sobota, 29 grudnia 2012

Wycieczka do Luang Prabang

Tydzień temu 22 grudnia wybraliśmy się na wycieczkę na północ Laosu. Przed wyjazdem mieliśmy dwie opcje. Jedna to wyjazd autobusem gdzie podróż powinna trwać od 10 do 13 godzin. Druga to wynajęcie mini vana z kierowcą – opcja droższa, ale rzekomo szybsza - podobno dojazd na miejsce w 9 godzin. Jako, że ekipa była kilkuosobowa, ja, Darek, Majcia, Art i Mark, koledzy z pracy, oraz Ej, żona Marka (Tajka), zdecydowaliśmy się na wynajęcie vana. Po dłuższych negocjacjach ustaliliśmy, że za 160 000 kipów (54 zł) od osoby, pojedziemy z naszym laotańskim kierowcą vana.

Odległość między Wientianem a Luang Prabang to niecałe 400 km, jednak w związku z tym, że drogi są super kręte i prowadzą przez góry, a stan tych dróg też pozostawia wiele do życzenia, podróż jest dość długa. W naszym vanie były jeszcze 4 osoby, który (według naszego kierowcy) miały wysiąść w Vang Vieng (po ok. 130 km) i resztę drogi mieliśmy przebyć sami w komfortowym vanie z wolnymi miejscami. Ale jako, że to Laos nigdy nic nie jest tak jak powinno, zwłaszcza z kierowcami czy to tuk-tuków, czy autobusów, czy mini vanów. Kiedy dotarliśmy do Vang Vieng, cztery osoby faktycznie wysiadły, za to nam kierowca kazał się przesiąść do innego vana. To już mnie bardzo zaniepokoiło. Nie było mowy o żadnej przesiadce. Pytam więc gościa, gdzie jest drugi van i ile osób w nim będzie. A on, że za 1,5 godziny i 15 osób. I wtedy wpadłam w furię, buddyjski spokój na nic by się tu zdał. Więc mówię mu, że nie wysiadam z vana i albo zabiera nas do Luang Prabang teraz, albo oddaje nam pieniądze. Jak usłyszał o zwrocie pieniędzy trochę spanikował. Pierwsze się stawiał i próbował tłumaczył, że on nie może nie jechać do Luang Prabang i takie tam… Szczerze, gdzieś miałam jego wymówki i odmówiłam opuszczenia vana. Po chwili kazał nam wszystkim zapakować się do vana. Pojechaliśmy na inny dworzec w Vang Vieng. Tam nasz kierowca gdzieś zadzwonił i po 5 minutach pojawił się inny van gotowy zabrać nas do LG. Nadal nie w smak było mi się przesiadać, bo nie taki był deal, ale ustąpiłam. Zadowoleni ruszyliśmy w dalszą część podróży.

Widoki po drodze były spektakularne. Droga wiła się jak wąż, to w lewo, to w prawo, to górę, to dół. Po drodze widzieliśmy malutkie wioseczki składające się dosłownie z kilku domów, tuż przy drodze (zaledwie kilka metrów) na stromym zboczu. Mieszkańcy wychodzili albo prawie wprost na ulicę, albo drugą opcją była przepaść za domem…Niesamowite w jakich warunkach ludzie żyją….

Ale kontynuując opis naszej wyprawy, w końcu, wieczorem, dotarliśmy do Luang Prabang…. I tu kolejna niespodzianka. Nasz pierwszy kierowca obiecał nam, że zawiezie nas prosto do naszego pensjonatu. W LG okazało się, że nasz nowy kierowca nic o tym nie wie (albo udawał, że nie wie) i zawiózł nas na dworzec. Protesty na nic się zdały. Trzeba było wziąć tuk-tuka i zapłacić ekstra za dowóz do pensjonatu. Tu przyjemna niespodzianka, pensjonat był dokładnie taki jak go opisywali na Internecie. Śliczne pokoje, przyjemne łazienki, darmowe banany, kawa i herbata. No i przede wszystkim doskonała lokalizacja! Prawie nad samym Mekongiem, przy spokojnej uliczce i jednocześnie kilka minut pieszo od nocnego targu i wszelkich knajpek.

Pierwszy dzień spędziliśmy dość leniwie. Luang Prabang aż zachęca do nicnierobienia :) Jedynie popołudniu wybraliśmy się na festiwal, gdzie można było podziwiać Laotańczyków z północy w ich tradycyjnych strojach. Coś zjedliśmy, wypiliśmy piwko i powrót do pensjonatu. Miałam zamiar iść wcześniej spać, ale zostałam wyciągnięta na imprezę. Parę piw, głośna muzyka i brak parkietu, czyli laotański standard – ale i tak było wesoło :)

Na festiwalu

W drugi dzień zdecydowaliśmy się zwiedzić górę (wzgórze) o ciekawej nazwie Phu Si :) - czyt. pu si. Widoki ze szczytu są piękne, ale jak się dowiedziałam z mojego przewodnika, najpiękniej jest o zachodzie słońca. Jako, że na miejsce dotarliśmy koło godziny 15 zdecydowaliśmy się poczekać 2 godziny na zachód słońca. Pogoda była piękna i postanowiłam się zrelaksować na ławeczce na szczycie góry. Ławeczka z jednej strony była tuż nad stromym zboczem góry. Słońce tak przyjemnie grzało, że w momencie zasnęłam. Coś musiało mi się po jakimś czasie przyśnić, bo poruszyłam się gwałtownie i spadłam z ławki, oczywiście w stronę zbocza. Na szczęście koło mojej ławki stał jakiś turysta, który chwycił mnie za rękę w ostatniej chwili i prawdopodobnie uratował mi parę kości, a może na nawet życie. Byłam w szoku, więc nawet nie pamiętam mojego wybawcy, wiem tylko, że wymamrotałam jakieś dziękuję. Koniec końca, udało się doczekać zachodu słońca i zrobić piękne zdjęcia. Po wszystkim pozostało jedynie otarcie na ręce i ogromny siniak na udzie :)

Wzgórze Phu Si :)







Długo wyczekiwany zachód słońca! :)


Zapomniałam dodać, że drugi dzień naszego pobytu w LG to była wigilia. Wybraliśmy się więc do najładniejszej restauracji i zamówiliśmy 3 różnie posiłki. I tu chyba pierwszy raz byłam niezadowolona
z jedzenia, które nawiasem mówiąc kosztowało kilka razy więcej niż to co tam jadaliśmy. Do tego kelner 2 razy przyniósł nam posiłek, którego nie zamówiliśmy. Jedyną atrakcją była choinka powieszona na suficie do góry nogami :)

Kolejny dzień to wycieczka nad wodospad Tat Kuang Si. Wcześniej, jak co dzień wybraliśmy się na śniadanie, zaledwie kilka kroków od naszego pensjonatu, tuż nad samym Mekongiem. Uwielbiałam te poranki w słońcu na tarasie z pysznym śniadankiem i laotańską kawą! Wracając do wycieczki nad wodospad… Było tam niewiarygodnie pięknie - turkusowa woda, piękna roślinność i słoneczko. Tylko woda, jak to w górach, zimna jak diabli. Ale mnie, dziewczynę z gór, zimna woda nie powstrzyma! Tak więc ja i Majcia pokąpałyśmy się trochę w tej cudnej wodzie nad wodospadem. Sam wodospad też niczego sobie ;)

Czekając na śniadanko :)


Pyszna laotańska kawa!


Tat Kuang Si















Czwarty dzień to następna wycieczka nad wodospady, tym razem wodospady Tat Sae. Najpierw była krótka przeprawa przez Mekong małym kajaczkiem, który przeciekał. Właściciel kajaku radził sobie z tym problemem za pomocą konewki, którą bez przerwy wylewał wodę. Można to skomentować tylko w jeden sposób – Laos :) Wodospady były równie cudne, a do tego było kilka innych atrakcji. Pierwsza to przejażdżka na słoniu. Niesamowite zwierzęta! Później, Maja, moje ekstremalne dziecko, wymyśliła przejażdżkę na linie. Tak więc w uprzęży i z przewodnikiem przejechała na linie między dwoma drzewami. Radość była ogromna :) Ogólnie wycieczka bardzo udana!

Wodospady Tat Sae















Ostatni dzień to całodniowy spacer po mieście i zwiedzanie różnych świątyń oraz zakupy na nocnym targu – przyjemny relaks :)

























Podsumowując, wycieczka wspaniała, ktokolwiek wybierze się do Laosu, do Luang Prabang trzeba jechać!!!


W drodze powrotnej        

wtorek, 18 grudnia 2012

Grudniowa pogoda w Wientianie

To co mnie teraz naprawdę cieszy tu to pogoda. Mamy grudzień i doskonałą pogodę! To takie moje wymarzone lato w Polsce. Praktycznie zero deszczu (w tym miesiącu raz padało i to w nocy), codziennie  słońce i temperatury pomiędzy 26 i 30 (zgaduję) w ciągu dnia i pewnie niewiele ponad 20 w nocy. Wieczorem i rano jest przyjemnie i rześko. Później robi się cieplej, ale wilgotność powietrza jest w miarę optymalna więc człowiek już się tak nie męczy. Najgorzej było w sierpniu i wrześniu (w sumie w październiku też było ciężko) kiedy to była jeszcze pora deszczowa. Problemem nie był bynajmniej deszcz, bo tego było w sumie nie dużo. Problemem była wysoka temperatura (powyżej 30 stopni) połączona z ogromną wilgotnością powietrza. W cieniu było czasem ciężko wytrzymać, a w słońcu człowiek czuł się kurczak na rożnie. Nie ukrywam, że cieszę się, że mam to już za sobą ;) Teraz cieszę się piękną pogodą i szczerze mówiąc ani trochę nie tęsknie za śniegiem! :P

wtorek, 11 grudnia 2012

Zasady korzystania z toalety w Laosie

To, że często nie ma normalnego sedesu do siedzenia tylko jest kibel-dziura już pisałam. To, że nieraz nie ma spłuczki tylko jest bala z wodą i plastikowym rondelkiem też już pisałam. Ale jest coś nowego o czym zupełnie zapomniałam, a co tu jest standardem. Otóż, w Laosie nie wyrzucamy papieru do kibelka tylko do kosza... Nie muszę wyjaśniać dlaczego może to wyglądać czasem niehigienicznie... Powód? Nie chcą, żeby rury w kanalizacji się zatykały. Ja ciągle nie mogę się do tego przyzwyczaić i najczęściej wyrzucam zużyty papier do kibla. Oczywiście w domu takich dziwactw nie stosujemy. Jak się rury pozapychają to zadzwonimy do właściciela, żeby naprawił :)


niedziela, 9 grudnia 2012

Laotańskie zoo i pająk gigant!

Wczoraj wybraliśmy się na wycieczkę do zoo. Jedyne zoo w Laosie znajduje się ok 60 km od Wientianu. Niby niedaleko, a dotarcie do zoo zajęło nam 2,5 godziny. Dlaczego? Po pierwsze, drogi, a po drugie, laotańska mentalność. Najpierw motorem pojechaliśmy na najbliższy dworzec, gdzie spotkaliśmy się z naszym kolegą, Amerykaninem i jego 4 laotańskimi znajomymi. Następnie autobusem pojechaliśmy na południowy dworzec (ok 9 km), gdzie znaleźliśmy transport do zoo, czyli samochód z przyczepą. Standardem tu jest, że kierowca zatrzyma się w drodze, żeby zapakować jakieś pudła na przyczepę, albo żeby kogoś odebrać, np dziecko ze szkoły, albo zatrzyma się, żeby kupić sobie coś do jedzenia, albo skorzystać z 'toalety'. Tak więc takich przystanków było kilka. Człowiek musi się uzbroić w cierpliwość i spokojnie czekać :)

W końcu koło południa dotarliśmy do zoo. Laotańskie zoo zdecydowanie wywarło na mnie pozytywne wrażenie. Ciekawe zwierzęta, przepiękna tropikalna roślinność, niewielka ilość zwiedzających plus 'dzikość' tego miejsca sprawiają, że zoo jest miejscem wartym odwiedzenia. W laotańskim zoo można niektóre zwierzęta nakarmić i wiele pogłaskać. Zabezpieczenia niektórych miejsc mogą wydawać się wątpliwe, widzieliśmy nawet małpy skaczące po drzewach gdzie nie było żadnego ogrodzenia! U nas coś takiego by nigdy nie przeszło, ale właśnie na tym polegał cały urok tego miejsca. Nasz amerykański kolega, który w zoo był 4 raz, opowiedział nam ciekawą historię. Podobno kiedyś jacyś turyści przyszli do zoo z małym dzieckiem. Kiedy oglądali krokodyle, nierozsądny rodzić postanowił wziąć dziecko na ręce i przełożyć je przez ogrodzenie, aby dziecko lepiej zobaczyło zwierzątka. Niestety, dziecko wypadło mu z rąk... i bobasa pożarły krokodyle. Czy opowieść jest prawdziwa, nie wiem, ale z całą pewnością są miejsca gdzie coś takiego mogłoby się wydarzyć. Sama w jednym miejscu wepchnęłam głowę przez barierki (które ktoś wcześniej odpowiednio rozciągnął), żeby zrobić lepsze zdjęcie :) Tak więc możliwe jest, żeby wisieć z aparatem zaledwie metr nad krokodylem ;)
 Jednak zwierzę, które zrobiło na mnie największe wrażenie, nie było w żadnej klatce ani niczym ogrodzone. Mowa oczywiście o ogromnym pająku, który siedział na równie ogromnej pajęczynie! Pająk był wielkości dłoni, lub nawet odrobinę większy! Coś niesamowitego!
Podsumowując, czy będąc w Laosie warto odwiedzić zoo? Zdecydowanie tak! Tylko należy uważać, zwłaszcza jeśli zboczy się ze ścieżki, żeby nie wejść w jakąś pajęczynę :P

Mapa zoo - urocza ;)


Pyton

Karmimy jelonki - prześliczne stworzenia :)

Makaki 

Krokodyle

Pierwszy raz widziałam rosnące duriany :)







Taki był milutki! :)


Znak ostrzegający przed zabawą z niektórymi zwierzętami też był :P

Binturong

Wszystkie zwierzęta zdawały się żyć spokojnie i szczęśliwie. Oprócz słonia.. Ten musiał być albo nieszczęśliwy albo szalony...Cóż się dziwić skoro nogi miał skute łańcuchami. Zdjęcie jest niewyraźne bo słonik cały czas bujał się na boki. Przestawał tylko kiedy dostawał jedzenie. Trzeba powiedzieć, że trąba słonia jest niesamowita w dotyku!




A oto i pajączek!!!

Tu kolega przyłożył za pająkiem moją torebkę. Widać jak ogromny ten pająk był! W innym miejscu widziałam tego pająka wysoko na drzewie. Nie chciałabym, żeby mi taki pająk spadł na głowę! Chyba już wolałbym wskoczyć do krokodyli :P