piątek, 30 listopada 2012

Laotańskie jaja ;)

Jaja (kurze) w Laosie podawane są bardzo często i w różnych formach. Przede wszystkim niejednokrotnie są częścią obiadu. Możemy je dostać gotowane, smażone, w formie omletu z warzywami lub zmieszane z ryżem. Laotańczycy jedzą też jajka gotowane jako przekąskę, niby nic dziwnego ale... Ostatnio zostałam poczęstowana takimi "gotowanymi" jajami. Jak się okazało jajka gotowane były przez minutę... Ostrożnie, od góry, rozbijamy takie jajko, dodajemy przyprawy (sól z czymś tam ;)) i wypijamy... Fuuuj! Ja się nie skusiłam na jedzenie praktycznie surowych, płynnych i glutowatych jaj. Tak czy siak na razie mowa o jajach znanych nam bardzo dobrze, czyli w jasnej skorupce z białym białkiem i żółtym żółtkiem :)
Ale Laotańczycy mają ciekawsze pomysły na jaja. W jakiś sposób "barwią" jajka. Jaja takie mają różową skorupkę i sprzedawane są już ugotowane. Białko jest czarne o konsystencji dobrze ściętej galaretki, a żółtko ciemno szare. Wygląda dość obrzydliwie, ale smakuje jak jajko :)




Trzeci rodzaj jajka i zdecydowanie najbardziej kontrowersyjny to jajko z niespodzianką, czyli tak zwany balut. Balut to embrion kurczaka ugotowany żywcem w skorupce w wywarze z przypraw. Balut jest tutejszym przysmakiem i podobno afrodyzjakiem ;) Najczęściej zamawiają sobie takie jajeczka do piwa. Odkąd tu przyjechałam zarzekałam się, że nie tknę tego obrzydlistwa, ale jak się okazało wystarczyły 2 puszki piwa, żeby moje zainteresowania bizarre foods wzięły górę nad początkowym obrzydzeniem ;) Jajo zjadłam całe! Do jajka dodajmy odrobinę sosu chilli. Smak? Ciężko opisać, nie smakuje ani jak kurczak ani jak jajko, to po prostu trzeba spróbować :) Jest część glutowata, część twardsza i część płynna, dla każdego coś dobrego ;) Ciekawe co by powiedziała przeciętna polska rodzina na takie jaja na Wielkanoc:P Smacznego! :)
Balut :)

 Zjadłam 

i wypiłam :)

środa, 21 listopada 2012

Obcokrajowiec a Laotańczyk

Falang - tak nas (białych obcokrajowców) nazywają Laotańczycy. Przede wszystkich uważają nas wszystkich za bardzo bogatych. Trudno im się w sumie dziwić, skoro średnia pensja Laotańczyka to $100. Osobiście znam osoby, które żyją za $150 miesięcznie. Wiem też w jakich warunkach oni żyją, np pokój z szafą, materacem, biurko. Do tego łazienka, czyli kibelek w formie dziury, gdzie sprawę załatwia się kucając.  Obok bala z wodą i plastikowym rondelkiem do do nabierania wody 'ręczne spłukiwanie'. Niektórzy mają prysznic, niektórzy nie. Jeśli nie mają to używają tej samej wody z bali i plastikowego rondelka do mycia. O podgrzewanej wodzie można zapomnieć, to luksus na jaki pozwolić mogą sobie tylko nieliczni, w tym obcokrajowcy. Nie wspominając już o klimatyzacji. U nikogo (laotańskiego pochodzenia) jeszcze nie widziałam niczego poza wiatrakami. Nie w każdej łazience są kafelki, czasem jest tylko beton. Oczywiście domy są nieszczelnie, pająki i pajęczyny na ścianach i sufitach. Ogólnie jest bardzo pusto w tych domach, czy mieszkaniach. Kuchnie są malutkimi pomieszczeniami przeznaczonymi tylko do gotowania, zdarza się nieraz, że jest to na zewnątrz. W środku trzymają zawszę lodówkę. Bo oczywiście lodówkę ma każdy, bo zimne piwo musi być. Tak więc my falangi mieszkamy w bardzo drogich luksusowych domach. Tak to przynajmniej wygląda w ich oczach.
 Oczywiście są też bogaci, którzy jeżdżą drogimi samochodami, ale tych jest nie wiele i podejrzewam, że spora ich część ma współmałżonka falanga. A skoro o tym, to powiem, że seks przedmałżeński pomiędzy obcokrajowcem a Laotanką jest przez prawo zabroniony. Można zapłacić słono za taki wyskok, lub nawet zostać deportowanym. Nie wiem jak to działa w drugą stronę... czyli kobieta obcokrajowiec i Laotańczyk. W każdym razie raczej to faceci szukają sobie dziewczyn, czy żon. A już ktoś chce taką Laotankę poślubić to trzeba uzbroić się w cierpliwość. Taki proces trwa około roku i trzeba otrzymać zgodę od rządu. Wiąże się to również z niemałymi kosztami. Jest określona suma, którą należy uiścić i odpowiednia ilość złota, którą trzeba zdeponować.
 Niedawno skończył się post buddyjski i mamy do czynienia z wysypem wesel, bo podczas postu ślubów się nie zawiera. A co po ślubie? U niektórych pewnie całkiem dobrze, ale zdarzają się sytuacje, gdzie niezadowolona żona chce rozwodu. I co wtedy? No cóż, falang ma przechlapane, zwłaszcza jeśli kupił jakiś dom czy samochód. Wszystkie tego typu rzeczy należą zawsze do laotańskiej żony. Tak więc falang może kupić sobie co chce, ale zawsze będzie to zakup na żonę.
Jeszcze jedna kwestia, którą poruszę to wypadki. Tak więc zdarza się na ulicy wypadek, czy to z udziałem samochodów czy motorów, nie ważne. Z jednej strony mamy Laotańczyka z drugiej falanga. I tu zawsze winny jest falang. Jeśli jest to drobna sprawa to podobno wystarczy dać w łapę takiemu Laotańczykowi i po sprawie. Gorzej jeśli jest to coś poważnego z udziałem policji.  Ogólnie policja tutaj zarabia marne grosze, więc naturalne jest, że przyjmują czy też sugerują łapówki. I w sumie to ciężko użyć słowa łapówki, kiedy dajemy im na kilka piw. To po prostu rodzaj wsparcia. Mówi się, że falangów lubią zatrzymywać bo mają kasę. Kolegę z pracy zatrzymali kilka razy (nie jestem pewna, czy na rowerze czy motorze). Mnie nikt jeszcze nigdy nie zatrzymał. I niech tak pozostanie. Ostatnio byłam na małym spotkaniu przy piwie z laotańskimi znajomymi. Było tam 2 podstarzałych policjantów. Muszę powiedzieć, że byli przesympatyczni, polewali piwo, zachęcali do jedzenia i swoim mocno ograniczonym angielskim próbowali próbowali prowadzić ze mną rozmowę. Czyli pytania, jak się nazywam, skąd jestem i co tu robię. I jeszcze parę innych, których nie dało się w żaden sposób zrozumieć. Tu uśmiech załatwia wszystkie bariery językowe :) A tego Laotańczykom nie brakuje :)

poniedziałek, 12 listopada 2012

Moja pierwsza laotańska potrawa :)

Moje wielkie kulinarne osiągnięcie - tradycyjna laotańska potrawa, czyli ryba na parze w sosie z limonek, chilli, czosnku, soli i magicznej azjatyckiej przyprawy. Rybę tę tak uwielbiam, że postanowiłam nauczyć się ją gotować od laotańskiej gospodyni :) Musiałam tylko kupić garnek do gotowania na parze. Rybka robi się w 10 min. W między czasie przygotowujemy odpowiedni sos i gotowe. Zapewniam, rybka palce lizać, zwłaszcza jak ktoś lubi ostre potrawy :) Rybka nazywa się panin (nie znam polskiej nazwy) i jest to rybka z Mekongu.


środa, 7 listopada 2012

Ekstremalna wycieczka nad wodospady

Wymyśliłam wycieczkę nad jezioro jako, że długi weekend mieliśmy. Powiadomiłam Darka i moją Majkę o moim wspaniałym pomyśle. Postanowiłam również zabrać mojego laotańskiego przyjaciela, Amitha.

Umówiliśmy się na dworcu północnym (skąd myślałam, że autobus odjeżdża się nad jezioro). Na miejscu okazało się, że trochę się źle zrozumieliśmy z Amithem i mieliśmy na myśli 2 różne miejsca.. No cóż, stwierdziłam, że w takim razie pojedziemy nad wodospady!!! Kupiliśmy bilety i wyruszyliśmy w 2 godzinną podróż autobusem uciekając od stolicy. A jak już wspomniałam o stolicy, to powiem, że z powodu europejsko-azjatyckiego szczytu, w stolicy roiło się od policji, była godzina policyjna, i zablokowana jedna z dróg.

Ale wracając do wycieczki. Wysiedliśmy w jakiejś małej wioseczce i rozpoczęliśmy poszukiwania jakiegoś transportu na wodospady... Jak się okazało, żadne autobusy tam nie jeżdżą i trzeba było znaleźć kogoś z samochodem, kto za odpowiednia opłatą zawiezie nas w upragnione miejsce do guest house'u nad wodospady (miał być jakiś pensjonat, czy coś w tym rodzaju). Jeden chętny się znalazł. Oczywiście gdyby nie Amith, nie wiem jakbyśmy się sobie poradzili, nikt angielskiego nie znał, to prości wieśniacy byli. Ale szczęście dopisało i jeden z mieszkańców wsi zdecydował się zabrać nas do pensjonatu w pobliżu wodospadów. Za drobną opłatę (40 zł) zabrał do jakiegoś pensjonatu. Okazało się jednak, że do wodospadów jest jeszcze 10 km od pensjonatu. Nasz kierowca stwierdził, że będzie trzeba jutro do kogoś zadzwonić, kto zajmuję się wycieczkami nad wodospad i że jemu trzeba będzie znowu zapłacić za transport i za usługę, bo to tour guide jakiś miał być i że dziś się tego już nie zrobić bo za późno. Zamiast tego zaproponował, że zabierze nas nad inny wodospad, który według niego jest i tak lepszy (Tat Leuk), za dodatkowe 40 zł. Obiecał, że na miejscu nad samym wodospadem będzie nasz pensjonat. Przystaliśmy na tą opcję. I tu zaczyna się prawdziwa przygoda! Wróciliśmy z naszym kierowcą pod jego dom, bo stwierdził, że w obecnym samochodzie nie ma już benzyny, a po za tym lepiej będzie wziąć inny samochód, bardziej odpowiedni do drogi, którą mieliśmy przejechać. Nasz driver musiał samochód wymyć, właściwie to przyczepę, bo była cała w oleju. Postawił na przyczepie kilka plastikowych krzeseł. Maja z Darkiem zmieściła się w środku. Ja i Amith siedzieliśmy na przyczepie. Wyruszyliśmy.

Wokół było już ciemno (o 18 obecnie zapada noc...) Jedziemy taką nie-asfaltową, zakurzoną drogą. Na początku w sumie ok. W pewnym momencie przy rozjeździe przed znakiem na wodospady, nasz kierowca się zatrzymuje. Dowiadujemy się, że chce zadzwonić po kolegę. Nic nie rozumiem, więc pytam Amitha, po co mu ten kolega. On, że kierowca powiedział, że będzie się bał wracać sam. I tak sobie myślę, czego będzie się bał? Dzikich zwierząt, duchów, jakiś rabusiów? Kiedy tylko skręciliśmy w wąziutką ścieżynkę (tak wąską, że w żadnym wypadku 2 pojazdy by się nie minęły), wszystko stało się jasne. Byliśmy w środku dżungli, jechaliśmy super wąską i krętą dróżką, która to prowadziła raz w dół raz w górę. Ja siedząc na pace, byłam lekko przerażona... Gałęzie drzew i krzewy ocierały się o samochód, jeden zły ruch i leżymy w rowie. Macki dżungli zdawały się chcieć chwycić na pojazd. Nasz kierowca dla odwagi popijał piwo... Czy były tam dzikie zwierzęta? Z całą pewnością. Niedźwiedzie azjatyckie? tygrysy? lamparty? Nie wiadomo co się czaiło za rogiem. Samochód pędził a ja miałam wrażenie, że zaraz wypadniemy w drogi, a potem to już kwestia czasu jak ktoś albo coś nas dopadnie... Jednakże, szczęśliwie dotarliśmy na miejsce!!! Oczywiście nadal byliśmy w dżungli, po środku niczego, ale jakieś dwa budynki były i kilkoro ludzi siedzących na zewnątrz przy świeczkach... Jak się okazało ekstremalne warunki dopiero miały nas czekać...

Nasz wspaniały pensjonat to dwie chaty bez bieżącej wody i elektryczności... Telefony nie działy, brak zasięgu i łączności ze światem i cywilizacją. Nasz kierowca (biedny, aż mu współczułam) odjechał do domu, sam, przez dżunglę, w nocy... Usiedliśmy przy stoliku, wyciągnęliśmy jedzenie i piwo, które na szczęście wcześniej kupiliśmy w wiosce. Zasiedliśmy przy stoliku przed chatą, przy świeczce. Wokół nie było widać nic. Tylko odgłosy dżungli i szum wodospadu. Wiedziałam, że jest blisko, ale nic nie widziałam.. Gospodarze zajęli się przygotowaniem naszego miejsca do spania. Jak się okazało nocować mieliśmy w drugim budynku, na małym wzniesieniu. Nasz nocleg to były.... dwa namioty, jeden wewnątrz budynku, drugi na tarasie. Jedną głupią, rzecz zrobiłam. Jeszcze przed wyjazdem ze stolicy zapomniałam kupić jakiegoś spreju, lub smarowidła na komary... Potem próbowałam pytać w wiosce, w której wysiedliśmy. Na próżno. Kto by tam smarował się jakimś środkami na komary. Ja jednak byłam lekko spanikowana, bo kilka dni wcześniej spotkałam w mieście właściciela poprzedniego mieszkania, i powiedział, że 2 tyg temu wybrał się z żoną do Vang Vieng (miasteczka, które my odwiedziliśmy miesiąc temu) i jego żonę pogryzły komary. Efekt malaria. Dodam , że w samej stolicy malarii nie ma. A my byliśmy w dżungli bez możliwości komunikowania się z kimkolwiek.. Za to z możliwością złapania malarii, albo japońskiego zapalania mózgu (choroba również występująca na obszarach ''wiejskich" przenoszona przez komary). I tu niespodzianka! Nasi gospodarze mieli specjalne mydełko, które moczyło się w wodzie a potem smarowało się ciało. Wysmarowaliśmy się i odetchnęliśmy z ulgą. Amith stwierdził, że on nie potrzebuje..Laotańczyk :) Tak czy siak wypiliśmy nasze piwka i poszliśmy spać do naszych ekskluzywnych namiotów :)

Rankiem po wyjściu z namiotu ukazał nam się przepiękny krajobraz i wodospad, który, jak się okazało, był tuż za naszymi plecami, kiedy wieczorem piliśmy piwo. Dostaliśmy śniadanie, sticky rice, smażone rybki (złowione poprzedniego wieczoru). Do ryżu była pyszna pasta chilli albo do wyboru druga, bardziej słodkawa, do której ciągle właziły wielkie mrówy. W każdym razie śniadanie było pyszne! Jak wcześniej pisałam, bieżącej wody brak, nie mówiąc już o wodzie do picia. Trzeba było przynieść w wiaderku wodę z rzeki i zagotować w czajniczku na ognisku. Były za to dwa kibelki - dziury w podłodze, obok bala z wodą i naczynie do nabierania wody, taki rodzaj spuszczania wody :) Gdzie się kąpać? No oczywiście w rzecze, nad wodospadami. I to też robiliśmy przez jakieś następne 3 godziny: pływaliśmy, skakaliśmy i baliśmy się na całego w wodzie przy samym wodospadzie. Było pięknie. Najcudowniejsze było to, że nie było tam nikogo więcej, tylko my i szum wody. Wspaniale!

Południu trzeba było się zacząć zbierać. Wzięliśmy nr tel do naszego kierowcy poprzedniego wieczoru. Tylko co z tego, skoro nie było zasięgu. Pozostał marsz 4 km ścieżką przez dżunglę. Oczywiście, żeby nie było za łatwo, mieliśmy jedną butelkę wody, z nieba lał się żar, a z nas pot. I tak raz pod górę raz z górki. W końcu po 45 minutach dotarliśmy do "głównej" drogi. Mam tu na myśli żwirową drogę, którą co jakiś czas ktoś przejeżdża z wioski do wioski. My nadal byliśmy nigdzie, kilkanaście kilometrów do najbliższej wioski. Usiedliśmy na ulicy i czekaliśmy. Wody do picia już nie było. Mieliśmy sporo szczęścia bo po jakiś 10 min ktoś przejeżdżał i zgodził się nas zabrać na pakę. Dojechaliśmy szczęśliwie do najbliższej wioski. Tam posililiśmy się i udaliśmy do głównej drogi, żeby złapać autobus. Oczywiście nie muszę dodawać, że nikt nie wiedział, o której będzie najbliższy autobus jechał  do stolicy. I tu znowu szczęście jak cholera. Bo ledwo wyszliśmy na ulicę i nadjechał autobus :) Tak dojechaliśmy szczęśliwie do domu. Trzeba powiedzieć, że moja Majcia była dzielnym podróżnikiem :) Dziś ostatni dzień wolnego. Plan - relaks :) Poniżej zdjęcia, robione z telefonu, bo głupia ja wzięłam aparat z wyładowaną baterią..

Taki widok był z tarasu

Tu mieszkali gospodarze, tu jedliśmy z nimi śniadanko, w tle budynek, w którym (lub przed którym) spaliśmy. 

Było pięknie - idealna temperatura wody, doskonale chłodząca :)





Taki relaks :)

Wracając tą samą dróżką, którą noc wcześniej jechaliśmy z naszym wystraszonym kierowcą. A uwierzcie, dżungla nocą potrafić wyglądać strasznie...

Po złapaniu stopa, jadąc do wioski