niedziela, 24 lutego 2013

Mini festiwal i ciekawa przekąska :)

Zacznę od tego, że Wientian jest podzielony na wioski. Ja np. mieszkam w wiosce Sisangvone. Używa się tu dosłownie słowa wioski (ban). Oczywiście są też nazwy ulic, choć nie zawsze. Jak mówimy komuś gdzie mieszkamy to podajemy nazwę wioski. Taka to stolica ten Wientian :)

Ale czemu o tym wspominam? Otóż wczoraj spotkałam się z laotańskimi znajomymi, którzy właśnie zabrali mnie na festiwal do jednej z wiosek. Wytłumaczyli mi, że każda z wiosek raz w roku organizuje swój własny festiwal. Zdaje się, że Laotańczycy uwielbiają festiwale, w końcu jest powód do wypicia więcej beerlao, tak jakby potrzebowali powodów do picia piwa ;)

Właśnie mi się przypomniało, jak jakiś czas temu chciałam wybrać się w odwiedziny do znajomego Amerykanina. Mieszka on jakieś 6 km od mojej wioski :) więc trzeba było wziąć tuk-tuka. Mam tu kilku sąsiadów, którzy są kierowcami tuk-tuków. Wychodzę więc z domu na ulicę. Na prawo widzę tuk-tuka. Kierowca siedzi obok przy stoliku (taka mini laotańska knajpka na świeżym powietrzu) z 2 znajomymi i popija piwo. Mówię mu, że potrzebuję gdzieś jechać. Szybko podnosi się ze stołu dopija szklankę piwa (na stole naliczyłam 10 pustych butelek), zostawia trochę pieniędzy towarzyszom od piwa i jedziemy :) Myślę spoko, przecież oni zawsze piją, jeżdżą i żyją :) Po jakiś 10 minutach zorientowałam się, że jedziemy bez przedniego i jedynego światła, dodam, że było już zupełnie ciemno. W pewnym momencie kierowca zatrzymał się przy jakimś sklepiku, gdzie kupił latarkę.... Wrócił do tuk-tuka uśmiechając się do mnie i przywiązał czymś ową latarkę z przodu tuk-tuka. Dojechałam cała i zdrowa :)

Ale odbiegłam zupełnie od tematu. No więc wczoraj byłam na festiwalu. Była scena, na której odbywały się jakieś tańce, grała muzyka (z wyjątkiem momentu kiedy na kilka minut zabrakło prądu), były stoliki, piwo i gry. Już kiedyś pisałam, o grze, gdzie rzuca się lotkami do balonów i trzeba trafić 3 z rzędu, żeby coś wygrać. Zazwyczaj nagrodami są jakieś napoje, te alkoholowe i te bezalkoholowe, i jakieś tam słodycze, czasem też małe zabawki dla dzieci. Koszt takiej jednej gry to 2 tyś kipów, czyli ok 80 groszy. Wydałam jakieś 10 razy tyle :D Ale wygrałam też ze 3 razy :)

No więc było piwo, gry i muzyka i pewnym momencie zauważyłam panią, która chodziła i sprzedawała jakieś przekąski. Zawołałam ją i spojrzałam na jej tackę. Larwy i inne owady czy coś tam :) Ale postanowiłam kupić jedną tackę z czymś co wyglądało na małe koniki polne. Moi znajomi szybo wyprowadzili mnie z błędu i powiedzieli, że te stworzonka żyją pod ziemią. Nie wahałam się za długo i przystąpiłam do konsumpcji :) Jakie one były dobre! Jadłam je całym garściami nie przejmując się, że ich nóżki wchodzą między zęby :D Zaprawdę doskonała przekąska do piwa :)



10 komentarzy:

  1. Ola, dzieki za bloga. Czyta sie fantastycznie :) G.D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, dobrze wiedzieć, że ktoś czyta moje wypociny :)

      Usuń
  2. Ola jak juz sie zajadasz takimi smakolykami to znaczy ze sie "zlaotanizowalas":)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 55555 (jak to piszą Laotańczycy, bo 5 to ha :)), pewnie trochę już tak :)

      Usuń
  3. Ola...zadziwiasz mnie ;)
    EK

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękna i odważna, fajny blog !

    OdpowiedzUsuń
  5. Podpisuję się pod poprzednim komentarzem obiema rękami. Tak trzymaj, Olu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielkie dzięki za wszystkie Twoje komentarze :)

      Usuń