piątek, 26 października 2012

Laotańskie jedzonko

Jako, że w pracy jadam codziennie lunch to mam już jakieś pojęcie na temat tutejszego jedzenia. Co zwykle jem w szkole? Oczywiście zawsze jest ryż, czasem jakieś makarony też są. Oczywiście popularna są też noodle soup, czyli zupa z takim długim 'chińskim' makaronikiem. Inna  popularna potrawa to tzw. laap, czyli mielone  mięso (kurczak, wieprzowina lub wołowina) lub ryba z różnymi ziołami i zielskami. Bardzo często dodają kolendrę, której ja osobiście nie mogę przełknąć, już sam jej zapach mnie zniechęca. Laotańczycy natomiast zdają się ją uwielbiać. Wracając do mojej pracy. Zawsze są 2 dania do wyboru i zawsze jakieś owoce na deser. Dają też chleb (taki paskudny miękki jak do tostów) masło i dżem. Przeważnie coś tam dobrego się znajdzie do jedzenia ;) Lepsze są bagietki, które sprzedają na ulicy, można kupić samą taką bagietkę, albo robią kanapkę i wpychają różne dziwne rzeczy. Jak coś nie wygląda smacznie to wystarczy pani pokazać i powiedzieć 'bo' (nie).

 Jeśli chodzi o mięso, to można się spodziewać, że w restauracji zamawiając np, ryż smażony z kurczakiem lub wieprzowiną znajdziemy kawałki skóry, kości, wielkie kawałki 'tłuściny'. Ogólnie bezpieczniej jest zamawiać kurczaka jak ktoś woli chude mięso.

 Jest za sporo pysznych owoców np. dragon fruit (nie znam polskiej nazwy), mangosteen (mangostan właściwy?) i inne bardziej nam znane jak melony, arbuzy czy banany (tutejsze są mniejsze i bardzo mi smakują, a w Polsce jakoś za bananami nie przepadałam). Szkoda, że ich nie eksportują do Europy, pewnie nie spełniają jakiś popieprzonych wymogów Unijnych, np są za krótkie i nie mają odpowiedniego kształtu...?
Ale co jest ważne to to, że laotańskie potrawy są bardzo często ostre! I to bardzo ostre! Radzę uważać na sałatkę z papai, bo jeśli podadzą ją nam na ostro to trzeba przejść prawdziwe katusze, żeby ją zjeść. Raz w koreańskiej restauracji próbowałam taką ostrą sałatkę. Jadłam ją szybo, bo jakoś wtedy człowiek nie czuje tego pieczenia tak strasznie, ale jak zrobimy przerwę... to się zaczyna. Nie tylko buzia w środku piecze, ale usta i okolice ust pieką jak cholera. Trzeba pić coś zimnego, można też zrobić okład z lodu na usta ;)  W każdym razie hardcore, a dodam, że ja lubię ostre jedzonko...:)

Jeszcze jedna ciekawostka, albo dwie :) Po pierwsze w Laosie są fabryki lodu (nie mylić z lodami -ice cream). Jest tak gorąco, że lód dodaje się do wszelkich napojów, więc żadna knajpa pewnie nie wyrobiłaby z produkcją lodu. Dlatego mają fabryki lodu:) I do jednej rzeczy się jeszcze nie do końca przyzwyczaiłam - a mianowicie, jedząc w restauracji, czy gdziekolwiek indziej, nigdy nie dostaniemy noża!!! Fakt, że wszystko w małych kawałkach, mięso zawsze jest pokrojone, ale jakoś tak dziwnie... Za to zawsze dostaniemy widelec i łyżkę. Po co to łyżka, jak jemy np. warzywa z mięsem? Nie wiem. Ciekawe czy dzieci potrafiłyby pokroić sobie kotleta... ;) A tymczasem idę coś zjeść:)

2 komentarze:

  1. Odnośnie kolendry, to jesteś w tej drugiej grupie społeczeństwa ;)
    http://en.wikipedia.org/wiki/Coriander#Variation_in_taste_response

    W Singapurze też pierwszy raz spotkałam się z małymi bananami i są przepyszne! Dodam, że durian mi smakował, ale gdy musiałam zjeść jednego na raz, to później mi się zrobiło trochę mdło i odbijało... czosnkiem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mój znajomy Amerykanin,który też nie znosi kolendry coś mi o tym wspominał. Zawsze w restauracjach jak podejrzewam, że może danej potrawie znajdować się to zielsko to uprzedzam kelnerkę czy kelnera, żeby było bez kolendry. Zwłaszcza należy o tym pamiętać przy noodle soup :) Pozdrawiam :)

      Usuń