niedziela, 10 lutego 2013

Chiński Nowy Rok na 3 sposoby ;)

Jak wiadomo Laos jest krajem komunistycznym, choć zupełnie się tego nie czuje (no może tylko wtedy kiedy dyskoteki zamykają najpóźniej o 1) a wzorem do na śladowania są Chiny, przynajmniej na pewno dla większości ludzi z jedynej legalnej tu partii politycznej, którą jest Laotańska Partia Ludowo-Rewolucyjna.

Ale nie o polityce ten post ma być. Chodzi o Chiński Nowy Rok. Już jakiś ponad tydzień temu zauważyłam pewną zmianę w wystawach sklepów z ubraniami - przeważał kolor czerwony, czerwone sukienki, podkoszulki, spódnice i inne ciuszki.

W piątek byłam na imprezie z okazji Chińskiego Nowego Roku. Impreza była zorganizowana przez właścicielkę szkoły, której pracowałam (tak, zmieniłam pracę i od 2 tyg pracuję w innej szkole, ale o tym kiedy indziej), a dokładnie w jej ogrodzie. Były stoliki, krzesła i kelnerzy i namioty w których był "szwedzki stół" więc jeść można było do woli. Oczywiście były też napoje w tym, jakże by nie inaczej, beerlao :) Wszyscy mieli się ubrać na czerwono, taka tradycja. Maja miała śliczną chińską tradycyjną sukienkę, ja miałam różową sukienkę, a co tam close enough :P Była muzyka typu Britney Spears,   Backstreet Boys i inne popowe starocie. Z nowocześniejszej muzyki można było usłyszeć Maroon 5 no i oczywiście nie mogło zabraknąć Gangnam Style ;) Zabawa była całkiem dobra, zwłaszcza, że nasz amerykański kolega przyniósł tequilę :) Ja się dałam namówić na na 2 'shoty', wolałam pozostać przy beerlao. I zdaje się, że dobra była to decyzja bo nasz amerykańskie kolega usnął koło 22 na krześle. Ale, ale, jako, że to impreza z okazji Chińskiego Nowego Roku to była również mała niespodzianka. Tradycją chińską jest rozdawanie czerwonych kopert z pieniędzmi. Główną wygraną podobno było milion kipów! 800 tyś kipów to ok 100 dolarów. Kto wygrał, nie wiem. Ja w każdym razie w losowaniu też brałam udział i wygrałam 100 tyś kipów (40 zł).

Impreza ogólnie przyjemna, oczywiście wszyscy na swoich motorach wracali do domu mając trochę procentów we krwi. Tu w Laosie nie ma to znaczenia, nikt się nie przejmuje. Chyba nikt tego nie sprawdza, a nawet gdyby, to połowa mojej wygranej wystarczyłaby, żeby puścić kierowcę wolno. Koleżanka z mojej nowej pracy, również Polka!!! - jedyna jaką tu znam - powiedziała, że prawo jazdy (mowa o kategorii B, czyli na samochód) zdawała tu Laosie, w Polsce prawa jazdy nie posiadała. Test wyglądał następująco: miała przejechać kawałek i zaparkować. I tyle :)

Ale odbiegłam od tematu. Otóż w piątek byłam na imprezie, ale Chiński Nowy Rok przyda na dzień dzisiejszy. W tym roku jest to rok węża. Więc my, Polacy mieszkający w Laosie, wybraliśmy się na obiadokolację do chińskiej restauracji. Naszym prawie niezawodnym chińskim motorkiem pojechaliśmy pod chińską restaurację, do której już od dawna planowałam iść. Niestety była zamknięta - mieli przerwę na obiad, sjestę, czy coś takiego :) Jako, że była godzina 2 i nieco głodni byliśmy, poszliśmy do restauracji, w której podają naprawdę doskonałą, prosto z pieca, pizzę. Zjedliśmy 1 w trójkę, nie chcieliśmy się za bardzo najeść, jako że celem była chińska restauracja.

Następnie wybraliśmy na spacer nad Mekongiem. A właściwie chodziliśmy po Mekongu. W Laosie mamy porę suchą i Mekong, który jest sporą rzeką, (7 co do długości w Azji) w niektórych miejscach skurczył się do takich rozmiarów, że przepłynięcie wpław nie stanowiłoby problemu. Teren, który w porze deszczowej jest rzeką, wygląda teraz jest wielka plaża i z rozgrzanym piachem.
Potem był czas na zabawę w parku, Maja szalała, a my odpoczywaliśmy w cieniu na ławce.
W końcu, gdzieś przed 5 poszliśmy do chińskiej restauracji. Zamówiliśmy 3 różne dania i trzeba powiedzieć, że wszystkie były pyszne :)

Dodam, że wczoraj również świętowałam Chiński Nowy Rok, tym razem z przyjaciółmi Laotańczykami. Było jedzonko, w tym sporo nowości jak dla mnie się pojawiło, dlatego muszę o tym wspomnieć :) Pierwsze była jakaś ostra zupa, w której pływały różne zieleniny, i kawałki mięsa, albo raczej tłuszczu i kości, były nawet kurze stopki. Nie mogłam narzekać bo chłopaki (tak chłopaki gotowali :)) na pewno się starali, po za tym zupka była całkiem dobra. Był też grzyby suszone  chilli przywiezione z Luang Prabang. Nie muszę chyba nawet wspominać, że 2 skrzynki beerlao były i wiadro lodu.... :) A najciekawiej było pod koniec, kiedy ktoś się udał do kuchni po coś tam... W pewnym momencie po mieszkaniu rozszedł się taki smród, że aż mnie zemdliło... Pytam skąd ten smród, a oni, że z kuchni. Więc myślę sobie, może coś zdechło w jakiejś szafie i właśnie to znaleźli... No bo jak wytłumaczyć smród, który był podobny do zapachu padliny! Smród duriana przy tym to lawenda! Poważnie, nie sądziłam, że ktoś przyniesie to coś do jedzenia. Okazało się, że była to smażona skóra bawoła. Na szczęście po usmażeniu już nie śmierdziała i ku memu zdziwieniu była nadzwyczajnie doskonała!!! Trochę jak skwarki, choć nie do końca. Te kawałki skóry były dosyć grube, z wierzchu chrupiące, w całości trochę twarde i chwilę to zajmowało zanim się je przeżuło :) Ale były pyszne, takie słone! Doskonała przekąska do piwa!
No to chyba na tyle, 3 dni świętowania Chińskiego Nowego Roku to chyba wystarczająco ;)

Maja w szkole podczas uroczystości z okazji Chińskiego Nowego Roku :)

Dzisiejszy obiad w chińskiej restauracji 




1 komentarz: