niedziela, 30 września 2012

Laotańskie świątynie w Wientianie

Co zwiedzić w Wientianie? Na pewno świątynie!

Sobotę postanowiliśmy spędzić właśnie na zwiedzaniu świątyń w Wientianie. Tak więc na motorze (chyba nie pisałam, że zakupiliśmy używany chiński motor za $220 :)) jeździliśmy od świątyni do świątyni :) Udaliśmy się również  do Patuxai (pisane również Patuxay), nie byliśmy tam pierwszy raz, ale po raz pierwszy weszliśmy sobie na szczyt :) Patuxai to łuk triumfalny, upamiętnia on walczących o niepodległość Laosu. O ironio łuk wygląda bardzo podobnie do tego w Paryżu. Bo jeśli kto nie wie, to Laos był kolonią francuską. A oto i zdjęcia :)

Pha That Luang - the most important national monument in Laos


Niesamowicie kolorowo!!!





Wat Si Saket - wokół świątyni jest ponad 10 tyś posągów buddy!

Wat Si Saket

Mnich koszący trawę - technologia dotarła również do laotańskich mnichów ;)

Haw Pha Kaew - niegdyś królewska świątynia, w której znajdował się Szmaragdowy Budda 

Widok ze szczytu Patuxai :)

Patuxai 

Patuxai

piątek, 28 września 2012

Lekcje laotańskiego!

Sabaidee! Od dziś zaczęłam uczęszczać na lekcje laotańskiego :) Tak więc oprócz cześć i dziękuje znam też dni tygodnia i umiem liczyć :) Muszę się jeszcze nauczyć: Nie, dziękuję. Larw nie jadam :P

Obiadek...grrrr

Dziś na obiad wybraliśmy się do koreańskiej restauracji. Zamówiłam sobie coś, co wyglądało na jakąś zupę. Było zdjęcie w menu ale mało wyraźne. Tłumaczenia angielskiego niestety przy tym daniu nie było. Ale jako, że w poprzednich 2 dniach również tam się stołowaliśmy i było pysznie, beż wahania zamówiłam sobie obiadek. Jakież było moje zdziwienie kiedy zobaczyłam TO - larwy w sosie z warzywkami! Danie miało ziemisto-zgniły odór z dodatkiem chilli. Jedną larwę wzięłam na talerz i przepołowiłam, żeby powąchać... Zapach nie był lepszy. Maja, ku mojemu zaskoczeniu, wzięła jedną połówkę larwy do ręki, oglądnęła i zjadła!!! Oczywiście kelner miał tam niezły ubaw, zwłaszcza jak zobaczył moją minę, kiedy zajrzałam do talerza :)


niedziela, 23 września 2012

Nasz laotański domek

Weekend spędzony na przeprowadzce. Domek, który wynajmujemy ma doskonałą lokalizację - 1.5 km od pracy i niewiele dalej do centrum. Blisko supermarketu i różnych restauracji. Ok 100m od głównej drogi, w sielankowo-wiejskim otoczeniu. Domek jest 2 piętrowy. Na górze 2 sypialnie i łazienka, na dole salon, kuchnia i kibel. Jest tv, są 2 klimatyzatory i mamy nawet odkurzacz!!! Główna sypialnia ma balkon, a jak się budzę to przez okno widzę palmy :) A teraz kilka słów o mrocznej stronie naszego domku (mój dom woła do mnie "I can have a dark side too! ). Podczas sprzątania odkryliśmy w różnych miejscach, najprawdopodobniej, mysie kupy. Nie wiem jeszcze czy myszy gdzieś tu są, czy też były. Na wszelki wypadek trutki zostały zakupione. Oczywiście mały gekon też tu mieszka :) A teraz najstraszniejsze - dziś w nocy zeszłam do kuchni po coś do picia i............. i znalazłam ogromnego karalucha!!!! Dość szybko, ale nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów (całkiem możliwe, że one latają), wycofałam się z kuchni. Karaluch, który był długości palca (nie licząc czułków) i szerokości ok 2 palców chwilę później skrył się w szafce pod zlewem. Prawdopodobnie nadal tam jest.... Na szczęście trutka na karaluchy też już jest. Plan na przyszły tydzień? Przepędzić wszystkich obrzydliwych gości...

My mieszkamy w środku 





Widok z balkonu w sypialni :)

piątek, 21 września 2012

Laotańskie domy

Dziś na blogu kilka słów o domach w Laosie, a dokładnie w Wientianie.

Przez ostatnie 2 tygodnie szukaliśmy domu wynajęcia więc mieliśmy okazję kilka oglądnąć. Większość wygląda ładnie na zewnątrz, wewnątrz może być gorzej. Przede wszystkich w tutejszych domach praktycznie nigdy nie ma wanny czy też kabiny prysznicowej. Jest prysznic przy ścianie, ale nie jest on niczym oddzielony od reszty łazienki. Oznacza to, że w łazience nie trzyma się ręczników a ni niczego co mogłoby zamoknąć. Co ciekawe, w jednym z domów, który widziałam była wanna, ale w kuchni! Kto chciałby brać kąpiel w kuchni?! Gekon w domu to ni nic dziwnego ani złego. Problem z mrówkami za to jest już denerwujący – lepiej mieć w domu jakieś specyfiki, które będą trzymać je z daleka. Czasem może się również zdarzyć, że zamiast normalnego kibelka mamy w łazience dziurę. Domy są wyposażone w klimatyzację i wiatraki, bez których nie da się tu żyć!

A skoro o domach to i parę słów o agentach nieruchomości. Ja znajdywałam ich na Internecie i dzwoniłam krótko streszczając czego szukam i z zapytaniem o możliwość spotkania. Zawsze mówią, że oddzwaniają, ale prawie nigdy tego nie robią. Kontaktowałam się chyba z 5, a udało mi się umówić z dwoma. Pierwszy spóźnił się 15 min na spotkanie. Drugi spóźnił się jeszcze więcej, po 15 min czekania zadzwoniłam do niego. Był zdziwiony, że już jestem i zapewnił mnie, że jest w drodze. Przyjechał po pół godz, w sumie 45 min spóźnienia. Ale Laotańczycy tak mają – są raczej leniwi i nie spieszą się nigdzie. Bo i kto by się tu spieszył kiedy na zewnątrz upał, czyż nie lepiej siedzieć przy wiatraku i popijać beerlao lub mrożoną kawkę? :)

poniedziałek, 17 września 2012

Buddha Park!

Co zwiedzić w Laosie? A dokładnie, co zwiedzić w Vientiane? Buddha Park!!! To zdecydowanie atrakcja turystyczna, której pominąć nie można.

Właśnie w Buddha Park spędziliśmy ostatnią niedzielę! Słynny Park Buddy znany jest w Laosie pod nazwą Xieng Khuang. Znajduje się tam spory zbiór posągów o znaczeniu religijnym, które łączą hinduizm i buddyzm. Choć wygląda wiekowo, nie jest zabytkiem. Został wybudowany w 1958 roku przez księdza-szamana z wizją. Dla zainteresowanych dodam, że podobno druga część parku mieści się po drugiej stronie Mekongu, w miasteczku Nong Khai.

Wycieczka zaczyna się na dworcu autobusowym, skąd odjeżdżamy. Wysiadamy przy Friendship Bridge, który jest przejściem granicznym z Tajlandią. Tu przesiadamy się do mniejszego i o wiele bardziej zatłoczonego busa. Mam szczęście siedzieć na zepsutym krześle z Mają na kolanach, tak szczęście, bo są tacy co stoją. Kiedy piszę zatłoczony, mam namyśli upchany do granic możliwości. Siedzę i zastanawiam się. Jak to możliwe, że jedziemy takim gratem do jednego z najbardziej popularnych wśród turystów miejsca. Po kilku minutach mam odpowiedź. Droga, która prowadzi do Parku Buddy to nieasfaltowa i mega dziurawo-wyboista ścieżka. Jak opisać w skrócie podróż? - coś a la sardynki w puszce podczas trzęsienia ziemi! No i już wiem dlaczego taki bus, a nie inny i dlaczego większość siedzeń była w strzępach. Mai oczywiście podoba się to ciągłe podskakiwanie. W końcu dojeżdżamy do Parku Buddy. Wrażenia? Niesamowite! Wspaniałe miejsce, w którym chciałoby się zostać baaardzo długo. Na nasze szczęście pora deszczowa nie jest porą turystyczną więc oprócz nas było tam zaledwie kilka osób. To pozwala nam poczuć atmosferę tego miejsca głębiej. Choć upał dokucza (parasolka, z którą paraduje niewiele pomaga) czujemy się jak dzieci w parku rozrywki. Co chwilę popadamy w zachwyt i pstrykamy zdjęcia jak szaleni.

Po zwiedzaniu całego parku, gdy czekamy na bus powrotny, nieśmiało zagadują do nas młodzi mnisi. Zaczyna się od pytań takich jak skąd jesteśmy, na ile tu jesteśmy i co tu robimy. Później podczas wspólnej jazdy autobusem, ja dumnie prezentuję swoje umiejętności liczenia po laotańsku,a oni biją mi brawo szczerząc zęby. Po tym jak się pochwaliłam swoimi postępami w laotańskim, przejmuję rolę nauczyciela uczę mnichów liczyć po polsku. Śmiech i wzajemna ciekawość towarzyszą nam do samego Wientianu, gdzie żegnamy się z mnichami i pędzimy do domu i klimatyzacji.









niedziela, 16 września 2012

Wycieczka na rzeczkę :)

Wyobraźcie sobie, że jedziecie, powiedzmy nad jezioro, za miasto. Zabieracie rodzinę i znajomych i upychacie ich na przyczepie vana – brak okien, drzwi, siedzeń czy pasów. Już w drodze zaczynacie imprezę, czyli jakieś smakołyki i alkohol idą w ruch. I to wszystko dzieje się zupełnie legalnie. Niemożliwe? Ależ jak najbardziej możliwe, tylko, że w Laosie! Tak więc dziś był kolejny wypad za miasto z właścicielami mieszkania i rodziną. Tym razem nad rzekę – widoki spektakularne! Do tego jak zawsze wspaniałe jedzenie, które panie gotowały na miejscu. Dziś raczyliśmy się makaronem z pomidorkami i chyba surowymi rybkami na ostro, pyszną rybką z Mekongu usmażoną na grillu oraz ryżem, ostro-gorzką zupką z bambusa, kurczakiem i wołowiną z grilla. Na deser kuleczki z ciasta z nadzieniem koksowym zawinięte w liście bambusa oraz ryż z bananem, również w liściach bambusa. Wszystko jak zawsze popijane Beerlao. Po posiłku była zabawa w rzece, w której brali udział wszyscy, starzy i młodzi. Ot weekend po laotańsku! :) Wracając jedna z ciotek, właścicielka farmy kur i kaczek, podarowała Mai malutką kaczuszkę. Prezentu nie dało się nie przyjąć, tak więc kaczuszka przyjechała z nami do domu i już po paru minutach pozostawiła swoje półpłynne odchody na stole. Skończyło się na tym, że kaczuszkę zanieśliśmy na dół do właścicieli. Mam nadzieję, że tam już zostanie, bo jak milutka i mięciutka wydaję się na początku, tak denerwująca staje się po 15 min piskliwego kwakania!





To tylko część pysznego jedzenia jakie mieliśmy możliwość skosztować :)

Zabawy w rzece - oczywiście absolutnie wszyscy kąpią się w ubraniach

A na deser smażone świerszcze ;)


niedziela, 9 września 2012

Wycieczka pt. "Zabijamy kozę"!

Dzisiejszy dzień zdecydowanie zasługuje na wpis na blogu! Wybraliśmy się na wieś z właścicielem naszego mieszkania, jego żoną i całą rodziną żony żeby zabić kozę, a właściwie to dwie kozy :) Tak więc było zabijanie kóz, obieranie ich ze skóry, cięcie na kawałki, gotowanie i jedzenie. W tym ostatnim aktywnie uczestniczyłam :) Wszystko odbywało się na świeżym powietrzu w otoczeniu tropikalnej roślinności. Na przystawkę dostaliśmy kawałki koziego mięska i sos z wątróbki z chilli. Następnie była świeża krew kozia (lekko zastygnięta o konsystencji delikatnie ściętej galaretki) z wątróbką i jelitami przyprawiona głównie miętą :) A na koniec zupka zupka na ostro w mięskiem i ziemniakami - mój numer 1 :) Oczywiście wszystko popijane wszechobecnym tutaj beerlao :) Zdecydowanie był to dzień pt Bizarre food in Laos :)

Tak się jeździ na rodzinne wycieczki za miasto :)


Zabijanie kozy - dodam, że było szybkie i kózka nie cierpiała 

Potrawa ze świeżej koziej krwi :)

czwartek, 6 września 2012

Dziwny Laos ;)

Co jest dziwnego w Laosie - czyli niezbędne informacje o Laosie ;)

1. Piwo pije się z lodem
2. Po ulicach stolicy włóczą się bezpańskie psy (albo i nie bezpańskie), a właściwie to najczęściej leżą, bo komu by się chciało chodzić w takim upale :)
3. W chińskim markecie można kupić torebkę za 16 zł (sklep, w którym byłam miał wszystkie torebki w tej cenie). Trzeba jednak mieć na uwadze, że żywotność tych torebek może być bardzo ograniczona. Moja, po tygodniu, rozpruła się w 2 miejscach, urwała się rączka i pasek!
4. Słowo khoy po laotańsku znaczy JA, ale nieodpowiednio wymówione znaczy PENIS. Póki co zostanę przy wskazywaniu palcem na siebie :)

poniedziałek, 3 września 2012

Początek roku szkolnego!

Laotański rok szkolny zaczyna się we wrześniu, tak jak w Polsce, tylko kończy się trochę wcześniej, bo zajęcia są tylko do końca maja. Pierwszy dzień lekcji za mną. Wszystko poszło ok. Niestety jeden z budynków szkolnych nadal się buduje więc klasy są łączone, co oznacza w klasie było raczej tłoczno. No i szkoda, że w klasie nie miałam krzesła i biurka.. Ale dla pocieszenia wymieniłam trochę dolarów ma kipy i wróciłam do domu jako milionerka :) No i obiecują w szkole za miesiąc ukończą budynek dla szkoły podstawowej i dostanę swoją klasę i będę mieć tylko 13 uczniów :) Moja szkoła to szkoła międzynarodowa szkoła laotańsko-angielska i jest to szkoła prywatna, więc ciężko mi coś powiedzieć u innych szkołach, ale wiem jedno, do mojej szkoły biedne dzieci nie chodzą... Rok w takiej szkole podstawowej wynosi $3000! W tym opłata za naukę, opłata rejestracyjna, opłata za mundurki, strój na w-f, opłata za książki i jakieś tam inne pierdoły - w każdym razie tyle trzeba wydać. Jeśli chcemy aby dziecko jadło w szkole obiady - prawie wszystkie jedzą, to płacimy jeszcze kolejne $300. No cóż nie mało... Jak wyglądają lekcje? Opiszę co się dzieje w podstawówce bo sama tam uczę i moja Maja też tam chodzi. Lekcje zaczynają się o 8:30, ale niektóre dzieci już schodzą się przed 8. Pierwsze jest program angielski, gdzie lekcje są po ang i dzieci uczą się oczywiście angielskiego, science (taka biologia z elementami fizyki i chemii), matematyka, oraz environmental awareness (takie tam o środowisku, w sumie ciężko to dokładnie opisać). Podczas programu angielskiego, są też zajęcia z informatyki, chińskiego i muzyki (tych ostatnich 3 przedmiotów uczą inni nauczyciele - nie wychowawcy). Ja uczę klasę 4. Program angielski kończy się o 13:30. O 13:45 zaczyna się program laotański gdzie dzieci mają lekcje w swoim ojczystym języku. Kończą chyba koło 17.. Dzieci, które nie mówią po laotańsku, czyli dzieci obcokrajowców, chodzą na tzw. special classes, gdzie mają lekcje laotańskiego, chińskiego, w-f,, muzykę, plastykę, informatykę i chyba tyle. Te dzieci kończą lekcje o 15. No to póki co to byłoby tyle o mojej szkole :)

niedziela, 2 września 2012

Laotańska wieś

Dziś byliśmy na wsi, właściwie to zaraz za miastem w odwiedzinach u kolegi z pracy. Pokazał nam swój dom, który wynajmuje. Aż mnie zamurowało kiedy słyszałam ile płaci za czynsz.... $130!!! To prawie nic za wynajęcie całego domu. Ale za tu musi płacić inną cenę. Do miasta musi dojeżdżać autobusem a potem z dworca jedzie jeszcze minibusem. Cała podróż zajmuje mu prawie godzinę. To ja już wolę mieszkać płacić więcej ale mieć wszędzie blisko. Trzeba jednak powiedzieć, że widoki całkiem ładne. Wybraliśmy się na basen, właściwie to były to 2 małe baseniki na otwartym powietrzu. I co mnie zdziwiło? Wszyscy kąpali się w ubraniach.... w koszulkach i spodenkach. Ja jedyna wyskoczyłam w bikini! Czułam się odrobinę dziwnie!!! Chwile się popluskałam, wskoczyłam w ubranie i zasiadłam przy stoliku by dalej sączyć beerlao :) Moja Majcia za to miała uciechę :) Potem jeszcze zwiedziliśmy 2 wiejskie beer gardeny. Beer garden - to taka knajpka na zewnątrz, jedynie zadaszona przed deszczem, gdzie jak sama nazwa wskazuje pije się piwko. Można też zawsze zamówić jakieś jedzonko. I oczywiście jest karaoke. Wyobraźcie sobie, że przychodzi kilku młodych facetów, siada przy stoliku, zamawia piwo, a potem biorą mikrofon i śpiewają na zmianę piosenki czytając tekst wyświetlające się na tv!  Dziwne? Nie w Laosie :P

Domek na laotańskiej wsi

 Basenik na wsi

Zachód słońca

sobota, 1 września 2012

Beerlao, sticky rice i inne ciekawostki laotańskiej kuchni

Na blogu o Laosie nie powinno zabraknąć informacji o laotańskiej kuchni. I nie zabraknie. Na początek, najważniejsze, czyli to co każdy turysta musi spróbować w Laosie.

Beerlao, czyli tutejsze piwo. Obecne jest chyba wszędzie i podobno ich dumą narodową. Osobiście uważam, że smakuje jak polskie piwo, czyli dobrze :) Z niealkoholowych napitków polecam ice coffee, czyli mrożona kawa. Tutejsza kawa jest naprawdę doskonała! Będąc w Polsce prawie nie pijałam kawy w ogóle. Tutaj chyba zacznę! Kawa jest dość mocna i przeważnie bardzo słodka bo dodają mleko kondensowane - tak w każdym razie wygląda tradycyjna kawa laotańska. A wracając do piwa, to na pewno dziwne może wydawać się to, że do piwa, a właściwie do szklanki, z której pijemy, zawsze dodają lód! Tak tu pije się piwo z lodem! Dziwne? Może i tak, ale tu zważywszy na klimat, jest to jak najbardziej uzasadnione :) Co jedzą Laotańczycy? Oczywiście ryż, a w szczególności klejący ryż czyli sticky rice :)

Beerlao


Sticky rice


Pyszna laotańska kawa mrożona