecież jest tabliczka i umiem czytać i nie mam zamiaru zapłacić więcej. Po czym wyjmuję 20 dolarów i wciskam mu je z moim wnioskiem.  Wszystko to odbywało się przy parze z Anglii, która też wypełniała wnioski wizowe. Celnik-naciągacz w końcu wziął mój wniosek i 20 dolarów. Podobno odkrzyknął mi, że będę za to czekać godzinę na wizę... Ja musiałam odejść kawałek bo cała się gotowałam! Takie chamstwo na granicy!!! Skończyło się na tym, że po 5 minutach wszyscy dostaliśmy wizy. Moją oczywiście dostałam na końcu, ale i tak byłam dumna z siebie, że nie dałam się oszukać, po raz kolejny....! :) Witaj Kambodża!

Była już prawie 20, a my nadal nie byliśmy na miejscu. Pozostało ok 150 km do pokonania. Było ciemno, późno i nie wiedzieliśmy, czy jeżdżą jakieś autobusy do Siem Reap o tej porze. Założyliśmy, że nie. Granicę opuściliśmy z parą z Anglii, którą poznaliśmy przy wypełnianiu wniosku wizowego. Dowiedzieliśmy się od  nich, że też jadą do Siem Reap i umówili się z kierowcą taxi, że zabierze ich za 20 dolarów od osoby. Pomyśleliśmy, że zabranie się z nimi wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Nie chcieliśmy zostawać w przygranicznym mieście Poipet, które nie cieszy zbyt dobrą opinią, zwłaszcza, że mieliśmy już zarezerwowane noclegi w Siem Reap. Pobytu też nie chcieliśmy przedłużać bo zakupiliśmy, jeszcze będąc w BKK, bilety powrotne na pociąg do Nong Khai. Wszystko mieliśmy wyliczone do dnia, żeby nie powiedzieć, że do godziny. Podjęłam się więc negocjacji z taksówkarzem. Na początek wypalił z ceną 80 dolarów, tłumacząc, że bierze 20 od osoby, ale ja jak to ja, zaczęłam się ostro targować. Powiedziałam, że znam ceny taksówek (i znałam, bo czytałam wcześniej na internecie). Po dłuższej negocjacji zgodziliśmy się za $60, 15 od osoby. Wsiedliśmy do taksówki, pierwszego klimatyzowanego pojazdu, od kiedy wyjechałam z Laosu. Co za ulga!!!  Oczywiście po jakimś czasie w taksówce zrobiło się zimno i zmarzłam dla odmiany. Taksówkarz miał nas zawieźć do naszego pensjonatu. Jak zwykle było inaczej. Zatrzymał się na dworcu, gdzie powiedział, że na miejsce odwiozą nas tutejsi kierowcy tuk-tuków. Już miałam protestować, wietrząc podstęp, ale kierowca zapewnił nas, że dowóz będzie za darmo. Upewniłam się pytając kierowcę tuk-tuka. Potwierdził. O dziwo tym razem było jak powiedzieli. Żadnego przekrętu. Naturalnie, kierowca tuk-tuka całą drogę nas zagadywał, mówiąc głównie o swoich usługach i wręczając nam swoją wizytówkę. Chyba pierwszy raz spotkałam się z kierowcami tuk-tuków posiadających wizytówki i mówiących tak dobrze po angielsku. Może nie taka zła ta Kambodża, pomyślałam kiedy szczęśliwie zameldowaliśmy się w uroczym pensjonacie :) Cdn...;)

W nocnym pociągu z Nong Khai do Bangkoku

wtorek, 9 kwietnia 2013

Mroczna strona Laosu

Piszę o Laosie i przeważnie go zachwalam. No bo super pogoda, egzotyczna roślinność, pyszne jedzenie i bardzo przyjaźni ludzie. Więc na co narzekać?

Zacznę od wypadku, którego byłam świadkiem w niedzielę. Wybraliśmy nad Mekong. Darek z Mają poszli do parku, a ja poszukać biur podróży (rozważam wyjazd do Kambodży na Laotański Nowy Rok). Z głównej ulicy skręciłam w wąską uliczkę, gdzie już z daleka widziałam 2 agencje turystyczne. Idąc w kierunku pierwszej agencji, minęłam pracowników, którzy ładowali ogromne szyby do vana na "pakę". Pamiętam, że zwróciłam uwagę na nich, bo pracowali w upale, dźwigając ciężkie szyby. Żadnego sprzętu, ani nawet rękawic nie mieli. Minęłam ich i poszłam do pierwszej agencji wypytać o ceny podróży do Kambodży. Po wyjściu miałam zamiar zajrzeć do biura na przeciwko. Niestety było zamknięte. Zatrzymałam się jednak bo 3 obcokrajowców zagadnęło, pytając gdzie chcę jechać. Oczywiście padło pytanie skąd jestem. Jak powiedziałam, że z Polski to okazało się, że jedna dziewczyna czekająca na autobus do Bangkoku była Polką. Po chwili przyjechał autobus i zabrał Polkę. Ja jeszcze chwilę zostałam rozmawiając z  dwoma innymi obcokrajowcami, Brytyjczykami chyba. Oni byli turystami więc pytali mnie dlaczego mieszkam w Laosie, co tu robię i jak mi się tu żyje. Tak sobie rozmawialiśmy miło, kiedy nagle usłyszeliśmy huk blisko nas. Chyba jeszcze zanim wychyliłam się na ulicę wiedziałam co się stało.... Prawdopodobnie szyby, które pakowali mężczyźni zsunęły się z "paki'... Efekt był bardzo przykry. Jeden z pracowników, młody chłopak został przygnieciony. A dokładnie jego noga, na wysokości połowy łydki została przygnieciona przez kilka ogromnych i ciężkich szyb. Widok był straszny. Chłopak leżał na ulicy, nawet nie krzyczał, prawdopodobnie był zbyt oszołomiony tym co się stało. Leżał pół przytomny na ziemi, podczas gdy jego koledzy próbowali podnieść szyby, które zgniatały jego nogę. Zajęło im to chyba ponad 10 minut. Wokół biednego chłopaka zebrał się już mały tłum. Człowiek czuł się tak zupełnie bezradny... nie można było nic więcej zrobić. Strasznie mi go żal było, to taki młody chłopak był.
W pewnym momencie zobaczyłam jak dwie dziewczyny robią zdjęcia swoimi telefonami.. Miałam ochotę podejść, wyrwać im te telefony i trzasnąć o ziemię. Ludzka głupota nie zna granic. I co one z tymi zdjęcia miały zamiar zrobić? Wrzucić na fb? Ach, szkoda gadać.
Po 10 czy 15 minutach uwolnili nogę biednego chłopaka. Czekałam aż przyjedzie jakaś karetka, ale nic nie przyjechało... Chłopaka załadowali do samochodu na "pakę" i tak go zawieźli do szpitala. Najbliższy szpital to Mahosot Hospital, który dobrej opinii nie ma... Choć to i tak chyba najlepszy szpital w Laosie. Należy pamiętać, że mówiąc najlepszy mam na myśli laotańskie standardy, a te nijak się mają do europejskich czy choćby tajlandzkich.

Najsmutniejsze w tej historii jest to, że taki chłopak nie ma innej alternatywy. Nie stać go, żeby zadzwonić po karetkę do Tajlandii, do miasteczka oddalonego zaledwie pół godz, od Wientianu, gdzie opieka zdrowotna jest na dużo wyższym poziomie. Pozostał dla niego kiepsko wyposażony laotański szpital z wątpliwymi lekarzami. Chciałabym wierzyć, że nogę mu poskładają i pozszywają, ale prawda jest taka, że mogło się to skończyć amputacją.

Zdjęcie znaleziona w internecie. Nie wygląda zachęcająco, prawda?

My choć mamy możliwość wyjazdu do Tajlandii w razie potrzeby, lub możliwość korzystania z np. francuskiej kliniki w drobniejszych sprawach, zawsze jest jakaś obawa, że przy poważnym wypadku (i utracie przytomności) ktoś mnie zawiezie do tutejszego szpitala, na "pace", jak tego biednego chłopca...
Nie ma co wpadać w panikę oczywiście. Przecież ludzie tu żyją, większość spokojnie i radośnie, pomimo biedy. Trzeba jednak pamiętać, że każdy kraj ma swoją mroczą stronę.

Kilka praktycznych porad:
1. Na motorze należy jeździć w kasku (policja może zatrzymać osoby jadące bez kasku).
2. Nie należy jeździć po alkoholu, co niestety jest tu bardzo powszechne (policja ma to gdzieś).
3. Należy zrobić wszystkie zalecane szczepionki przed przyjazdem do Laosu.
3. Oczywiście należy też po prostu zachować zdrowy rozsądek.

Na koniec powiem tylko, że Laos jest ogólnie bezpieczny i bardzo przyjazny, jedynym często występującym przestępstwem to kradzież. Dwóm moim znajomym skradziono rowery. Naszymi chińskim motorem i rowerem nikt się nie interesuje :)