piątek, 29 marca 2013

Najlepsza kawa w mieście

Zapewne już pisałam, że w Laosie mają doskonałą kawę. Będąc w Polsce nigdy kawy nie lubiłam i prawie nigdy jej nie piłam. Kiedy tu przyjechałam odkryłam, że oprócz piwa, Laotańczycy lubią się chłodzić pijąc mrożoną kawę. Dopiero po jakimś czasie udało się rozróżniać dobrą kawę od kiepskiej. Wiedziałam, w których restauracjach (te, do których chodzę najczęściej na obiad) jest jaka kawa.
Jednakże, dopiero po przeprowadzce do naszego nowego mieszkania odkryłam kawę idealną. I tu zaskoczenie - nie jest to kawa laotańska, albo w każdym razie nie jest podawana w laotańskiej restauracji. Mieszkamy blisko słynnego That Luang, gdzie jest bardzo dużo wietnamskich restauracji (prawdopodobnie dlatego w naszej dzielnicy rzadko łażą po ulicy bezpańskie psy....!). Właśnie w jednej z takich restauracyjek odkryliśmy kawę idealną.  Restauracja jest dosłownie kilka kroków od naszego mieszkania. Nie wiem czy to ta kawa jest inna, czy sposób przygotowania..., prawdopodobnie jedno i drugie. Rezultat w każdym razie jest doskonały. Dodam, że do tej nieziemsko pysznej kawy dostaje się zawsze mrożoną zieloną herbatę - to typowo wietnamska tradycja. I to wszystko, kawa + herbata, za jedyne 10 tyś kipów (4 zł)! :)

Info dla przyjezdnych - aby znaleźć ową restaurację należy udać się na koniec drogi Sisangvong (kierując się w stronę That Luang) i skręcić w lewo. Restauracja jest zaraz za rogiem po prawej stronie.

Tak wygląda kawa kiedy ją dostajemy. Po prawej, szklanka ze skondensowanym mlekiem, do której kawa się skrapla. Po lewej, szklanka z lodem, do której wlewamy kawę kiedy skończy się skraplać. Po środku, oczywiście, mrożona zielona kawa. 

Gotowa kawa

Jedna część restauracji, zadaszona - tu zazwyczaj siedzimy  

 Druga część restauracji 

Zadaszenie z roślin - przy porze suchej dające upragniony cień

niedziela, 24 marca 2013

Wietnamska świątynia Phat Tich

Świątynia Phat Tich Temple znajduje się niedaleko naszego mieszkania, na przedłużeniu naszej ulicy (pomiędzy Talat Sao i Patuxai, na ulicy Nongbone) Jest to wietnamska świątynia wybudowana specjalnie dla sporej wietnamskiej społeczności żyjącej w Wientianie. W odróżnieniu od laotańskich świątyń ta wygląda bardziej jak wieża i ma 5 pięter, właściwie są to tylko balkoniki, gdzie na każdym jest coraz większa postać buddy. Nie wiem dlaczego, ale każda postać buddy ma pomalowane paznokcie :)







W środku świątyni

Na jednym z balkoników 




niedziela, 17 marca 2013

Chiński trunek i chińskie ciasteczka z zielonej herbaty

Dziś popołudniu wybraliśmy do ogromnego chińskiego centrum. Słyszeliśmy o nim już wiele razy, ale jakoś nie było okazji, żeby się tam wybrać, poza tym to dość kawałek od naszego mieszkania. Jak już tam dotarliśmy, to tak jak się domyślaliśmy, można było kupić tam wszystko! Od zabawek, poprzez ubrania, sprzęty elektroniczne, różności do domu, nawet ogromne żyrandole!
Był też chiński supermarket, w którym wszystko było tylko z Chin, też mi nowość ;) W każdym razie chciałam spróbować czegoś typowo chińskiego. Kupiłam więc chińskie ciasteczka z zielonej herbaty. Na obrazu wyglądały tak ładnie... kosztowały 5 zł. No cóż w domu lekko się rozczarowałam... Ciasteczka w smaku nie były złe, ale ich wygląd odbiegał od tego co było na obrazku. No i pieczątka mówiąca grudzień 2012, data produkcji, czy spożycia? :) W każdym razie ciasteczka były raczej okruchami i pozostałościami po tym co kiedyś można było nazwać ciasteczkami.
Drugi zakup to alkohol, a jak ;) Chciałam znaleźć coś nisko procentowego np jakieś wino, ale wszystko co mi wpadało w ręce miało 56 procent alk... Zdecydowałam się na małą 125 ml buteleczkę czegoś tam. Koszt 4 zł.  Tym razem, w domu,  po otwarciu miłe zaskoczenie. Zapach bardzo przyjemny! Nie przypominam sobie, żeby wódka pachniała mi kiedyś ładnie ;) Po małym łyczku stwierdziłam, że trunek jest dosyć mocny i zmieszałam go colą. I co? Smakuje wyśmienicie! Doskonały drink na niedzielny wieczór :) Na zdrowie albo jak tu mówią w Laosie niouk!

Ps. A i kupiłam sobie jeszcze torebkę, taką małą i śliczną. Zobaczymy jak długo wytrzyma, mam nadzieję, że dłużej niż te ciastka :P
Trunek na dziś :)

Pokruszone ciastka leżą w lodówce ;)

piątek, 15 marca 2013

Co można zjeść w Laosie za 80 groszy?

W Laosie można jeść tanio jeśli kupuje się lokalne produkty czy potrawy. I tak ostatnio na wieczór kupiłam sobie grillowany 'sticky rice' (klejący się ryż) i smażonego lub też grillowanego banana w cieście. Zakupu dokonałam na mojej ulicy na straganie od laotańskiej baby, która nie wie co to sanepid, zresztą zapewne słowo sanepid nie istnieje w języku laotańskim :D Niemniej jednak, smakowało to bardzo dobrze i kosztowało 2 tyś kipów czyli ok 80 groszy. Dodam tylko, że tak naprawdę do tego ryżu to chciałam kupić kurczaka... Ten cały banan w cieście właśnie wyglądał jak kawałek kurczaka, nawet na wszelki wypadek spytałam 'sin gai' (kurczak)? Odpowiedziała twierdząco. Nie wiem czy mnie źle zrozumiała czy ja ją (dodam, że banan to 'makguay - nie wydaje mi się, że to brzmi podobnie..) Tak czy siak, kolacja była dobra i super tania ;)

Jednak, nie myślcie, że można tu zjeść obiad za takie pieniądze. To bardziej była przekąska i składała się z najtańszych tu składników - ryżu i bananów. Gdybyśmy chcieli zjeść mięso i warzywa koszt byłby dużo wyższy. Dla przykładu podam, że niewielki grillowany kurczak kosztuje 35 tyś kipów (14 zł).

Kolacja za 80 groszy :) Czyż ten banan nie wygląda jak kurczak? :)

Refleksja z pracy

Dziś jest piątek. Mój ulubiony dzień. Nie tylko dlatego, że zaczyna się weekend, ale też dlatego, że pracuję (uczę) tylko 2 godziny, choć w pracy siedzę do 16:30. Jak widać bynajmniej się nie nudzę. Zawsze mogę napisać nowego posta, poczytać książkę, albo coś oglądnąć. Ale przejdźmy do sedna. Siedzę (albo raczej siedziałam) sobie w pokoju nauczycielskim i wszytko było ok dopóki te wariatki Turczynki, albo Laotanki nie włączyły klimatyzacji. Ja rozumiem, że jest gorąco na zewnątrz, ale ustawienie temperatury na 16 stopni jest chyba lekką przesadą?! To ja przyjechałam do Laosu, żeby grzać tyłek, a tu wchodzę do pokoju nauczycielskiego i mam wrażenie, że transportowałam się do Polski. Najprościej w świecie marznę! Dobrze, że jest alternatywa. Zawsze mogę wyjść przed szkołę i usiąść sobie przy stoliku, co też właśnie zrobiłam :)

A to dróżka do mojej szkoły. Po prawej jest stawik z liliami :)

sobota, 9 marca 2013

Bardzo dziwny owoc, czyli tamaryndowiec indyjski

Kilka dni temu odkryliśmy bardzo dziwny owoc. Właściwie to widziałam go już wiele razy, ale ani nie wiedziałam jak się nazywa, ani jak się go je. Ostatnio miałam okazję spróbować. Polska nazwa to tamaryndowiec indyjski (choć właściwie nazwa drzewa). Po angielsku nazywa się tamarind, a po laotańsku makham. Owoce je się na surowo i smakują trochę jak rodzynki lub daktyle :) Jednak najciekawszy jest wygląd tego owocu :) W środku znajduje się kilka pestek, które trzeba wypluć. W każdym takim 'wybrzuszeniu' tego owocu znajduje się 1 pestka. Ogólnie bardzo smaczny :), tylko wygląda jak 'obcy' :P

W skorupce 

Częściowo obrany

Częściowo obrany i nadgryziony :)

Obrany w całości 

piątek, 8 marca 2013

Moja praca w Laosie

Tak mi się nie chciało pisać tego posta przez te wszystkie miesiące, ale zdecydowałam się wziąć do roboty, zwłaszcza, że jest o czym pisać. Pierwszy semestr pracowałam w międzynarodowej szkole i uczyłam w szkole podstawowej, teraz pracuję w dwujęzycznej szkole i uczę w szkole średniej.

Ale od początku. Kiedy pracowałam w swojej pierwszej szkole, pracę chwaliłam sobie pod wieloma względami. Byłam wychowawcą 4 klasy szkoły podstawowej i to były najsłodsze dzieciaki jakie do tej pory gdziekolwiek uczyłam. Uczyłam ich angielskiego, science (mniej więcej jak biologia) i environmental awareness (coś jak środowisko, przyroda?). Klasa moja liczyła 13 uczniów, więc warunki do pracy były doskonałe.

Miałam swoją klasę i uczyłam 20 godz tyg. Jednak do pracy wszyscy musieli przychodzić na 8 rano (choć lekcje zaczynały się o 8:30) i siedzieliśmy w szkole do 15. Resztę czasu mieliśmy spędzić na przygotowaniu się do lekcji i pisaniu tygodniowych planów lekcji (nie znosiłam tego!). W praktyce wyglądało to tak. W poniedziałek przygotowywałam plany lekcji, jednocześnie przygotowując się do czekających mnie lekcji, a w pozostałe dni, no cóż, mogłam robić co tylko chciałam (poza godzinami uczenia), byle bym była w szkole. Tak więc siedziałam albo na fb, albo pisałam bloga, albo coś tam sobie czytałam. Czasami robiłam sobie ze znajomymi przerwę na papierosa. Tak mieliśmy za szkołą wydzielony teren tylko dla nauczycieli, gdzie uczniowie nas nie widzieli i nie mieli wstępu. Chodziliśmy tam zapalić i poplotkować. Oczywiście tylko falangi (biali) tam chodzili. Laotańczycy i Filipińczycy (których w szkole było dużo) nie palili.

Miałam też godzinną przerwę na lunch. Lunch był na terenie szkoły za darmo dla nauczycieli. Z jednej strony fajnie, z drugiej strony nie było alternatywy, bo nawet podczas przerwy na lunch nie wolno nam było opuszczać terenu szkoły... Dyrektor szkoły, Amerykanin miał lekką paranoję. No cóż, zaczynał jako nauczyciel w przedszkolu, potem uczył w innych szkołach i nagle został dyrektorem. Brak doświadczenia spowodował jego paranoję. Na początku wydawał się taki cool, nawet piwo razem piliśmy (był z nami przy zabijaniu kozy), a potem mu odbiło i nauczyciele stracili do niego zaufanie...

Do moich obowiązków należało również udekorowanie swojej klasy. Oczekiwali, że zmienimy klasy w bajkowe krainy. Muszę powiedzieć, że moja klasa mi się najbardziej podobała :) Oprócz dekorowania klasy musiałam również raz w tyg czyścić ławki uczniów. Tak, musiałam wziąć szmatę i szorować ławki. 6 lat studiów i ławki myłam. Heh, nie tylko ja byłam tym oburzona, wszyscy native speakerzy byli. W głowie im się to nie mieściło, przecież szkoła miała sprzątaczki, ale najwyraźniej do ich obowiązków należało tylko mycie podłóg. Inną niepojętą rzeczą była sprawa robienia kserokopii. W szkole było jedno ksero w oddzielnym pomieszczeniu. Ksero obsługiwała, jedna wyznaczona do tego osoba. Ale na czym polegał problem? Otóż, żeby zrobić ksero dla uczniów (dodatkowe ćwiczenia itp) trzeba było wypełnić formularz i czekać min 24 godz na swoje kopie. Paranoja! Czyli np, jak uczeń zapomniał w dany dzień książki czy ćwiczeń, nie mogłam iść i zrobić nawet 1 kopię bez czekania min 24 godz. Czasem było to nawet 48 godz i więcej....

Byłam więc nauczycielką wielu przedmiotów, dekoratorką wnętrz i sprzątaczką ;) A i oczywiście dyżury... Ja miałam 2 razy w tyg po pół w porze lunchu przed wejściem do budynku szkoły średniej. Niby nic ale w tych upałach, zwłaszcza w porze deszczowej człowiek miał wrażenie, że zemdleje.Raz wzięłam sobie krzesło i siedziałam przed drzwiami (bo podczas jakichkolwiek przerw uczniowie muszą przebywać na zew.) Na drugi dzień dowiedziałam się, że nie mogę siedzieć, tylko muszę stać. Bo co, jak siedzę to moja wizja jest gorsza? Nie, to tylko kolejny głupi wymysł dyr.
Ale ogólnie to było fajnie, można było się trochę poobijać, a nawet uciąć sobie drzemkę w pracy przy biurku :)

Oczywiście szkoła ta jest szkołą prywatną więc rodzice płacą ok 2,5 tyś dolarów za naukę w szkole (za rok). Do tego dochodzą koszty mundurków, lunchów, książek i innych pierdół i jeszcze opłata rejestracyjna czyli prawie kolejne tysiąc dolarów. Nauczyciele, którzy tam pracują i posyłają dzieci do tej szkoły płacą "tylko" te dodatkowe koszty - więc ok 1 tyś dolarów za Maję trzeba było zapłacić.
Program angielski trwał od 8:30 do 13:30 (w tym godzinna przerwa na lunch i jedna 15 min przerwa). W trakcie programu ang dzieci również miały matematykę (Filipinka uczyła moją klasę,a ja wtedy chodziłam do jej klasy uczyć science - tak było wygodniej) lekcje chińskiego (3 razy w tyg), informatykę (2 razy w tyg) i muzykę (1 w tyg). Potem większość dzieci ma program laotański, czyli te same przedmioty w ich języku (lekcje kończą o 16:30). Maja i inne dzieci nie mówiące po laotańsku chodzą na tzw, special classes, gdzie uczą się laotańskiego, chińskiego, plastyki i mają w-f). Ogólnie szkoła fajna, bo dużo obcokrajowców, z niektórymi się bardzo zaprzyjaźniłam,  fajne dzieciaczki, dyscyplina i porządek w szkole, z drugiej strony biurokracja. Zdecydowanie za dużo roboty papierkowej no i dyrektor paranoik.

Teraz czas na moją drugą pracę. Na nowy semestr przeniosłam się do innej szkoły. Powodów było kilka, ale powiem tylko o jednym - większa pensja. W mojej obecnej szkole pracuje w szkole średniej i uczę tylko ang. Trzeba jednak wyjaśnić, że w Laosie szkoła podstawowa trwa 5 lat, a potem idziemy do szkoły średniej. Ja uczę 3 klasy 2 w szkole średniej - uczniowie w wieku ok 13 lat. I muszę powiedzieć, że słodkie dzieciaczki to nie są, niektóre z nich  to wręcz potwory! Ale Ola jest znana z twardej ręki i panuje nad sytuacją :) Lekcji mam 21 i prowadzę 2 razy w tyg movie club. Ale podobnie jak w poprzedniej szkole siedzieć musimy znacznie dłużej. Teraz kończę pracę o 16:30.

Ale przecież powinnam zacząć od pozytywów! Więc manager (bo tu dyr pełni raczej tylko funkcję reprezentacyjną) jest całkiem przyjemny. Jak idę do niego do biura to czasem mi da jakieś ciasteczko, zaproponuje coś do picia, a ostatnio dostałam breloczek :D Ale zapomniałam o najważniejszym - szkoła, w której pracuje to szkoła turecka, właścicielem jest Turek (przebywa i chyba mieszka w Bangkoku), którego nigdy nie widziałam, dyrektorem jest Turek, którego widziałam, ale nigdy nie zostaliśmy sobie przedstawieni. Oczywiście manager też i jest Turkiem tak jak i połowa nauczycieli. Potem jest sporo Laotańczyków. No jestem ja, Ola, druga Ola, Polka! (Jedyna jaką znam w Wientianie) i 2 Amerykanów, którzy dołączyli do szkoły jakiś tydzień po mnie, młodzi i prawie bez doświadczenia z tytułem licencjata. Ola jest jest nauczycielką polskiego z wykształcenia, ale zna ang i uczy w tej szkole już 3 rok, ma też męża Laotańczyka i 10 letnią córkę. Wychodzi na to, że mam najlepsze kwalifikacje :)

W zeszłym tyg namawiałam managera, żeby mi dał podwyżkę, bo skończył mi się okres próbny i w końcu po miesiącu pracy podpisałam umowę. Wczoraj spytałam co z moją podwyżką. Decyzja należała na  dyr (który nawet mnie nie zna, ale manager powiedział, że się za mną wstawi). Stanęło na tym, że dostanę podwyżkę (chociaż tylko połowę tego co chciałam). Ale co, należy mi się, chociażby dlatego, że mój ang jest lepszy od wszystkich w szkole (z wyjątkiem oczywiście 2 native speakerów). Tak więc wczoraj dostałam podwyżkę i jako, że na ostatnich lekcjach odbywały się przedstawienia i tańce z okazji dnia kobiet, skorzystałam z okazji i razem z drugą Olą zwiałyśmy godz wcześniej z pracy.

 Miałam pisać o plusach, więc mam mniej roboty papierkowej, ksero pani  robi mi w 30 sek, mamy w szkole tablice interaktywne w każdej klasie i w sumie jest luźna atmosfera. No i mogę sobie po polsku rozmawiać i nikt nic nie rozumie :D A jedna ważna rzecz. Podobnie jak w poprzedniej szkole, nauczyciele mają lunch za darmo. Przerwa na lunch trwa godzinę i 15 min. Ale co najważniejsze podczas przerwy na lunch mogę sobie wyjść ze szkoły. Więc po zjedzeniu lunchu często idę sobie gdzieś na kawkę. Albo jak lunch mi nie bardzo pasuje idę sobie zjeść gdzie indziej.

A teraz minusy. Choć w każdej klasie jest tablica interaktywna, nie ma wystarczającej ilości pilotów i część nowych nauczycieli, w tym ja, pilotów nie posiadamy. Więc za każdym razem kiedy chcę korzystać w klasie z tablicy interaktywnej muszę wysyłać jakiegoś ucznia, żeby pożyczył od innego nauczyciela. W ubikacjach często nie ma mydła (w tych dla uczniów), w łazience dla nauczycieli jeszcze nie zabrakło. Natomiast co jest dla jakimś absurdem to to, że w ŻADNEJ łazience nie ma papieru toaletowego! Jest oczywiście wężyk do podmywania (z którego ja nigdy nie korzystałam - fuj!), ale co z tego jak dzieci po podmyciu się nie mogą nawet umyć rąk, bo nie mydła. Takie to absurdy, mamy tablice interaktywne, ale szkole szkoda pieniędzy na papier toaletowy. Podobno kiedyś powiedzieli, że dzieci za dużo go używały!!! Oczywiście na terenie szkoły ani w godzinach pracy nie można palić. W kontrakcie pisze również, że nie można pić alkoholu w dniach pracy - myślę, że to błąd i mieli na myśli godziny pracy. Inaczej to już byłby absurd and absurdem, przecież nikt nie przyjdzie mi do domu w środku tygodnia sprawdzić czy piję piwo! :D

W obu szkołach w kontrakcie było napisane, że kobiety muszą nosić laotańskie spódnice lub inne spódnice zakrywające kolana i bluzki zakrywające ramiona. W pierwszej szkole nikt nie tym za bardzo nie przejmował. Nosiłam spódnice lub sukienki przed kolano i miałam bluzki z odkrytymi ramionami i było ok. Wystarczyło, że strój był w miarę elegancki. W mojej obecnej szkole muszę mieć zakryte kolana i ramiona, co mnie trochę wkurza. Manager tłumaczy, że nie są międzynarodową szkołą i muszą się podporządkować Ministerstwu Edukacji, które czasem nawiedza szkołę. Czy to faktycznie wymysł Ministerstwa czy Turków, nie wiem, ale wyjścia nie mam i muszę się dostosować.

Laotańskie tańce - uroczystość z okazji Dnia Kobiet w szkole 


Stawik z liliami wodnymi tuż przy mojej szkole