środa, 31 października 2012

Halloweeen part 2

Wczoraj (wtorek) obyło się halloween w szkole po raz drugi. Tym razem było tylko dla uczniów szkoły podstawowej. Więc prawie wszyscy moi uczniowie (z wyjątkiem jednego) przebrali się w halloween'owe stroje. Odbył się konkurs na najlepszy stój halloween'owy w 4 kategoriach. Potem były zabawy nauczycieli ze swoimi klasami. Moja klasa 4B połączyła się z klasą 4A. Razem z ich nauczycielką, Filipinką, wymyśliłyśmy zabawę w łapanie jajek. Wszyscy uczniowie mieli przynieść po 2 dwa jajka ((nieugotowane). Jedna drużyna miała chustę, w którą łapała jajka, druga nimi rzucała. Radości i śmiechu była ogromna ilość. Jedno jajko wylądowało na bucie jednego z moich uczniów. Mój biedaczek rozpłakał się, aczkolwiek humor mu się lekko poprawił, kiedy zobaczył drugie jajko lądujące na moim buciku :D Najwspanialszy moment był kiedy jeden z moich uczniów złapał jajko i super szczęśliwy próbował mi je podać. Niestety on trzymał jajko zbyt mocno w dłoniach a ja zbyt łapczywie chciałam jajko zabrać... Skończyło się na tym że zrobiłam dziurę w jajku!! Jego reakcja: :"Oh teacher you broke the egg!" Ja dostałam ataku śmiechu, nie mogłam nic powiedzieć, łzy spowodowane spazmatycznym śmiechem zalewały mi policzki i rozmazywały mój halloween'owy make-up :D Musiałam usiąść na trawie i zrobić na mała przerwę :) Potem był konkurs na najlepszy halloween'owy rysunek. Ogólnie dzień męczący, ale zabawy było więcej niż się spodziewałam :)

Moje dzieciaki w przebraniach

Ja z dziewczynkami :)

Łapanie jajka

Rzucanie jajkiem - pełna koncentracja :P

Ups :P

poniedziałek, 29 października 2012

Halloween w Wientianie

W sobotę w szkole była impreza Halloween'owa. Jak zawsze pewne rzeczy muszą mnie tu zaskoczyć. Po pierwsze impreza nie była za darmo.. Wszystkie dzieci były zaproszone, te z podstawówki i te ze szkoły średniej, co już samo w sobie jest dziwne. Oczywiście chodziło o to, że właścicielka naszej szkoły mogła sobie znowu zarobić. Bilety kosztowały 40 tyś kipów (16 zł). Dla nas, nauczycieli było taniej, 20 tyś. Byli też nauczyciele, którzy brali udział we wszystkim i wszystko przygotowywali, oni oczywiście nie płacili. My poszliśmy tam tylko ze względu na Maję, która bardzo podekscytowana całą imprezą. Kupiliśmy jej strój batmana, zrobiliśmy odpowiedni make-up i poszliśmy. Były jakieś tam atrakcje typu haunted house i inne. Później był koncert, jakieś zespoły przyjechały, podobno dziewczyny na scenie ubrane były bardzo skąpo, a ruchy na scenie mocno podszyte podtekstem seksualnym. Tak słyszałam, nie widziałam bo wyszłam wcześniej. W innym miejscu przy kawiarni, wyświetlany był film "Dark Shadows". Film może i ok dla starszych uczniów, ale dla podstawówki...? Niby film straszny nie jest (oglądałam go wcześniej), ale jednak głowy lecą i krew z szyi tryska no i sceny seksu również są. No cóż widocznie nikt się takim rzeczami nie przejmuje. Maja miała trochę uciechy na początku, ale głośny koncert to już nie jej rzecz więc poszła wcześniej do domu z Darkiem. Czy wspomniałam, że impreza zaczęła się o 18 i trwała do 22:30. Z tego co pamiętam to imprezy w szkole średniej w Polsce były chyba do 20... Ale to Laos :) Ja skorzystałam z propozycji kolegi Amerykanina, Arta, i poszliśmy na imprezę wraz z jego Laotańskim znajomym. Kilka piw wypiliśmy i impreza skończyła się o północy :) Jutro czeka mnie znowu Halloween, tym razem będzie w godzinach pracy i tylko dla szkoły podstawowej :) 


Make-up gotowy :)

Majcia też chciała make-up taki jak mama :)

A tu później na imprezie:)


piątek, 26 października 2012

Laotańskie jedzonko

Jako, że w pracy jadam codziennie lunch to mam już jakieś pojęcie na temat tutejszego jedzenia. Co zwykle jem w szkole? Oczywiście zawsze jest ryż, czasem jakieś makarony też są. Oczywiście popularna są też noodle soup, czyli zupa z takim długim 'chińskim' makaronikiem. Inna  popularna potrawa to tzw. laap, czyli mielone  mięso (kurczak, wieprzowina lub wołowina) lub ryba z różnymi ziołami i zielskami. Bardzo często dodają kolendrę, której ja osobiście nie mogę przełknąć, już sam jej zapach mnie zniechęca. Laotańczycy natomiast zdają się ją uwielbiać. Wracając do mojej pracy. Zawsze są 2 dania do wyboru i zawsze jakieś owoce na deser. Dają też chleb (taki paskudny miękki jak do tostów) masło i dżem. Przeważnie coś tam dobrego się znajdzie do jedzenia ;) Lepsze są bagietki, które sprzedają na ulicy, można kupić samą taką bagietkę, albo robią kanapkę i wpychają różne dziwne rzeczy. Jak coś nie wygląda smacznie to wystarczy pani pokazać i powiedzieć 'bo' (nie).

 Jeśli chodzi o mięso, to można się spodziewać, że w restauracji zamawiając np, ryż smażony z kurczakiem lub wieprzowiną znajdziemy kawałki skóry, kości, wielkie kawałki 'tłuściny'. Ogólnie bezpieczniej jest zamawiać kurczaka jak ktoś woli chude mięso.

 Jest za sporo pysznych owoców np. dragon fruit (nie znam polskiej nazwy), mangosteen (mangostan właściwy?) i inne bardziej nam znane jak melony, arbuzy czy banany (tutejsze są mniejsze i bardzo mi smakują, a w Polsce jakoś za bananami nie przepadałam). Szkoda, że ich nie eksportują do Europy, pewnie nie spełniają jakiś popieprzonych wymogów Unijnych, np są za krótkie i nie mają odpowiedniego kształtu...?
Ale co jest ważne to to, że laotańskie potrawy są bardzo często ostre! I to bardzo ostre! Radzę uważać na sałatkę z papai, bo jeśli podadzą ją nam na ostro to trzeba przejść prawdziwe katusze, żeby ją zjeść. Raz w koreańskiej restauracji próbowałam taką ostrą sałatkę. Jadłam ją szybo, bo jakoś wtedy człowiek nie czuje tego pieczenia tak strasznie, ale jak zrobimy przerwę... to się zaczyna. Nie tylko buzia w środku piecze, ale usta i okolice ust pieką jak cholera. Trzeba pić coś zimnego, można też zrobić okład z lodu na usta ;)  W każdym razie hardcore, a dodam, że ja lubię ostre jedzonko...:)

Jeszcze jedna ciekawostka, albo dwie :) Po pierwsze w Laosie są fabryki lodu (nie mylić z lodami -ice cream). Jest tak gorąco, że lód dodaje się do wszelkich napojów, więc żadna knajpa pewnie nie wyrobiłaby z produkcją lodu. Dlatego mają fabryki lodu:) I do jednej rzeczy się jeszcze nie do końca przyzwyczaiłam - a mianowicie, jedząc w restauracji, czy gdziekolwiek indziej, nigdy nie dostaniemy noża!!! Fakt, że wszystko w małych kawałkach, mięso zawsze jest pokrojone, ale jakoś tak dziwnie... Za to zawsze dostaniemy widelec i łyżkę. Po co to łyżka, jak jemy np. warzywa z mięsem? Nie wiem. Ciekawe czy dzieci potrafiłyby pokroić sobie kotleta... ;) A tymczasem idę coś zjeść:)

wtorek, 23 października 2012

Imprezy w Wientianie


Chcecie iść na imprezę do białego? Nie przyjeżdżajcie do Wientianu! Tu imprezy kończą się o północy.. Podobno są jakieś dwa miejsca, gdzie impreza trwa trochę dłużej... może do 1 się uda. I nie jest tak dlatego, że nikt nie chce się bawić, po prostu rząd nie pozwala. Za 'przeciągnięcie' imprezy właściciel może zapłacić karę.

W nocy w okolicach gdzie są kluby i dyskoteki oczywiście można spotkać lady boys. Z daleka jak kobieta, długie włosy, obcasy i mini. Z bliska zdradza ich budowa ciała (choć staniki wypchane, i to co trzeba ukryte) i głos... Ale z całą pewnością nie jeden obcokrajowiec dał się nabrać bo i prawdziwe kobiety też się włóczą proponując białym zabawę. Tak czy siak, szkoda, że tak wcześnie miasto zapada w sen... Tak to oczywiście wygląda na pierwszy rzut oka, bo wielu pewnie kontynuuje zabawę w domu lub hotelu. Ale po północy w weekend to czas kiedy czuje się powiew komunizmu! A że zbliża się ważna azjatycka konferencja w Laosie, kiedy to ważni ludzie z całej Azji przyjeżdżają, będzie jeszcze gorzej. Knajpy pewnie koło 10 będą zamykać.. Plus jest taki, że z tego samego powodu zamykają szkołę na 2 dni (5 i 6 listopad) więc będzie długi weekend :)

poniedziałek, 22 października 2012

Festiwal nad Mekogiem

Wczoraj, czyli w niedzielę, wybraliśmy do domu naszego kolegi z pracy, który zaprosił nas na 'garden party'. Powodem imprezy był festiwal, który odbywał się na rzeką Mekong.

Koło południa tuk-tukiem (po małej negocjacji, z 50 tyś kipów zbiliśmy cenę do 25 tyś - 10 zł) wraz z innym kolegą z pracy wyruszyliśmy z dworca na festiwalową imprezę. Howard, u którego odbywała się impreza mieszka praktycznie nad samym Mekongiem. Na miejscu oczywiście w ogrodzie porozstawiane stoły z jedzeniem, a przy stołach ludzie siedzą, jedzą i piją beerlao. Część gości była laotańska, część to obcokrajowcy. Nie mniej jednak z prawie każdym trzeba było coś tam pogadać. Jedna laotańska pani chyba bardzo nas polubiła i ciągle się przysiadała i nawijała po laotańsku. Nie wiele rozumiałam, tylko co któreś tam słowo, ale ogólnie to chodziło o to, żeby się z nią napić beerlao :) Wyglądało to tak: ona coś mówi, ja powtarzam, ona się śmieje, my się śmiejemy a potem wychylamy szklanki beerlao :P

Oczywiście był moment, kiedy to wybraliśmy się na przechadzkę na festiwal, gdzie wszędzie były straganiki i albo ktoś coś sprzedawał albo można było zagrać w śmieszne gry i (przy odrobinie szczęścia) wygrać badziewne nagrody. Jedna z gier, która mi i Mai się podobała to rzucanie lotkami w balony. Trzeba było trafić 3 z rzędu, żeby wygrać. Ja trafiałam 2 razy a 3 trzecim ciągle pudłowałam ;) Na szczęście lepszym graczem okazał się pasierb naszego gospodarza, który trafił 3 razy i wygrał maskotkę. Zabawka powędrowała w ręce uradowanej Mai :) Więcej szczęścia mieliśmy w innej grze, gdzie rzucało się piłeczką do kwadratowego 'pudełka', który był podzielony na mniejsze kwadraciki. Jeśli trafiło się w kwadracik z jakąś liczbą to wygrywało się nagrodę. Przy pierwszym rzucie Mai wygraliśmy piwo ;) potem jeszcze 2 soczki, mały proszek do prania i jakiś batonik - gra kosztowała 8 zł więc chyba nam się poszczęściło :) Na koniec, późnym popołudniem, laotańska pani, która ciągle z nami piła beerlao, zaoferowała, że jej znajomy? nasz zawiezie do domu. Niestety okazało się droga (czyt. wąska ścieżka) była zablokowana przez jakieś auto, bo oczywiście wszyscy wokoło imprezowali w swoich ogródkach. Wróciliśmy tuk-tukiem. Ale zabawa była doskonała, jak mogłaby nie być skoro na stole mnóstwo pysznego jedzenia i skrzynki beerlao ;)


Gra w rzucanie piłeczką 

Gra w rzucanie lotkami w balony

Nasze nagrody :)

Mai nagroda :)

Imprezy w Wientianie

Chcecie iść na imprezę do białego? Nie przyjeżdżajcie do Wientianu! Tu imprezy kończą się o północy.. Podobno są jakieś dwa miejsca, gdzie impreza trwa trochę dłużej... może do 1 się uda. I nie jest tak dlatego, że nikt nie chce się bawić, po prostu rząd nie pozwala. Za 'przeciągnięcie' imprezy właściciel może zapłacić karę. W nocy w okolicach gdzie są kluby i dyskoteki oczywiście można spotkać lady boys. Z daleka jak kobieta, długie włosy, obcasy i mini. Z bliska zdradza ich budowa ciała (choć staniki wypchane, i to co trzeba ukryte) i głos... Ale z całą pewnością nie jeden obcokrajowiec dał się nabrać bo i prawdziwe kobiety też się włóczą proponując białym zabawę. Tak czy siak, szkoda, że tak wcześnie miasto zapada w sen... Tak to oczywiście wygląda na pierwszy rzut oka, bo wielu pewnie kontynuuje zabawę w domu lub hotelu. Ale po północy w weekend to czas kiedy czuje się powiew komunizmu! A że zbliża się ważna azjatycka konferencja w Laosie, kiedy to ważni ludzie z całej Azji przyjeżdżają, będzie jeszcze gorzej. Knajpy pewnie koło 10 będą zamykać.. Plus jest taki, że z tego samego powodu zamykają szkołę na 2 dni (5 i 6 listopad) więc będzie długi weekend :)

środa, 17 października 2012

Kryzys!

Dziś po przyjechaniu na rowerze do pracy poszłam do łazienki się przebrać. Patrze w lustro i masakra, ubranie przylepione do ciała, twarz spocona, tusz rozmazany pod oczami. Potem miałam taki straszny zapiernicz w pracy, że zapomniałam o swoim dyżurze podczas przerwy. Zmęczona wróciłam do domu i zasnęłam. Myślałby kto, że po drzemce człowiek poczuję się lepiej. No i pewnie by tak było gdyby nie to, że śniły mi się gigantyczne pająki biegające po mnie i wielkie jaszczury goniące po domu. Potem jak wyszłam z domu, żeby jechać do sklepu omal nie wlazłam w pająka, który zrobił sobie pajęczynę na moim rowerze. I tak to spowodowało wieczorny kryzys. Więc powiem, że tęsknie za wszystkimi bliskimi osobami, do których mogłam przyjść i sobie ponarzekać!!!

poniedziałek, 15 października 2012

Basen w Wientianie

W jakiej stolicy na świecie w niedzielne południe będziecie mieć basen tylko dla siebie za 6 zł (opłata wstępu za cały dzień)? Oczywiście w Wientianie! Po południu zjawiło się parę osób i choć była też biała kobieta pływająca w bikini, ja już chyba z przyzwyczajenia pływałam w podkoszulku. Natomiast do innej rzeczy na pewno się nie przyzwyczaję. Otóż nierzadko kobiety noszą tu skarpetki do japonek! I to takie grube skarpeciory! Nie wiem jak to można wytłumaczyć, bo 30 stopniowe upały raczej temu nie sprzyjają. A my Polsce się śmiejemy jak ktoś ubierze skarpetki do sandałów, a tu da się nawet ubrać skarpetki do japonek na obcasie :D



wtorek, 9 października 2012

Wycieczka do Vang Vieng

Na nasz 3 dniowy weekend wybraliśmy się do Vang Vieng. Vang Vieng to malutkie miasteczko oddalone 160 km od Wientianu. Jest to typowo turystyczne miasteczko, położone nad rzeką i otoczone górami. Za 150000 kipów można kupić 3 bilety na autobus. My zdecydowaliśmy się na wynajęcie minivana z klimatyzacją. Cały minivan (na 10 osób) z kierowcą był tylko dla nas - koszt 250000 kipów (100zł). Śmieszna cena za 3 godzinną podróż w luksusowych warunkach :)

W Vang Vieng wynajęliśmy pokój 3 osobowy z ogromną łazienką i widokiem na góry za 40zł za noc! Sobotnie popołudnie to był spacer po mieście i pyszna kolacja w sympatycznej restauracji. W niedzielę wykupiliśmy wycieczkę, która obejmowała zwiedzanie jaskini i kajakowanie. Jaskinia, w której byliśmy była wypełniona wodą więc mieliśmy tzw. tubing. Tubing to pływanie na wielkich dmuchanych kołach. Tak więc z latarkami na czołach, tyłkiem w kole, podążając za liną zwiedzaliśmy wnętrze jaskini :) Później był lunch u podnóża góry (lunch oczywiście zapakowany w liście bananowca). Następnym etapem wycieczki było kilkugodzinne kajakowanie z powrotem do Vang Vieng. Jako jedyni z Darkiem, przewróciliśmy kajak i zaliczyliśmy przymusową kąpiel :P Oczywiście nie mogło zabraknąć przystanku w drewnianej "chatce" na beerlao :) Wycieczka była wspaniała, widoki spektakularne , nie do opisania! Dziś natomiast wybraliśmy do innej jaskini (tym razem suchej, więc zwiedzanie pieszo). Jaskinia jaskinią, ale to to co było u podnóża jaskini, tzw. blue lagoon o szmaragdowym kolorze to jedno z piękniejszych miejsc jakie widziałam! Naturalnie nie obyło się bez skoków z drzewa wprost do wody, albo z liny niczym tarzan :) Jedno jest pewne, to był mój pierwszy, ale na pewno nie ostatni wyjazd do Vang Vieng!!! :)

Tak wygląda Vang Vieng :)

Tradycyjny laotański dom zbudowany na palach, co chroni dom przed zalaniem w porze deszczowej

W drodze na wycieczkę!

Widoki były absolutnie wspaniałe! 

Pola ryżowe


Moja Majcia - dzielny podróżnik!


Stąd zaczynała się wycieczka na oponach do jaskini





Blue lagoon! 


Pływało się wspaniale!

Raj na ziemi!!! 

niedziela, 7 października 2012

Laotański Dzień Nauczyciela

Wczoraj obchodziliśmy Dzień Nauczyciela w szkole, więc parę słów na ten temat bo działo się sporo. Przede wszystkim, uczniowie dawali prezenty nauczycielom. Niby podobnie jak w Polsce, gdzie dzieci najczęściej przynoszą kwiaty, czekoladki, lub kawę. Tutaj dostaje się o wiele ciekawsze prezenty, ja dostałam np śliczną broszkę, tunikę, zestaw szklanek albo podkoszulkę z reklamą beerlao :D W szkole oczywiście były występy uczniów, słowa podziękowania od dyrektora i właścicielki szkoły. Ale najciekawszy był wieczór. Właścicielka naszej szkoły zaprosiła wszystkich pracowników szkoły do swojej restaurację na imprezę :) Było pyszne jedzonko, występy na żywo, beerlao i karaoke jak już towarzystwo więcej wypiło :P Odbyło się również losowanie, w którym wszyscy brali udział i gdzie można było wygrać nagrody ufundowane przez właścicielkę naszej szkoły! I trzeba powiedzieć, że babka ma gest - główną nagrodą był motor! Był też telewizor, i laptop! Niestety żadnej z głównych nagród nie zdobyłam, za to na pocieszenie wszyscy, którym nagroda przeszła koło nosa zostali zaproszeni na scenę tańczyć, a podczas tańca właścicielka szkoły rozdawała koperty i 50000 kipów (20zł) :) Tak więc pojadłam i popiłam za darmo i jeszcze wyszłam z kopertą w torebce :P Czyż nie byłoby pięknie, gdyby tak w Polsce obchodzono Dzień Nauczyciela? A i dodam, że właśnie z okazji Dnia Nauczyciela mamy wolny poniedziałek! :)

Moja klasa ćwiczy śpiewanie na Dzień Nauczyciela 

Prezenty od moich uczniów ;)

Na imprezie w restauracji należącej do właścicielki mojej szkoły

Jak zawsze beerlao :)

Tak wyglądała restauracja :)

piątek, 5 października 2012

Postępy w laotańskim ;)

Robię postępy! Dziś, na mojej drugiej lekcji laotańskiego ułożyłam zdanie: Codziennie mam nowego chłopaka :) Wspaniale,nie? Nie muszę dodawać, że wszyscy pękali ze śmiechu :P Ułożyłam też zdanie w czasie przeszłym i przyszłym. Trzeba powiedzieć, że gramatyka laotańska do najtrudniejszy nie należy :) Phop kan mai my yn! (See you tomorrow!) :)

wtorek, 2 października 2012

Lao whisky!

Laotńska whisky - nie żebym uwielbiała whisky, ale jak tu się nie napić kiedy butelka 0,7 l kosztuje 8000 kipów. 10000 kipów to 4 zł :D


poniedziałek, 1 października 2012

Mój laotański ;)

Będę się teraz chwalić ;) Nie tylko umiem zapytać w sklepie o cenę i zrozumieć (przeważnie ;)) odpowiedź, ale dziś powiedziałam również panu w sklepie 'pheang lai' (za drogo) i kupiłam skarpetki za pół ceny. Później w innym sklepie jedna pani bardzo mi chciała sprzedać torebkę, próbowałam się bronić mówiąc next time, ale pani nie kumała czaczy, więc znowu zabłysnęłam swoim laotańskim i wypaliłam 'my yn', czyli jutro. Prawdziwy geniusz ze mnie, nie? :P I powiem jeszcze, że wieczór spędziłam na basenie, pływając i podziwiając palmy oraz zachód słońca :) A na koniec laotańskie pożegnanie - la khon!